1 maja – burzliwa historia Święta Pracy

1 maja 1978 r. Pochód w Warszawie. Fot. PAP / Zbigniew Matuszewski


1 maja – burzliwa historia Święta Pracy

Michał Szukała


Od pochodów i strajków lewicy niepodległościowej w czasie zaborów, przez burzliwe świętowanie w II RP i propagandowe defilady w PRL po pielgrzymki ludzi pracy na Jasną Górę – tak 1 maja obchodzono w Polsce na przestrzeni lat Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy zwany Świętem Pracy.

„Ja też śpiewam. A kolor jego jest czerwony. A kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew. A kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew! Tłum jak wielkie zwierzę. (…) Ja mieszkam w tłumie. Jestem Jonaszem, w kieszeni mam wypełnioną ołowiem pałkę. Tłum waży sześćset ton, tyle, co cztery płetwale, sześćset ton ludzkiego cielska, a kolor jego jest czerwony, bo na nim robotnicza krew. Idziemy Wolską, w stronę Starego Miasta, idziemy powoli i śpiewamy. Z okien czasem ktoś powiewa flagą, czerwoną, biało-czerwoną, krzyczy: »Niech żyje!«. Na Chłodnej dołączają do nas bundowcy i Poalej Syjon Lewica, chwilowo w stanie rozejmu, pochody mieszają się ze sobą, pamiętam to tak dokładnie, chwila zamieszania, pokrzykiwania przodowników i pochód formuje się ponownie, polskie transparenty, transparenty w jidysz, a ja zaraz za Szapirą, Szapiro rozluźniony i uważny, idziemy dalej. Za naszą bojówką bojówka Bundu, prawilne, zadziorne chłopaki, potem bojówka Poalej Syjon” – tak plastycznie opisywał pochód 1 maja w powieści „Król” Szczepan Twardoch. 

Niektórzy bohaterowie „Króla” idący ulicami Warszawy połowy lat trzydziestych mogli mieć w pamięci pochody z czasów panowania rosyjskiego, gdy przedstawiciele lewicy niepodległościowej ryzykowali nie tylko ranami odniesionymi w walkach z przeciwnikami politycznymi, ale także śmiercią z rąk rosyjskiej żandarmerii.

„Święto Funkcjonariuszy Pracy”

Obchody Międzynarodowego Dnia Solidarności Ludzi Pracy na ziemiach polskich są związane z rozwojem ruchu robotniczego w ostatnich dekadach XIX wieku. W 1886 r. policja stłumiła strajk robotników w Chicago. Co ciekawe, powodem protestu w McCormick Harvester Co. nie było łamanie praw pracowników, lecz planowana modernizacja fabryki, która oznaczała zwolnienie dużej części załogi. 1 maja rozpoczęły się starcia z policją. 4 maja jeden z robotników rzucił w funkcjonariuszy bombą. Zginęło jedenastu robotników i siedmiu policjantów. Sąd skazał siedmiu przywódców zamieszek na kary śmierci (wyrok wykonano wobec czterech). 

Trzy lata później kongres II Międzynarodówki uznał rocznicę rozpoczęcia tych krwawych zamieszek za Święto Funkcjonariuszy Pracy. Socjaliści określali skazanych jako męczenników bitwy o prawa robotnicze. Ogłoszony przy tej okazji hymn „Na dzień 1 maja” wykorzystywał melodię „Warszawianki” Wacława Święcickiego (później nazywanej „Warszawianką 1905”).

Ruch socjalistyczny na ziemiach polskich odradzał się w tym czasie po klęsce I Proletariatu. Pierwsze pochody i strajki organizowały II Proletariat i Związek Robotników Polskich. W 1891 r. w Łodzi i Żyrardowie doszło do starć z wojskiem, a następnie do represji władz carskich. Z późniejszych demonstracji największe rozmiary przybrały wystąpienia w okresie rewolucji 1905 r. Na 1 maja wydawano również specjalne ulotki i jednodniówki. 

Największy autorytet polskiej lewicy niepodległościowej, Bolesław Limanowski, z perspektywy Paryża w kolportowanej w Warszawie odezwie podsumowywał dotychczasowe efekty rewolucji: „Ten niespodziewany w swej potędze przejaw woli ludowej zatrwożył i najeźdźców, i wyzyskiwaczy. Najeźdźcy zaczęli przemawiać do ludu w jego ojczystym języku, który przedtem pogardliwie psim nazywali. Wyzyskiwacze spostrzegli, iż trzeba poczynić robotnikom ustępstwa, pomiarkować nieco swoją chciwość”. 

W przesłaniu Limanowski akcentował wątki niepodległościowe: „Musimy przygotować się należycie do wymiatania śmieci z kraju, kiedy na nas zawołają: już pora. A gdy wymieciemy śmiecie z kraju, to mając broń w ręku, nie pozwolimy, aby ktoś nieproszony gospodarzył w naszym domu, ale sami zostaniemy gospodarzami w naszej Rzeczypospolitej i urządzimy się tak, jak nam będzie najlepiej”.

„Czerwony sztandar”, „Warszawianka 1905”

W zupełnie innym tonie, już u zarania niepodległości utrzymane były pierwszomajowe odezwy organizacji lewicowych, które nie dążyły do budowy własnego państwa. 1 maja 1918 r. Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy wzywała do strajku generalnego wymierzonego w okupantów z Niemiec i Austro-Węgier oraz „na chwałę robotnikom rosyjskim, ich potężnemu zwycięstwu nad caratem i burżuazją, ich przesławnej rewolucji socjalnej”. Ostatecznym celem miało być zjednoczenie z rewolucją bolszewicką w Rosji.

Nieprzypadkowo więc w czasach II Rzeczypospolitej 1 maja na ulicach toczyły się walki nie tylko pomiędzy ugrupowaniami lewicowymi a Narodową Demokracją, ale również zwolennikami lewicy niepodległościowej i Komunistycznej Partii Polski. Oddzielne pochody organizowała też żydowska partia Bund. 

W niektórych regionach własne uroczystości miały również środowiska chłopskie. Były one wyjątkowo okazałe ze względu na udział orkiestr ludowych. Wszystkie pochody i wiece były chronione przez uzbrojone (czasami w broń palną) bojówki partyjne.

W największych ośrodkach przemysłowych – Warszawie, Łodzi i na Górnym Śląsku – robotnicy zbierali się w swoich fabrykach lub dzielnicach i wspólnie dołączali do wielkiego marszu w centrum miasta. „W fabryce Lilpopa o godz. 9 otwarto bramę dla umożliwienia publiczności wzięcia jak najliczniejszego udziału w obchodzie. […] Następnie uformował się pochód w liczbie ponad 3000 osób, reprezentujących fabryki Lilpopa, Franaszka oraz dzielnicę Wola i podmiejską Chrzanów. W pochodzie zwracał uwagę liczny oddział rowerzystów, młodzież ze sztandarami oraz kobiety i dzieci” – pisano w jednej z relacji w latach trzydziestych. 

Niekiedy w pochodach z tamtego czasu niesiono portrety teoretyków socjalizmu – Karola Marksa i Fryderyka Engelsa – oraz Ignacego Daszyńskiego i zamordowanego przez włoskich faszystów przywódcę socjalistów Giacoma Matteottiego. Od wieców odbywających się w innych krajach Europy te organizowane przez polską lewicę niepodległościową odróżniały również śpiewane pieśni: „Międzynarodówkę” zastępowano „Czerwonym sztandarem” i „Warszawianką 1905”. Stołeczne zgromadzenia PPS kończyły się z reguły na placu Dąbrowskiego, gdzie przywódcy formacji wygłaszali płomienne przemówienia.

„W oparciu o przymierze ze Związkiem Radzieckim”

„1 maj w roku bieżącym jest świętem o wyjątkowym znaczeniu. Tradycyjne święto pracy w warunkach odzyskanej niepodległości, w momencie odbudowy naszej państwowości, w momencie dobijania potwora hitlerowskiego w jego własnym, zbójeckim gnieździe – urasta do roli święta ogólnonarodowego” – stwierdzało wydawane na warszawskiej Pradze „Życie Warszawy” w 1946 roku. Artykuł „Święto 1 Maja w Polsce Odrodzonej” jest manifestem ideologicznego przesłania komunistów w pierwszych latach ich władzy. 

1 maja, podobnie jak początkowo tolerowane Święto Konstytucji 3 Maja, miał być wykorzystywany do propagowania ideałów „wolności, demokracji, postępu”. Walka o nie miała być kontynuacją walki z „reżimem sanacji” oraz okupantem niemieckim. „Tylko konsekwentne odgrodzenie się od sanacyjno-ozonowych tradycyj – tylko gruntowne wykorzenienie ich w naszym społeczeństwie – może być warunkiem, że cele, jakie postawiliśmy przed sobą na drodze do Polski demokratycznej, będą w pełni zrealizowane” – podkreślano w artykule podpisanym przez ppłk. Stefana Matuszewskiego, ministra informacji i propagandy w rządzie tymczasowym. „W oparciu o przymierze ze Związkiem Radzieckim potrafimy w całej pełni zapewnić naszemu demokratycznemu Państwu siłę i rozkwit w przyszłości” – dodawał Matuszewski.

Mimo że stolica była w gruzach, propagandowy dziennik wydawany na Pradze zapowiadał uroczystości mające odbyć się na lewym brzegu Wisły. „Już wczoraj w godzinach popołudniowych Warszawa przybrała odświętną szatę. Gmach Opery na Placu Teatralnym i cały szereg ocalałych wśród ruin domów udekorowano portretami Prezydenta Bieruta, Premiera Osóbki-Morawskiego, gen. broni Roli-Żymierskiego i opasano olbrzymimi wstęgami i wieńcami zieleni. Wieczorem na głównych arteriach Warszawy po raz pierwszy od dłuższego czasu zajaśniały żarówki elektryczne latarni ulicznych. […] Radosny nastrój tłumów biorących udział w tej wieczornej manifestacji w przeddzień Święta 1 Maja, jasno oświetlone ulice stolic, artystycznie wykonane dekoracje usunęły nieco w cień smutny obraz gruzów i ruin Warszawy” – opisywali redaktorzy „Życia Warszawy”. 

1 maja pierwsza defilada w Polsce rządzonej przez komunistów przeszła od placu Teatralnego, przez Krakowskie Przedmieście do skrzyżowania z Alejami Jerozolimskimi. Gazeta „szacowała” liczbę manifestantów na 100 tysięcy.

Poza powtarzającymi się „rytualnymi” przemówieniami podkreślającymi wagę przyjaźni ze Związkiem Sowieckim i „przemian demokratycznych” przedstawiciele nowej władzy ostrzegali „wrogów ludu”. „Usiłuje jeszcze bruździć reakcja. My umiemy doskonale odróżnić nieznanych żołnierzy i bojowników, którzy ginęli pod gruzami Warszawy w walce z Hitlerem, od przywódców, od tej złej kliki, przez którą Warszawa została zniszczona. Niech reakcja nie usiłuje zainkasować zasług tych, którzy nie dla niej ginęli, lecz ginęli dla Polski” – mówił reprezentujący PPR minister oświaty Stanisław Skrzeszewski.

Co charakterystyczne dla pierwszego okresu istnienia „Polski ludowej”, obok informacji o obchodach 1 maja zamieszczano zapowiedzi uroczystości w rocznicę Konstytucji 3 maja. W mszy za ojczyznę w ocalałym kościele seminaryjnym miały wziąć udział władze państwowe i wojsko.

„Zobacz, dziecko, to nasz wódz, nauczyciel, przyjaciel”

W kolejnych latach wraz z umacnianiem się nowego systemu obchody 1 maja stawały się coraz bardziej masowe i przymusowe dla robotników, uczniów i „inteligencji pracującej”. Oficjalne ogłoszenie 1 maja świętem państwowym było tylko formalnym potwierdzeniem tego procesu. „Dla zadokumentowania osiągnięć i zwycięstw klasy robotniczej, przodującej siły Narodu, budującego socjalizm, jako wyraz umocnienia się władzy ludowej, w hołdzie dla tysięcy bojowników wolności i postępu, dla zamanifestowania solidarności narodu Polskiego z siłami postępu i pokoju na całym świecie, w 60-tą rocznicę pierwszego obchodu międzynarodowego święta proletariatu w Polsce stanowi się, co następuje: Dzień 1 maja jest dniem święta państwowego, wolnym od pracy” – głosiła ustawa z kwietnia 1950 r. o ustanowieniu 1 maja świętem państwowym.

Propaganda komunistyczna w okresie stalinizmu wydaje się dokładnym odzwierciedleniem zapisów ustawy z kwietnia 1950 r. Podczas wielkiego pochodu 1 maja 1950 r. szczególnie wiele transparentów i słów poświęcono „współpracy i przyjaźni” ze Związkiem Sowieckim. Symbolem „budowy socjalizmu” były liczne hasła zapewniające o wykonaniu tzw. planu sześcioletniego. Wzorem pochodów moskiewskich ważnymi aktorami ich polskich odpowiedników byli przodownicy pracy przepasani szarfami informującymi o przekroczeniu norm prac. Na niektórych wiecach byli obecni weterani ruchu z czasów przewrotu 1905 r. „Cześć wielkim rewolucyjnym tradycjom 60-letnich walk pierwszomajowych” – głosił jeden z transparentów. Konsekwentnie pomijano ich ówczesne barwy partyjne. Przynależność do niepodległościowego PPS kłóciłaby się z czczonymi przez komunistów „tradycjami internacjonalistycznymi” przeciwnej odbudowie niepodległości Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy.

1 maja był także okazją do budowy polskiego odpowiednika stalinowskiego kultu jednostki. W „Polskiej Kronice Filmowej” z maja 1950 r. można było obejrzeć relację z wizyty delegacji młodzieży szkolnej u prezydenta RP Bolesława Bieruta. „Prezydent życzył swym gościom – przodownikom w nauce – żeby w przyszłości stali się również przodownikami pracy” – relacjonował lektor PKF Andrzej Łapicki. Mimo że podczas uroczystości w ogrodach Belwederu uczestniczyli też premier Józef Cyrankiewicz i sowiecki marszałek w polskim mundurze Konstanty Rokossowski, to Bierut był jedynym bohaterem tego wydarzenia. W PKF z 1953 r., szczytowego okresu polskiego stalinizmu, kamera uchwyciła scenę, w której matka pokazywała kilkuletniemu synowi Bieruta na trybunie honorowej. „Zobacz, dziecko, to nasz wódz, nauczyciel, przyjaciel” – głosił komentarz. Zbliżało to dyktatora do propagandowego wizerunku nieżyjącego już wówczas przywódcy ZSRS.

„Prawdę dziś mówi »Miś«”, „Czytajcie »Świerszczyk«, bo nie kłamie”

Po przełomie roku 1956 r. ideologiczne natężenie propagandy nieco zelżało. Zniknęło też wiele „rekwizytów” epoki stalinowskiej – portrety przywódców ZSRS (poza wizerunkami „wodza rewolucji” Włodzimierza Lenina) i hołubieni przez propagandę przodownicy pracy. Rezygnacja z uczestnictwa w pochodzie nie wiązała się również z dużym ryzykiem utraty pracy. W przemówieniu Władysława Gomułki nie pojawiały się wątki dotyczące konieczności nasilenia walki z „krajami imperialistycznymi”, ale raczej podjęcia współzawodnictwa. „O tempie naszego marszu naprzód w ostateczności decyduje bowiem człowiek – jego poziom, jego praca, jego patriotyzm, jego poczucie społeczne, jego twórcza i dalekosiężna myśl” – zaznaczał nowy lider PZPR. Gomułka nie odniósł się w żaden sposób do entuzjazmu społecznego października 1956 r., który wyniósł go do władzy. Wydaje się, że był to jeden z kolejnych przejawów końca odwilży.

Rozczarowanie rządami Gomułki i wydarzenia roku 1968 skłoniły środowiska studenckie do protestu przeciwko represjom. Do najbarwniejszego doszło we Wrocławiu, gdzie studenci przemaszerowali przed trybuną honorową z hasłami: „Prawdę dziś mówi +Miś+” oraz „Czytajcie +Świerszczyk+, bo nie kłamie”. Ironicznie skandowano także imię I sekretarza, naśladując w ten sposób zwyczaje partyjne. Podobnie było w maju 1971 r., kilka miesięcy po masakrach na Wybrzeżu.

Atmosfera 1 maja w latach siedemdziesiątych miała być w zamierzeniu władz partii bardzo swobodna. Polska Kronika Filmowa ukazywała święto 1 maja raczej jako radosny dzień skupiający przedstawicieli wszystkich profesji. Szczególnie okazale wyglądał warszawski pochód 1 maja 1975 r. – u szczytu okresu gierkowskiej prosperity. Propagandowa narracja PKF niemal całkowicie pomijała ideologiczny wymiar święta. Przypominano jedynie o sukcesach ostatniego czterolecia. „Na VII Zjazd Partia przyjdzie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i programem dalszego rozkwitu Polski”. Kamery pokazywały ujęcia z wnętrza pochodu. Skupiały się one nie tylko na robotnikach reprezentujących kluczowe zakłady przemysłowe, ale również na hołubionych przez władzę luminarzach polskiej kultury, szczególnie popularnych aktorach i reżyserach filmowych. Ogromną siłę przyciągania miały też imprezy odbywające się po zakończeniu wiecu, na których można było kupić „towary deficytowe” – słodycze czy owoce cytrusowe.

„Precz z komuną”, „Nie stój z boku, chodź na pochód”

W 1981 r. do oficjalnych obchodów przyłączali się działacze „Solidarności”. Biuro Polityczne KC PZPR odnotowało wiele przypadków „nacjonalizmu i antyradzieckości”. Od roku 1982 wiele świąt 1 maja przeradzało się w zamieszki. W 1985 r. oficjalny pochód w Gdańsku został niemal całkowicie rozbity nie przez „Solidarność”, która zorganizowała niewielki marsz prowadzony przez Lecha Wałęsę, lecz anarchistyczny Ruch Społeczeństwa Alternatywnego. W 1986 r. opozycji udało się zmniejszyć frekwencję na pochodach dzięki akcji telefonów do zakładów pracy – rozmówcy podszywali się pod działaczy miejscowych komitetów partyjnych i zawiadamiali, że z powodu katastrofy w Czarnobylu obchody odwołano. W latach osiemdziesiątych ciężar autentycznego święta pracy przejęły organizowane przez ks. Jerzego Popiełuszkę pielgrzymki ludzi pracy na Jasną Górę.

Wyjątkowy wymiar miały obchody z 1 maja 1989 r. W atmosferze pierwszej w dziejach PRL prawdziwej kampanii wyborczej ulicami Warszawy przeszedł legalny pochód opozycji, który wyruszył sprzed grobu ks. Popiełuszki przy żoliborskim kościele św. Stanisława Kostki. Na trasie prowadzącej na Podzamcze skandowano m.in. hasła: „Precz z komuną” i „Nie stój z boku, chodź na pochód”. Niezwykle blado wyglądał z kolei zorganizowany przez władze wiec na placu Zwycięstwa. „Wartki bieg wydarzeń odmienia naszą rzeczywistość. Łatwo nieraz o utratę równowagi, poczucia kierunku, a my musimy iść tylko naprzód, usuwać wszystko to, co się przeżyło, bronić tego, co trwałe, rozwijać to, co jest jutrem socjalizmu” – stwierdził I sekretarz KC PZPR Wojciech Jaruzelski. Zaledwie kilka miesięcy później miało się okazać, że był ostatnim przywódcą swojej partii, który przemawiał 1 maja. W 1989 r. tradycję pochodów, które były już tylko cieniem dawnych uroczystości, udało się podtrzymać m.in. w Bydgoszczy, Poznaniu i Szczecinie. Gdzie indziej ograniczano się do wieców i festynów.

„O zachowanie godności pracy ludzkiej”

Po 1989 r. widoczny w sferze publicznej stał się również religijny wymiar obchodów tego dnia. 1 maja jest także Świętem Józefa Rzemieślnika. Proklamował je papież Pius XII 1 maja 1955 r. W nauczaniu Kościoła kształtowanym od pontyfikatu Leona XIII znaczenie pracy jest jednym z najważniejszych elementów rozważań o społeczeństwie. „Praca ludzka stanowi klucz, i to chyba najistotniejszy klucz, do całej kwestii społecznej, jeżeli staramy się ją widzieć naprawdę pod kątem dobra człowieka” – podkreślał papież Jan Paweł II w encyklice „Laborem exercens”. Najważniejszym ośrodkiem kultu św. Józefa w Polsce jest Narodowe Sanktuarium pod jego wezwaniem w Kaliszu. 1 maja przybywa tam Ogólnopolska Pielgrzymka Pracowników i Pracodawców, organizowana przez NSZZ „Solidarność”.

Ustawa z roku 1950 w niezmienionym kształcie obowiązywała przez ponad pół wieku. W styczniu 2007 r. Sejm RP uchwalił jej nowelizację. „W hołdzie wszystkim tym, którzy swoją pracą tworzyli wielkość Naszej Ojczyzny, wspierali jej rozwój i budowali przyszłość dla następnych pokoleń, dla podkreślenia wartości pracy ludzkiej – rozumianej jako moralny obowiązek człowieka, ale też jako doskonalenie świata nas otaczającego – dokonującej się poprzez wszechstronny rozwój osoby ludzkiej, w trosce o zachowanie godności pracy ludzkiej i wiążącej się z tym wolności i mądrości” – brzmi nowa preambuła uzasadniająca zachowanie Święta Pracy.(PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wynik sekcji zwłok wskazuje, że ks. Jerzy Popiełuszko zmarł wskutek uduszenia 19 października 1984 r.

Od lewej: dyrektor Zakładu Medycyny Sądowej Collegium Medicum UJ dr hab. Tomasz Konopka oraz przewodniczący Rady Naukowej Muzeum Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki prof. Paweł Skibiński podczas konferencji prasowej nt. „Sądowo-lekarska analiza przyczyn i okoliczności śmierci ks. Popiełuszki” w siedzibie Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie, 24 kwietnia 2026 r. Fot. PAP/Tomasz Gzell


Wynik sekcji zwłok wskazuje, że ks. Jerzy Popiełuszko zmarł wskutek uduszenia 19 października 1984 r.

iżu/ agz/


Wynik sekcji zwłok wskazuje, że ks. Jerzy Popiełuszko zmarł wskutek uduszenia 19 października 1984 r. – przekazał w piątek kierownik Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie dr hab. Tomasz Konopka, odnosząc się do teorii, zgodnie z którą kapelan „Solidarności” został zamordowany 25 października 1984 r.

Na piątkowej konferencji prasowej, poświęconej sądowo-lekarskiej analizie przyczyn i okoliczności śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, dr Konopka przedstawił wyniki analizy dokumentacji zgromadzonej podczas śledztwa i procesu sądowego w 1984 r. i w 1985 r. oraz opinie biegłych wytworzone po 2000 r.

Specjalista przeanalizował również kilkunastogodzinny, filmowy zapis sekcji zwłok księdza Popiełuszki przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej w Białymstoku po wydobyciu z jego ciała Wisły.

O konsultację w tej sprawie poprosiła doktora Konopkę Rada Naukowa Muzeum Bł. Ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie, w związku z pojawiającymi się w przestrzeni publicznej alternatywnymi wersjami zabójstwa. Jedną z nich przedstawił prokurator Andrzej Witkowski, który prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki dwukrotnie. Najpierw, w latach 1990-1991, w Departamencie Prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości, a następnie, w latach 2002-2004, w strukturach Instytutu Pamięci Narodowej. Według Witkowskiego, ks. Popiełuszkę zamordowano dopiero 25 października 1984 r., po kilkudniowych torturach i przetrzymywaniu w bunkrze w Kazuniu.

W opinii dr. Konopki ksiądz Popiełuszko zmarł wskutek uduszenia w noc po porwaniu 19 października 1984 r. Jak zastrzegł, gdyby ks. Popiełuszko był rzeczywiście przetrzymywany w bunkrze od 19 do 25 października, to na jego rękach musiałyby pojawić się odleżyny po skrępowaniu rąk, a na odzieży znajdowałyby się ślady oddawania kału i moczu, czego nie stwierdzono w czasie sekcji zwłok. Dodał, że ślady na ciele nie wskazują również na to, że ks. Popiełuszko był przed śmiercią torturowany.

– Jeżeli stosowano tortury, to co najwyżej psychiczne albo przesłuchania. Prawdziwe tortury zostawiają rzeczywiste obrażenia. Na ciele zmarłego nie było żadnych ran, złamań żeber, zębów, ani nosa. Były tylko podbiegnięcia krwawe w skórze i mięśniach – zaznaczył.

Dr Konopka podkreślił, że przeciw teorii o przetrzymywaniu ks. Popiełuszki w bunkrze świadczy również fakt, że w miejscach obrażeń nie ma nacieku leukocytarnego, czyli skupiska białych krwinek w tkankach, co jest odpowiedzią układu immunologicznego na uszkodzenie. Zaznaczył, że naciek leukocytarny pojawia się po 4-5 godzinach od urazu, a więc jest widoczny jedynie jeżeli ofiara przeżyje co najmniej 4-5 godzin po pobiciu.

– Brak nacieku, którego w tym przypadku szczegółowo poszukiwano w różnych narządach, oznacza, że ksiądz Popiełuszko został pobity mniej niż 4-5 godzin przed śmiercią. Gdyby został zabity 25 października, to by oznaczało, że nie był bity przy porwaniu ani w kolejnych dniach, bo wtedy wylewom krwawym towarzyszyłby jednoznaczny naciek leukocytarny, a nawet cechy gojenia – zastrzegł dr Konopka.

Ekspert przypomniał, że w 2002 roku, w odpowiedzi na pojawiające się w przestrzeni publicznej teorie, że ks. Popiełuszko został zamordowany później niż 19 października, Instytut Pamięci Narodowej zwrócił się do trzech kierowników Zakładu Medycyny Sądowej z Warszawy, z Katowic i Wojskowej Akademii Medycznej, o wydanie opinii w sprawie czasu zgonu. Wówczas biegli – Władysław Nasiłowski, Aleksander Dubrzyński i Jan Dzida – przyjęli na podstawie odnotowanego w protokole sekcyjnym słabego stężenia pośmiertnego, że czas zgonu mógł być krótszy niż przyjmowano to wcześniej.

Dr Konopka wyjaśnił, że stężenie pośmiertne, czyli zesztywnienie mięśni, wykształca się w czasie 6 do 7 godzin od momentu śmierci, przez następne dwie czy doby utrzymuje się niezmienione, po czym zaczyna ustępować i zanika całkowicie po kolejnych kilku dniach, w miarę postępu rozkładu zwłok. – W niniejszym przypadku stopień rozkładu zdecydowanie wyklucza zachowanie nawet słabego stężenia pośmiertnego – zaznaczył dr Konopka.

Jednocześnie zastrzegł, że sztywność kończyn opisana przed sekcją zwłok, która została zinterpretowana jako szczątkowe, ustępujące stężenie pośmiertne, to w przypadku zwłok wyłowionych z zimnej wody stężenie tkanki tłuszczowej spowodowane zimnem, będące efektem skrzepnięcia tłuszczu.

– O tym, że nie było to typowe stężenie pośmiertne, można się przekonać oglądając film z sekcji zwłok, gdzie po sprawdzeniu stężenia w stawach biodrowych (…) sprawdzono jeszcze stężenie w stawach kolanowych. Widać wtedy, że ta sztywność jest inna niż przy rzeczywistym pośmiertnym stężeniu mięśni – mówił.

Dr Konopka dodał, że temperatura w Wiśle we Włocławku w tamtym momencie wynosiła około 6-9 stopni. W wodzie o takiej temperaturze taki stopień rozkładu odpowiada okresowi minimum 10 dni, co oznacza, że ciało ks. Popiełuszki znajdowało się tam od 19 października.

Dodał, że na długi czas od śmierci wskazują dowody gnicia: smugi dyfuzyjne na głowie, spełzanie naskórka z włosami, nasiąknięcie barwnikiem krwi błon wewnętrznych dużych tętnic, zatarcie struktury i brudnoczerwone zabarwienie trzustki, wątroby, nerek.

Zdaniem członka Rady Naukowej Muzeum bł. Jerzego Popiełuszki Pawła Kęski pojawianie się „rozmaitych teorii” na temat śmierci ks. Popiełuszki jest wynikiem „niedostatecznego rozliczenia się ze sprawą PRL-u”.

– Nie ma w ogóle poważnych badań historycznych nad mechanizmami tej epoki, czyli lat 80. Jeżeli chcemy kompetentnie mówić o śmieci księdza Jerzego Popiełuszki to się w ogóle nie ma do czego odwołać (…). Mamy taki problem, że prokuratura prowadzi swoje badania od bardzo wielu lat, nie ma ostatecznych wniosków, dokumenty są niedostępne, więc badania naukowe się nie toczą. Jesteśmy skazani na poziom publicystyczny, który się nie opiera na twardych fundamentach. W związku z tym różne teorie wędrują od lewa do prawa i po prostu jest dużo kontrowersji – ocenił.

Zaznaczył, że opinia doktora Konopki nie oznacza zakończenia dyskusji w tej sprawie. Jednocześnie wyraził nadzieję, że przeniesie ją na poziom naukowy, jakiego ta sprawa od dawna się domaga.

Ks. Jerzy (Alfons) Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. we wsi Okopy. Od maja 1980 r. był wikariuszem w parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Po powstaniu Solidarności stał się jej duchowym przywódcą. Od kwietnia 1982 r. odprawiał w ostatnie niedziele miesiąca msze św. w intencji ojczyzny, gromadząc rosnącą liczbę wiernych. Liturgie stały się manifestacją wolności.

19 października 1984 r. ks. Popiełuszko wracał z Bydgoszczy, gdzie odprawił mszę św. w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników. W pobliżu wioski Górsk został uprowadzony.

Pogrzeb bł. ks. Jerzego odbył się 3 listopada 1984 r. i zgromadził około miliona osób. Papież Benedykt XVI 6 czerwca 2010 r. zaliczył duchownego do grona błogosławionych. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Why is the media obsessed with violent Israelis?


Why is the media obsessed with violent Israelis?

Jonathan S. Tobin


The purpose of a false narrative about rampaging “settlers” and a new death-penalty law is not just to smear Israelis. It’s to distract attention from Palestinian terror.

Damage to a car set on fire by Jews in the Arab village of Deir al-Hatab, east of Nablus, on March 23, 2026. Photo by Nasser Ishtayeh/Flash90.

The images from the Knesset shocked many around the world. When Israeli Minister of Security Itamar Ben-Gvir popped a bottle of champagne to celebrate the passage of a law imposing the death penalty on terrorists whose goal is to destroy the State of Israel, he was widely condemned for demonstrating execrable taste, for which he was admonished by Knesset Speaker Amir Ohana. Indeed, the blowback against the 62-47 vote in favor of the measure in its final readings went beyond disgust with the always-controversial Ben-Gvir. The law itself was widely denounced as an act of discrimination against Palestinian Arabs, who were, critics claimed, being singled out for punishment.

The international outrage about the so-called “racist” death penalty law is part of a familiar narrative about Israel that has become normalized in mainstream media coverage of the Jewish state in recent years. It fits in with the torrent of stories about an alleged epidemic of “settler” violence targeting innocent Palestinians and the ongoing effort to depict the war against Hamas in Gaza as a nonstop war crime if not an outright “genocide.”

A claim of moral equivalence

Taken together, such coverage paints a dismal picture of the political culture of a country dominated by right-wingers. It applies to all those who support the government of Prime Minister Benjamin Netanyahu, but, in particular, those like Ben-Gvir, who are identified as settlers in Judea and Samaria. They are seen as not merely callous about the taking of life, but also as somehow the moral equivalent to terrorists and morally inferior to ordinary Palestinians.

In doing so, a press that is inherently hostile to the Jewish state can dismiss the arguments about the danger posed not just to Israel but to the West in general from Arab and Islamist terrorism. After all, if Israelis are racists eager to hang Palestinians and complicit in a wave of violence seeking to terrorize their Arab neighbors, then why should Americans or anyone else, for that matter, support the Jewish state?

The “genocide” blood libels about the war against Hamas have worked their way into mainstream discourse, rather than being dismissed as just another antisemitic attempt to delegitimize Israel. Claims that the capital punishment law is racist as well as barbaric, and that settlers are engaged in pogroms tolerated by the Netanyahu government, are just as dangerous.

Unlike the campaign to delegitimize a war against terrorists in Gaza that the overwhelming majority of Israelis support, many Israelis oppose the death penalty and take a dim view of the residents of Judea and Samaria for a variety of reasons. And even if they refute the “genocide” lies because they know them to be false, the Israeli left and even some centrists are all too ready to go along with the assertions that a government in which Ben-Gvir has an important cabinet post is dominated by extremists who have no place in government, let alone passing laws that offend their sensibilities and alienate the international community.

Demonizing the ‘settlers’

A considerable portion of the Israeli electorate also views settlers as religious fanatics who are an obstacle to peace, even while acknowledging that no Palestinian peace partner exists. They are willing to believe that some of those living across the so-called Green Line are likely guilty of everything that the Palestinians and their cheerleaders in the press and non-governmental organization allies say they’ve done. And that, in turn, generates a wave of criticism from liberal American Jews, who are easily persuaded to condemn what they see as Israeli wrongdoers betraying ideas about Jewish ethics and morality.

If the death-penalty law really was as racist as its critics claim—and if the reality of life in the “West Bank” really was one of routine Jewish violence in which Palestinians were living in fear—then those making these assertions might have a leg to stand on. The truth is that whatever one feels about the death penalty and how it might be implemented, the new Israeli law is not racist. It is a reasonable, if debatable, attempt to deal with a real problem.

At the same time, the narrative about “settler violence” isn’t merely false but also a bizarre inversion of reality. It is the Jews who live in the territories who are the victims of a daily tsunami of often murderous Palestinian violence. Indeed, most of the incidents in which such residents are supposedly engaged in thuggish behavior are either acts of self-defense against Arab attacks or Palestinian information operations designed to falsely claim ownership over land to which they have no right.

And yet, the Palestinian terror campaign being waged against Jews living in the territories is ignored by both the secular and Jewish media. Jewish groups, including some that are otherwise supportive of Israel, blindly accept the claims of biased observers like the U.N. Office for the Coordination of Humanitarian Affairs (OCHA) or far-left-wing Jewish groups like B’Tselem, which are the sources for most of the allegations of settler violence.

As Liel Leibovitz wrote in Tablet“Why They Lie About Jewish Terrorists,” and Gadi Taub detailed in “The Settler Violence Myth,” the assertions that thuggish extremist Jews have been allowed by the Israeli government to run riot in Judea and Samaria are simply false.

Not every claim of Jewish misconduct against Palestinians is necessarily untrue. Supporters of Israel don’t have to apologize for the fact that a few people out of a Jewish population of several hundred thousand residents of the territories might be guilty of illegal behavior. But as Leibovitz and Taub make clear, the assertions that the settlers are engaged in an indiscriminate and unprovoked campaign of violence against Arabs is out and out wrong.

An epidemic of Palestinian terror

Breaking down the incidents cited as definitive proof of misconduct, the assumptions about settler violence are easily exploded. Most of these alleged crimes turn out to be the opposite of what is often asserted. Rather than Jews seeking to intimidate Arabs, most recorded instances of Jewish violence turn out to be cases of the so-called settlers defending themselves against rock-throwing or worse. The same is true for contentions that Jews are stealing Palestinian land, uprooting olive orchards of long standing and using force to pressure Arabs to flee their homes.

As Leibovitz points out, “In 2024, there were more than 6,300 Palestinian terror attacks against Jews in Judea and Samaria, leading to 27 murdered Israelis and more than 300 wounded. The deadly trend continued last year, too, with 5,051 attacks by Palestinians, during which 24 Israelis were murdered and 400 wounded. Those included 458 attacks with Molotov cocktails, 655 attempts to blind drivers with laser pointers, 286 explosive charges and 19 terrorist shooting assaults.”

Compare that to OCHA’s claims that 1,400 incidents of settler violence occurred in 2024 and 1,700 such crimes occurred in 2025.

Even if OCHA’s data is to be believed, when lining up the two sets of numbers, the story comes across very differently than the headlines in outlets like The New York TimesThe GuardianPBS or even the liberal Times of Israel about a troubling rise in Jewish gangsterism in Judea and Samaria.

But the point is, no one should believe claims put forth by the United Nations about Jews behaving badly in the territories any more than they should accept the world body’s skewed accusations about Israeli actions in Gaza or any other topic concerning the Jewish state. Taking a deep dive into these statistics, as Leibovitz and Taub have done, shows a thinly veiled effort to gin up a scandal for which there is little or no evidence.

The Jews residing in the territories which form the heart of the ancient Jewish homeland are living in a state of virtual siege, and rather than being encouraged or enabled in violence by the government in Jerusalem or the Israel Defense Forces, many living in these communities feel they are not given adequate protection. That is why a small minority of them sometimes engage in actions that are either misconstrued as “Jewish terrorism” or are, in fact, cases of illegal retaliation against those who are trying to make their lives hell.

But rather than condoning wrongdoing, the IDF seeks to stop them and arrest Jewish perpetrators. That stands in stark contrast to the policy of the Palestinian Authority, which rewards terrorism against Jews with salaries and/or pensions for those who commit such crimes, as well as to their families. In Israeli society, those accused of misbehavior against Arabs are pariahs and derided as extremists. Palestinians who shed Jewish blood are treated as heroes.

An Israeli conundrum

And that is also the context in which the new death-penalty law should be understood.

Rather than being considered as nothing more than evidence of Jewish lust for violence or even revenge, it is an attempt to solve a serious problem for which Israel’s critics have no solution.

In just the last decade, there have been several thousand incidents of Palestinian terrorism against Israelis. Even if you treat the Oct. 7 attacks—the largest mass slaughter of Jews since the Holocaust—as a singular event, the total of every other such event in which hundreds of Jews were murdered and thousands maimed and wounded amounts to several thousand.

Yet each time a Palestinian Arab commits an act of cold-blooded murder, he or she can be confident that sooner or later, they will avoid punishment. That’s because they know that Hamas and other terror groups are always seeking to kidnap Israelis in an effort to force Jerusalem to free terrorists in exchange for ransoming them. Even those who have committed the most bestial of crimes, including those that occurred on Oct. 7, when the slaughter was particularly depraved and involved what American legal scholars call “aggravating factors” in death-penalty cases such as rape, torture and kidnapping, have been let loose. They return to their homes or go into comfortable exiles, acclaimed as heroes and paid generous sums as a reward for their terrorism. Applying the death penalty to those who committed such despicable crimes may be controversial but it would certainly be justice.

The death penalty exists in Israel, but to date, only one person—Nazi war criminal Adolf Eichmann—has been executed in the Jewish state. Many in Israel, as is true elsewhere, oppose capital punishment in principle. Even Jewish religious law, which allows for the death penalty, places rigorous limits on its application.

But as long as terrorists who commit murder are given, at best, life sentences for their crimes, that sets up a situation not only in which they will eventually be freed, but also a situation in which Palestinians are incentivized to kidnap Jews. And that is exactly what happened on Oct. 7.

Many Israelis believe that the only solution is to execute the terrorists before they can be freed in hostage exchanges.

Will that deter terrorism? That is far from clear, especially since many of those who murder Israelis are motivated by thoughts of martyrdom in the jihad against the Jews.

Nor is it likely that Israel’s liberal-dominated Supreme Court will allow the death-penalty law to be implemented, though, as in many of their other egregious interventions and power grabs, their assertion of a right to overrule the legislation is entirely unsupported by law and inherently anti-democratic.

Still, creating a legal mechanism that removes one major incentive for murders of Jews is not racist. It is simply an attempt to find a way to avoid a cycle of violence in which terrorism is rewarded.

Nevertheless, the argument that this law is more evidence of Israeli barbarism is absurd. While many democratic countries have outlawed the death penalty, the practice is far from rare around the world. In the United States, where some states allow the death penalty and others do not, fewer than two dozen murderers are executed on an annual basis. But executions for a variety of crimes (including for sexual preferences and behavior that is defended as a basic human right in the West) are widespread in Arab and Muslim countries, including in Palestinian-controlled territory, as well as elsewhere in the Third World. China executes thousands of people every year for an unspecified series of offenses against its tyrannical regime, as well as keeps approximately a million prisoners in the laogai, Beijing’s own modern version of the Soviet “gulag archipelago.”

Seen in that context, Israel’s efforts to deter a wave of terrorist murders against its citizens ought not to be considered an outrage or even controversial.

An ideological agenda

So, why are mainstream and even liberal Jewish news outlets treating the death-penalty law, as well as the often distorted if not outright false reports about an epidemic of “settler violence,” as a major issue? And why are they doing this while also refusing to cover the far larger incidence of Palestinian and Islamist terrorism against Israelis in Judea and Samaria?

The answer is simple. It’s part of the general ideological assault on Israel and Jewish rights that has its roots in Soviet disinformation. It has been amplified and weaponized by woke ideological advocates of toxic ideas like critical race theory, intersectionality and settler-colonialism that treat Israelis and Jews as “white” oppressors of Palestinian “people of color.” In this formulation, the former are always in the wrong, no matter what they do, and the latter are always the victims, regardless of their commitment to terrorist violence in their genocidal war against the Jewish state.

Seen in that light, people of good faith and conscience ought not to be duped into believing this false narrative about Israeli violence and moral equivalence to Palestinian crimes. It’s not just based on out-of-context reasoning and unreliable statistics. The claims about the death penalty and the settlers are rooted in antisemitic tropes and false arguments. To lend them credibility isn’t an example of principle, whether on the part of Jews or others. It’s evidence of either bad judgment or bad faith.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Kto ma wejść do tunelu?

Anna Grabowska (Źródło zdjęcia – Facebook)


Kto ma wejść do tunelu?

Anna Grabowska (Anne Goldschmid)


Nie chodzi o to, że ludzie, którzy dzisiaj najgłośniej krytykują Izrael, naprawdę tłumaczą mu, jak ma się bronić, bo oni nie tłumaczą niczego. Nie mają żadnego planu, żadnej odpowiedzi ani instrukcji, którą dałoby się zastosować w realnym świecie, a nie na szanownym panelu dyskusyjnym, w gazecie, na uniwersytecie albo w poście pisanym z bezpiecznego mieszkania w Europie. Nie mówią, jak państwo ma rozbroić organizację terrorystyczną siedzącą wśród cywilów. Nie mówią również jak ma odzyskać zakładników i jak ma wejść do tuneli, zniszczyć wyrzutnie, składy broni, dowództwo, terrorystów, którzy przez dziesięciolecia wybierali izraelskich cywilów jako cel. Oni mówią jedno: Izraelowi nie wolno, Izrael przesadza i ma przestać. Ma się ograniczyć, uważać i nade wszystko ma być humanitarny. Izrael ma obowiązek chronić cywilów, a nie zabijać. Jakże pięknie i jakże humanitarnie. Tylko niech wreszcie ktoś z tej bańki opiniotwórców – dziennikarzy, komentatorów, politologów, wykładowców, artystów, ludzi kultury, influencerów, tych wszystkich osób, które mają wpływ na swoich czytelników, studentów, widzów, wielbicieli i naśladowców – powie coś więcej niż zdanie nadające się na transparent i tytuł. “Nie wolno zabijać cywilów”. Oczywiście, że nie wolno chcieć śmierci cywilów i że każde niewinne życie ma znaczenie. Ale to zdanie, powtarzane bez odpowiedzi na pytanie, co Izrael ma zrobić z ludźmi, którzy mordowali jego cywilów i chowają się między własnymi cywilami, staje się tylko pustą gadką. Owszem, ładną i podniosłą – i kompletnie bezużyteczną. Co ma zrobić państwo, którego dzieci mordowano w szkołach, którego rodziny zabijano w domach, którego obywateli wysadzano w restauracjach, autobusach i hotelach, którego zakładników wciągnięto pod ziemię? Ma czekać, aż profesorowie napiszą kolejny list? Aż ONZ uchwali kolejną rezolucję a artysta wrzuci na ekran czarny kwadrat i napisze, że cierpi? Tu właśnie zaczyna się wygodna bezradność ludzi, którzy niczym nie ryzykują. Nie w samej krytyce Izraela, bo – powtarzam tysięczny raz – państwo można i trzeba krytykować. Izrael nie jest świętym obrazkiem. Żadne państwo nie jest. Ale jeśli krytyka zmienia się w systematyczne odbieranie Izraelowi prawa do skutecznej obrony, a za tym nie idzie żadna realna alternatywa, to nie jest już analiza sytuacji tylko biczowanie. Zawsze tych samych. Żydów. To jest cholernie wygodny akt oskarżenia pisany przez ludzi, którzy nie płacą za swoje zdania życiem własnych dzieci. Uniwersytet nie zawsze chroni przed głupotą; często dostarcza jej przypisów.

Żeby zrozumieć izraelską doktrynę bezpieczeństwa, trzeba zacząć nie od telewizyjnego studia, czy od teatralnego gestu jakiegoś artysty. I nie od otwartego listu profesorów zza biurka ale od nazw miejsc, w których terroryzm pokazał swoją twarz bez żadnej maski. Ma’alot, maj 1974 roku. Terroryści z Demokratycznego Frontu Wyzwolenia Palestyny przedostali się z Libanu do Izraela. Po drodze zabili cywilów, a potem weszli do szkoły i wzięli za zakładników ponad stu uczniów. Szkoła, moi drodzy moraliści, nie baza wojskowa, posterunek ani sztab. Szkoła – miejsce, w którym przy tablicy powinna leżeć kreda, na biurkach zeszyty, kanapki w tornistrach i największy strach powinien być zwykłym dziecięcym strachem przed klasówką. Miejsce zamienione w pułapkę, dzieci w narzędzie szantażu, komunikat polityczny, środek nacisku. Zginęło 31 Izraelczyków, w tym wielu uczniów; opisy tej masakry mówią o 25 zabitych zakładnikach i sześciu innych cywilach. To nie była walka z armią, tylko wejście w najbardziej bezbronną przestrzeń życia po to, żeby złamać państwo przez jego dzieci. I zanim ktoś z bezpiecznej europejskiej sali wykładowej zacznie opowiadać o “kontekście przemocy”, niech zatrzyma swoją mądrą głowę przy tej jednej scenie: uzbrojeni ludzie i dzieci w szkole. Bo właśnie od tego zaczyna się prawda, którą tak wielu ludzi zajmujących się tworzeniem opinii najchętniej wyrzuciłoby z całej opowieści.

Potem Coastal Road, marzec 1978 roku. Terroryści z Fatahu przypłynęli z Libanu, przedostali się do Izraela i porwali autobus jadący nadmorską drogą. Autobus przecież też nie jest bazą wojskową, tylko najbardziej zwyczajnym środkiem lokomocji na świecie. Ludzie jadą do domu, do pracy, do rodziny, z dziećmi, torbami, zmęczeniem, małymi planami na resztę dnia. I właśnie dlatego terroryzm wybiera taki autobus, bo chce nie tylko zabić ludzi, ale normalność. Chce, żeby zwykła droga stała się miejscem rzezi, żeby podróż do domu mogła skończyć się śmiercią i żeby każdy cywil w Izraelu wiedział, że jest celem. W masakrze na Coastal Road zginęło 38 izraelskich cywilów, w tym 13 dzieci, a dziesiątki zostały ranne. Jeszcze raz: cywilów. Dzieci, ludzi jadących autobusem. Nie żołnierzy na froncie, czy komandosów w akcji. Zwykłych ludzi. To był jasny przekaz do państwa żydowskiego: wasze drogi, wasze autobusy, wasze rodziny, wasze dzieci, wasze codzienne życie – wszystko to może być celem. I potem mamy udawać, że ta izraelska obsesja bezpieczeństwa spadła z nieba? Że to jakiś żydowski polityczny kaprys? Że Izrael wymyślił sobie strach, bo lubi być trudny? To jest bezczelność albo ignorancja. A często jedno i drugie.

Rok później, Naharijja. 22 kwietnia 1979 roku terroryści Palestyńskiego Frontu Wyzwolenia przypłynęli łodzią z Libanu do północnego Izraela. Nie szukali frontu ani wojskowej bazy. Weszli w cywilne miasto i dotarli do domu rodziny Haran. Porwali Danny’ego Harana i jego czteroletnią córkę Einat. Danny został zastrzelony na plaży. Einat została zamordowana. Według materiałów dotyczących sprawy Samira Kuntara dziecku roztrzaskano głowę kolbą karabinu. Dwuletnia Yael Haran zginęła podczas ukrywania się z matką, Smadar, która próbowała ją uciszyć, żeby terroryści nie odkryli kryjówki. Zginął też policjant Eliyahu Shahar. Czyli znowu, moraliści świata, do was mówię: dom, matka, małe dzieci, plaża, noc, strach, krzyk, śmierć. Nauczcie się tej wyliczanki na pamięć. Potem jeszcze drugi akt tej samej hańby: Samir Kuntar został po latach w Libanie przyjęty przez część środowisk jak bohater, a w 2008 roku uwolniony w ramach wymiany z Hezbollahem za ciała izraelskich żołnierzy Ehuda Goldwassera i Eldada Regeva. Człowiek skazany za udział w zbrodni na rodzinie i dziecku stał się dla niektórych symbolem oporu. W tym właśnie miejscu widać całą odrazę, bo jeśli ktoś potrafi zrobić bohatera z człowieka, przy którego historii leży martwe dziecko, to problem nie kończy się wyłącznie na przemocy. On leży głębiej. W kulturze politycznej, która umie nazwać morderstwo cywilów walką, a zabójcę dziecka bojownikiem. Taki to opór, zgnilizna ubrana we flagę.

Ta historia nie skończyła się w latach siedemdziesiątych. W sierpniu 2001 roku zamachowiec samobójca wysadził się w pizzerii Sbarro w Jerozolimie. Ponownie – pizzeria, zwyczajne miejsce rodzinne, pełne dzieci, młodzieży, ludzi jedzących obiad, rodzin, które przyszły na pizzę, a nie na wojnę. Zginęło 16 cywilów, w tym siedmioro dzieci i kobieta w ciąży, a ponad sto osób zostało rannych. W marcu 2002 roku, w czasie święta Pesach, zamachowiec wszedł do hotelu Park w Netanji, gdzie ludzie siedzieli przy sederowym stole. Pesach – święto wyjścia z niewoli, święto pamięci. Święto rodzinne jak Wasze Boże Narodzenie. I to święto zostało zamienione w salę śmierci. Zginęło 30 osób, rannych zostało około 140. Wśród ofiar byli ludzie starsi, także ocaleni z Zagłady. Trzeba naprawdę mieć serce z kamienia albo głowę pełną ideologicznych idiotyzmów, żeby nie rozumieć, czym jest taki wybór celu. Restauracja, hotel, święto, rodzina przy stole. Ludzie, którzy już raz w historii mieli być bezbronni wobec cudzej przemocy, znowu zabijani tam, gdzie przecież powinni czuć się najbezpieczniej. Terroryzm doskonale rozumie symbole, dlatego wybiera szkołę, autobus, pizzerię, hotel podczas święta, dziecko, starca, rodzinę przy stole. Ktoś pomyśli, że być może “nie ma innej metody walki”. Niestety, nic z tego. Terroryści wiedzą, że ta metoda działa na wyobraźnię, zastrasza, kaleczy pamięć na zawsze i wbija nóż w codzienne życie.

W 2011 roku, Itamar. Dwóch palestyńskich napastników weszło nocą do domu rodziny Fogel i zamordowało pięć osób: Udiego i Ruth Fogel oraz troje ich dzieci: jedenastoletniego Yoava, czteroletniego Elada i trzymiesięczną Hadas. Niemowlę. Znów nie na froncie: w domu, w łóżku. Dwunastoletnia Tamar wróciła później i znalazła swoją zamordowaną rodzinę. Tu nie trzeba literatury. Rzeczywistość jest wystarczająco potworna. I proszę mi potem nie opowiadać spokojnym głosem o spirali przemocy, jakbyśmy mówili o dwóch równorzędnych abstrakcjach. Tu nie ma żadnej abstrakcji. Tu jest noc, dom, rodzice, dzieci, niemowlę, dziewczynka wracająca do mieszkania, w którym nie ma już rodziny. Ta historia jest ważna nie dlatego, że cierpienie izraelskie ma unieważnić cierpienie kogokolwiek innego. Nie unieważnia, ale pokazuje ciągłość pewnego wzoru: wejść w życie cywilne, w dom, w rodzinę, w dziecko, w intymność, w to miejsce, w którym człowiek powinien mieć prawo przestać się bać. A potem jeszcze słuchać, jak ludzie z daleka mówią o “kontekście”. Kontekst nie wyciera krwi z dziecięcego łóżka, nie przywraca zamordowanej matki, nie strzela do niemowlęcia.

I potem był 7 października 2023 roku. I znów szanowne grono komentatorów opiniotwórczych krzyczała na trwogę: “eskalacja”, “tragiczny dzień po obu stronach”, ta wygodna formuła ludzi, którzy chcą mówić tak, żeby nie dotknąć prawdy. Kiedy o was myślę, mam mdłości. 7 października był zaplanowanym atakiem Hamasu i innych grup z Gazy na izraelskich cywilów: kibuce, miejscowości przygraniczne, domy, rodziny, osoby starsze, dzieci, uczestników festiwalu muzycznego Nova. Zamordowano około 1200 osób, a ponad 250 uprowadzono jako zakładników do Gazy. To nie był gniew biednych przeciwko silnym. To nie była rozpacz, która przypadkiem wymknęła się spod kontroli, tylko metoda. Ta sama tylko większa, masowa, bezwstydna, filmowana, transmitowana, opowiadana potem światu przez tych, którzy z ludzkiej śmierci potrafią zrobić widowisko polityczne. I po tym wszystkim znowu pojawia się ta sama bańka ludzi opinii, ci sami prestiżowi komentatorzy, profesorowie, artyści, dziennikarze i aktywiści od cudzej wrażliwości, i mówią: Izrael przesadza, Izrael nie może, Izrael powinien, Izrael musi, Izraelowi nie wolno. Tylko że za tym nie idzie żadna odpowiedź na pytanie, jak państwo ma chronić swoich obywateli przed powtórką. Jak ma żyć obok organizacji, która mordowała ludzi w domach i porywała cywilów do tuneli. Jak ma prowadzić wojnę z przeciwnikiem, który od początku zaciera granicę między polem walki a przestrzenią cywilną. Jak wreszcie ma bronić życia własnych ludzi, jeśli nie wolno mu użyć siły wystarczającej do zniszczenia infrastruktury tych, którzy przyszli po jego obywateli.

I właśnie dlatego chcę powiedzieć rzecz najprostszą: to nie jest opowieść o zemście. Zemsta jest prywatna, ślepa, często zrozumiała w bólu, ale nie może być zasadą państwa. Żadnego. Obrona jest czymś innym, oznacza, że państwo po Ma’alot, Coastal Road, Naharijji, Sbarro, Netanji, Itamar i 7 października mówi swoim obywatelom: zrobimy wszystko, żeby to się nie powtórzyło. Nie wszystko, co robi państwo w trakcie wojny, jest automatycznie słuszne. Izrael, jak każde państwo demokratyczne, musi odpowiadać za błędy, musi ważyć środki, musi minimalizować śmierć cywilów. Izrael nie jest państwem idealnym, bo nie ma idealnych państw. W Izraelu są głębokie spory, jest rozdział wewnątrz społeczeństwa, jest ogromne napięcie polityczne, są decyzje rządów, które można krytykować, są problemy religijne, społeczne, prawne, są także problemy z najbardziej radykalnymi środowiskami osadniczymi, o których mówiłam zawsze i których nie trzeba zamiatać pod dywan. Ale czym innym jest krytyka państwa, rządu, osadników, konkretnych decyzji politycznych czy wojskowych, a czym innym wrzucanie całego Izraela do worka z napisem “ludobójstwo”, “apartheid”, “zamordyzm”, jakbyśmy mówili o państwie zbudowanym wyłącznie na przemocy wobec innych. To jest fałsz. W Izraelu żyją arabscy obywatele, pracują, głosują, studiują, leczą, uczą, są lekarzami, prawnikami, parlamentarzystami, sąsiadami, współpracownikami. Oczywiście, jak w każdym państwie wieloetnicznym i w kraju żyjącym w stanie ciągłego napięcia, istnieją nierówności, konflikty, dyskryminacje i uprzedzenia, których nie wolno udawać, że nie ma. Ale mówienie, że Izrael jest państwem apartheidu w tym prostym, propagandowym sensie, w którym każdemu Arabowi odmawia się człowieczeństwa i praw, jest kłamstwem wygodnym dla ludzi, którzy nie chcą widzieć tej złożoności. Tam ludzie żyją obok siebie, pracują obok siebie, leczą się u siebie, handlują ze sobą, rozmawiają ze sobą. Sąsiedzi bywają sąsiadami, nie tylko figurami z plakatu. I właśnie dlatego ten prymitywny język oskarżenia jest tak amoralny: kasuje całe realne społeczeństwo, wszystkie jego napięcia, wszystkie jego codzienne relacje, żeby zostawić tylko jeden obraz – Izrael jako potwór.

Ale nie wolno zacierać zasadniczej różnicy między państwem walczącym z organizacją terrorystyczną działającą wśród cywilów a organizacją, która cywilów izraelskich wybiera jako cel, a cywilów palestyńskich traktuje jako osłonę, narzędzie presji i paliwo propagandy. To nie jest symetria. To jest różnica między tragedią wojny a dogmatem terroru. Izrael nie zabija cywilów dlatego, że chce zabijać cywilów. Izrael prowadzi wojnę w warunkach narzuconych przez przeciwnika, który zbudował swoją strategię na tym, że każda śmierć cywilna będzie pracowała przeciwko państwu żydowskiemu. Najpierw uderzyć w izraelskich cywilów, potem schować się między własnymi cywilami, potem pokazać światu obrazy skutków wojny i powiedzieć: patrzcie, to Izrael jest winny. Wstrętne, skuteczne i znane.

I dlatego ludzie opinii, którzy potrafią z wielkim gestem potępiać Izrael, ale nie potrafią powiedzieć, jak Izrael ma przeżyć, uczestniczą w czymś więcej niż w zwykłym sporze politycznym. Krytyka Izraela sama w sobie nie jest antysemityzmem. Trzeba to mówić jasno, bo inaczej tekst staje się zbyt łatwy do odrzucenia. Ale systematyczne odbieranie Izraelowi prawa do skutecznej samoobrony, przy jednoczesnym milczeniu o tym, jak ma chronić swoich obywateli przed organizacjami mordującymi cywilów, staje się współczesną formą antyżydowskiego podwójnego standardu. Tak, to wykluczenie nie zawsze przychodzi w starym języku nienawiści, dziś wybiera język humanizmu, język akademicki, język kultury i praw człowieka, w języku ludzi, którzy doskonale wiedzą, jak napisać list otwarty, esej, raport, rezolucję, odezwę, wygodne wypracowanie zza biurka, ale nie wiedzą, jak uratować dziecko w kibucu, rodzinę przy sederowym stole, pasażera autobusu, czy zakładnika w tunelu.

Widać to bardzo dobrze po nazwiskach i instytucjach, które nadają temu ton. Moja “ulubienica “, której poświęciłam co najmniej 15 artykułów – Francesca Albanese, specjalna sprawozdawczyni ONZ do spraw sytuacji praw człowieka na terytoriach palestyńskich okupowanych od 1967 roku, mówi o Izraelu, oskarżeniem: ludobójstwo, wymazywanie kolonialne, apartheid, kolonializm, zbrodnia. ONZ produkuje rezolucje, raporty, apele, oświadczenia, całe tony papieru o tym, czego Izraelowi nie wolno. Nie wolno eskalować, nie wolno odpowiadać za mocno, nie wolno blokować, nie wolno uderzać tak, nie wolno uderzać inaczej, nie wolno powodować cierpienia cywilów. Część tych zdań jest oczywiście słuszna jako ogólna zasada prawa i humanitaryzmu. Jakież to jednak cyniczne, kiedy z tych zasad nie wynika żadna realna metoda działania wobec organizacji, która trzyma zakładników, buduje tunele pod miastami, strzela z terenów cywilnych i ukrywa się między ludźmi, których później pokazuje światu jako dowód winy Izraela. ONZ potrafi powiedzieć państwu żydowskiemu, czego mu nie wolno. Nie potrafi powiedzieć, kto konkretnie ma rozbroić Hamas, kto ma wejść do tuneli, kto ma wyprowadzić stamtąd zakładników, kto ma zatrzymać Hezbollah, kto ma powstrzymać Iran, kto ma przerwać cały system rakiet, dronów, milicji, pełnomocników, wyrzutni, składów broni i szantażu cywilami. Kto weźmie odpowiedzialność za izraelskie dzieci, jeśli państwo izraelskie zostanie sparaliżowane przez cudze rezolucje? Kto stanie na granicy? Kto wejdzie do tunelu? Kto zatrzyma pocisk w powietrzu? Raport???

To samo widać w świecie filozofów, pisarzy i intelektualistów. Judith Butler po 7 października wywołała burzę, gdy mówiła o ataku Hamasu jako o “akcie zbrojnego oporu”; później tłumaczono, że jej wypowiedź została wyrwana z kontekstu, ale sam fakt, że taki język mógł się pojawić w ustach jednej z najbardziej znanych postaci współczesnej teorii krytycznej, mówi bardzo dużo o stanie tej debaty. Étienne Balibar też pisał o “celowym ludobójstwie” w Gazie, Ilan Pappé od lat opisuje Izrael językiem kolonialnym i antysyjonistycznym, a w ostatnich latach jeszcze mocniej mówił o izraelskiej wojnie nie jako o samoobronie, lecz jako o jawnej zbrodni. Do tego dochodzą izraelscy krytycy z lewej strony: Amos Goldberg, Omer Bartov, David Grossman, Gideon Levy, Amira Hass – ludzie różni, o różnych biografiach, o różnym ciężarze intelektualnym i osobistym, których nie można wrzucić do jednego worka ani zbyć prostą etykietą. Ale wspólny problem pozostaje ten sam: w ich języku bardzo często pojawia się wielkie oskarżenie wobec Izraela, natomiast znacznie rzadziej pojawia się konkretna odpowiedź na pytanie, co państwo żydowskie ma zrobić z Hamasem, z tunelami, z zakładnikami, z wyrzutniami, z Hezbollahem, z Iranem, z całym systemem, który chce Izrael osłabić, osaczyć, wypalić nerw po nerwie i jeszcze oskarżyć go o to, że się broni. Humanizm brzmi tam pięknie, czasem nawet wzruszająco, ale zatrzymuje się dokładnie tam, gdzie zaczyna się pytanie o skuteczność.

W Polsce ten mechanizm ma własną wersję: akademicką, publicystyczną, środowiskową. Można wskazać Andrzeja Ledera, znanego filozofa, którego tekst o Izraelu wywołał polemikę Lewkowicz, Jana Hartmana, Beaty Lewkowicz i moją. Można wskazać Adama Lipszyca, który coraz częściej zabiera głos w tonie, w którym Izrael staje się przede wszystkim oskarżonym, a pytanie o jego realne bezpieczeństwo znika pod warstwą wzniosłych słów. Nie chodzi o to, żeby każdego z nich wrzucić do jednego worka z aktywistami ulicznymi albo internetowym tłumem. Właśnie nie, chodzi o coś gorszego: o ludzi wykształconych, oczytanych, obytych, piszących z pozycji autorytetu, ludzi, którzy siedzą za biurkiem, piszą długie wypracowania o winie Izraela, o przemocy, cierpieniu, historii, a potem nie odpowiadają na najprostsze pytanie: co dokładnie ma zrobić państwo, któremu zamordowano obywateli i porwano ludzi do tuneli? Bardzo wygodnie siedzi się za biurkiem i pisze teksty o humanizmie, potwierdzam, ale tylko wtedy, kiedy to nie własne dziecko siedzi w schronie, nie własna matka została porwana, nie własny syn jest w wojsku, nie własny kraj ma nad sobą rakiety, drony, Hezbollah, Hamas i Iran. Bardzo łatwo jest być szlachetnym, gdy cudzy strach traktuje się jak materiał do eseju.

I najbardziej perfidne według mnie jest właśnie to, że ten język wygląda na szlachetny. Mówi o prawach człowieka, o cywilach, o cierpieniu, o dzieciach, o humanitaryzmie. I oczywiście armia państwa demokratycznego musi działać możliwie humanitarnie: ostrzegać cywilów, rozróżniać cele, minimalizować straty, badać błędy, odpowiadać za nadużycia. Ale humanitaryzm nie jest magiczną metodą wojenną. Nie wyciąga zakładników z tunelu. Nie niszczy wyrzutni rakiet. Nie rozbraja ludzi, którzy własnych cywilów wypychają przed siebie, a cudzych cywilów wybierają jako cel. Humanizm jest konieczny jako granica działania państwa. Nie wystarcza jednak jako odpowiedź na organizację, która uczyniła z cywilów – izraelskich i palestyńskich – narzędzie własnej strategii. Można mówić o humanizmie, siedząc w sali wykładowej, przy mikrofonie, na panelu literackim, w redakcji, na uniwersytecie, w studiu telewizyjnym. Ale państwo po masakrze nie może obronić swoich obywateli samym humanistycznym tonem. Może i powinno działać w granicach prawa wojny, ale nie może udawać, że wojny nie ma tylko dlatego, że ludziom opinii tak się podoba i tak wygodniej.

Ich słowa schodzą potem niżej, do mas, do fanów, do studentów, do czytelników. Artysta rzuca hasło, dziennikarz nadaje mu rytm, politolog daje pozór jakiejś analizy, akademik dopisuje przypis, influencer puszcza dalej, a potem tłum wie już, że ma potępiać Izrael, choć często nie wie, czym były Ma’alot, Coastal Road, Naharijja, Sbarro, Netanja czy Itamar. Wie, że ma mówić “cywile”, ale nie wie, co zrobić z organizacją, która cywilów zamieniła w narzędzie swojej wojny.

Izrael nie ma obowiązku popełnić samobójstwa, żeby zadowolić europejskie salony opinii.

To zdanie trzeba zostawić bez ozdób, bo tu leży sedno. Izrael ma obowiązek chronić swoich obywateli, tak jak każde państwo. Nie ma obowiązku być idealną ofiarą cudzej wrażliwości. Nie ma obowiązku czekać, aż ludzie, którzy mordowali dzieci, zestarzeją się w spokoju albo przejdą szkolenie z języka praw człowieka. Nie ma obowiązku udawać, że tunele są metaforą, rakiety są desperacją, zakładnicy są komplikacją negocjacyjną, Hezbollah jest tylko “aktorem politycznym”, Iran tylko “państwem reagującym” a masakra jest “kontekstem”. Wyliczać te bzdury mogłabym długo. Państwo, które nie broni swoich ludzi po takich doświadczeniach, przestaje być państwem. Staje się dekoracją do cudzych seminariów. Dlatego trzeba wracać do tych nazw, wcale nie po to, żeby urządzać swoisty katalog cierpienia i nie po to, żeby mówić, że cierpienie jednych unieważnia cierpienie drugich. Trzeba do nich wracać, bo bez nich opowieść o Izraelu zaczyna się od izraelskiej odpowiedzi, a wycina wszystko, co ją poprzedzało: dzieci w szkole, autobus na drodze nadmorskiej, rodzinę Haran, pizzerię Sbarro, seder w Netanji, rodzinę Fogel, kibuce i festiwal Nova. Kto pomija ten początek, nie analizuje rzeczywistości. Pisze akt oskarżenia w zeszycie z wyrwanymi stronami.

Nie, nikomu nie chodzi o zabijanie cywilów. Nikt nie chce, żeby zginął choćby jeden niewinny człowiek, ani jedno niewinne dziecko. Ale skoro tak wielu ludzi wie, czego Izraelowi nie wolno, niech wreszcie powiedzą, co wolno. Niech wskażą choć jedną realną drogę: jak rozbroić Hamas, jak zatrzymać Hezbollah, jak odpowiedzieć Iranowi, który wysyła na Izrael rakiety i drony, jak przerwać cały ten system terroru, pełnomocników, tuneli, wyrzutni, zakładników i szantażu cywilami. Jak zniszczyć infrastrukturę przemocy ukrytą wśród ludzi i jednocześnie nie narazić nikogo niewinnego. Nie zrobi się tego rezolucją. Nie zrobi się tego listem otwartym. Nie zrobi się tego moralizującą gadką ludzi, którzy za własne zdania nie płacą życiem swoich dzieci. Niech powiedzą wprost: co ma zrobić Izrael, kiedy z jednej strony ma Hamas w Gazie, z drugiej Hezbollah przy północnej granicy, za nimi Iran, który finansuje, uzbraja, inspiruje i sam potrafi wysłać w stronę Izraela rakiety i drony? Ma czekać, aż rezolucja ONZ zatrzyma pocisk w powietrzu? Aż list otwarty rozbroi tunel? Aż profesor od humanizmu przekona człowieka z wyrzutnią, że cywile są święci?

Dlatego celowo zostawiam ten tekst otwarty. Niech ci, którzy tak łatwo oskarżają Izrael, pokażą teraz własne człowieczeństwo: nie tylko w pięknych słowach o cywilach, ale w uczciwej odpowiedzi na pytanie, jak państwo po Ma’alot, Coastal Road, Naharijji, Sbarro, Netanji, Itamar i 7 października ma obronić swoich ludzi przed następną masakrą, następną rakietą, następnym tunelem, następnym porwaniem, następną wojną narzuconą mu przez tych, którzy sami nie mają żadnego problemu z cudzą śmiercią.

Bonne soirée !


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Asking the wrong questions about antisemitism


Asking the wrong questions about antisemitism

Jonathan S. Tobin


As the arts world legitimizes bias against Israel in the post-Oct. 7 world, a hit play about author Roald Dahl’s Jew-hatred explores the intersection of culture and prejudice.

British novelist Roald Dahl (1916-1990) at home in the United Kingdom, Dec. 10, 1971. Photo by Ronald Dumont/Daily Express/Getty Images.

If only every person who hates Jews were as open about their biases as author Roald Dahl (1916-1990). The famed children’s writer, who earned literary immortality with books such as Charlie and the Chocolate Factory, Matilda, James and the Giant Peach, The Fantastic Mr. Fox and The BFG, was widely acclaimed as one of the 20th century’s greatest storytellers, as well as among its best-selling authors. A cultural icon in his own time, his fame has continued decades after his death. So, too, has his notoriety; he was also an unabashed and self-identified antisemite.

That aspect of his life story is given a thorough examination in the hit play “Giant” by British playwright Mark Rosenblatt, which recently opened on Broadway at New York’s Music Box Theater after an award-winning run on London’s West End.

Ripped from the headlines

Antisemitism has been surging throughout the West since the Hamas-led Palestinian Arab terror attacks on Israel on Oct. 7, 2023. It has only grown during the two-and-a-half years since then as the Jewish state has been waging war on those terrorists, their Hezbollah allies and their Iranian sponsors. That has made the play’s topic even more relevant, as those flocking to sold-out performances to see actor John Lithgow’s brilliant star turn as Dahl are asked to absorb more than two hours of the title character’s mix of charm, wit and monstrous bile. Audience members walk away contemplating the difficult dilemma that his behavior posed for those who profited from publishing his books or lived with him. Indeed, with Israel being blasted for bombing Gaza, Iran and Lebanon—just as was true more than 40 years ago, when the events of the drama unfolded, and Israel was in the world’s crosshairs—it could be said to be ripped from the headlines.

“Giant” presents the truth about the author in a way that leaves no wiggle room about acknowledging the depths of his hatred. We can wonder what caused a man who was responsible for so much work that was as life-affirming as it was delightful to go down that dark road. And we can also puzzle over the questions about how to separate a decent person’s disgust with his views from how they feel about his books and whether they can think about them the same way once they witness his antisemitism.

Even as the play basks in generally well-earned praise from critics as well as audiences, its topicality is deceptive. For all of the skills of the playwright, director and cast, it doesn’t offer much that is of use in navigating a world in which many of Dahl’s horrible ideas about Israel and Jews, which were considered beyond the pale in his lifetime (these days, no longer considered disqualifying), have been mainstreamed. They have become not merely commonplace, but are now a fashionable orthodoxy whose adherents dominate the worlds of academia and culture while also gaining an increasingly secure foothold in politics.

Respectable antisemitism

The trouble is that, unlike Dahl, most of those who are currently spreading hatred of Jews in academia, popular culture and politics are doing so while also claiming to oppose such prejudice. They are, they insist, just “criticizing” the Israeli government and its leaders, calling into question their right to self-defense.

But peel away that veneer, and the real issue becomes transparent: their battle is against the existence of Israel itself. While seeking to legitimize the war to eliminate the one Jewish state on the planet and oppose efforts to strip its enemies of the means to achieve that vile goal (such as the Iranian nuclear program), they tell us that they like Jews and wish to defend them—or, at least, the “good” ones who condemn Israel, rather than the “bad” pro-Israel or Zionist ones.

Even as they float conspiracy theories that could have been lifted out of The Protocols of the Elders of Zion, popular podcasters on the right, like Tucker Carlson, and those on the left, like Hasan Piker, deny that they are antisemites. New York City Mayor Zohran Mamdani, whose entire career has revolved around his obsession with destroying Israel and stigmatizing its Jewish supporters, does so while attending Passover seders that conveniently leave out any message of the essential element of Jewish identity relating to the land of Israel.

But not so Dahl. He was ahead of his time in terms of a popular figure taking up the cause of Jew-hatred. That marked him as an outlier in polite society during his lifetime. Meanwhile, much of what he believed is now so prevalent that it is a surprise when one encounters a famous writer or artist who resists the demand to virtue-signal their animus for Israel.

Escaping cancellation

Dahl made clear his hatred for the State of Israel—and all Jews, for that matter—in 1983, when he wrote a review praising a book about the 1982 Lebanon War and again in an equally infamous interview with The New Statesman magazine. In an essay published in the Literary Review, he didn’t just engage in one-sided and unfair criticisms of Israel’s part in that conflict; he also vented his belief that the Jewish state and its supporters were analogous to the Nazis. Indeed, he aimed his poison pen at a broad array of targets in such a way as to blame Jews everywhere for the supposed crimes of Israel, not the least of which was its creation.

For this, he was widely criticized. Still, despite his own conviction that Jews ruthlessly silenced and punished their opponents, he didn’t suffer much, if at all, for exposing his bigotry so brazenly. His books continue to sell briskly—with many having been made into movies—and he was never accorded the pariah status that one might otherwise think would be given to someone who utters such vile language and holds such hateful views. The worst of the repercussions was that he was denied a knighthood from the British government and offered a lesser honor instead, which he refused. Nor did Tom Maschler, the Jewish publisher who had championed his work and considered him a friend—himself a child survivor of the Holocaust—disavow him.

In 2020, some 30 years after his death, his family and the Roald Dahl Story Company that controls the rights to his work issued an apology for his antisemitism. The admission was prompted by a belief that amid the ex-post facto cancellations of many famous figures for past sins of racism, real or otherwise, amid the moral panic that swept the West after the death of George Floyd in Minneapolis, Dahl’s legacy might also suffer.

But they were wrong to think that the mobs toppling statues during the Black Lives Matter summer of 2020 were interested in punishing Jew-hatred or wanted retrospective atonement for it. And in the wake of Oct. 7, Dahl’s anti-Israel diatribes don’t seem as shocking as they did back in the 1980s.

The author’s reaction to the 1982 First Lebanon War, in which Israeli forces sought to push the terrorists of the Palestine Liberation Organization out of their strongholds in Southern Lebanon and Beirut, was, after all, a preview for the fighting now going on with Hezbollah. Until then, the PLO operated as a state within a state, using Lebanon as a base from which it could launch both deadly terrorist raids and missile attacks on Israel, as Hezbollah terrorists also did.

Lebanon in 1982 was the moment when the tiny, embattled and besieged Jewish state started being viewed as the “Goliath” of the Middle East while the Palestinians, who stubbornly refused to make peace with the Jews, were dubbed the new “David.”

The screed was, in equal turns, ignorant about the Jews, Israel and the Middle East conflict. But Dahl’s controversial essay didn’t just engage in the usual bashing of the Israeli government and its efforts to fend off terrorist opponents. He saw the creation of the Jewish state as illegitimate and wrong. He wrote that the Jews were sympathetic when they were the victims of the Nazis, but had become a race of “barbarous murderers.”

He raged at their temerity for acting in the same way any sovereign state would behave when placed in a similar situation. He viewed any Jew who would not join him in supporting Israel’s destruction as being equally guilty. Dahl’s boundless sympathy for Palestinian and Lebanese killed or injured in the war against Israel was rooted in complete indifference to Israeli victims of Arab terrorism.

As respected historian Paul Johnson wrote at the time in The Spectator, it was “the most disgraceful item to appear in a respectable British publication for a very long time.”

Antisemitic hypocrisy

Some 43 years after its publication, what ought to strike the reader is how similar much of it is to so much contemporary “criticism” of Israel. Indeed, how different is it from contemporary attacks on Israel published in “respectable” publications in Britain or the United States about Jerusalem’s efforts to ensure that Hamas, and its Hezbollah and Iranian allies, can’t perpetrate another Oct. 7? The writers who denounce Israel’s existence in The New York Times or The Guardian are perhaps more cautious about also venting age-old tropes of antisemitism. But the podcast conspiracy-mongers on both left and right who speak to far larger audiences are not.

In “Giant,” a fictional character—a Jewish woman who works for Dahl’s American publisher—is assigned the task of pushing back at the author. She is a “good” “progressive” Jew who sees Israel as flawed and agrees with its government’s detractors. But she does point out that Israel didn’t behave any differently than Britain did when it was attacked in World War II.

The mention of the fire-bombing of Dresden is also telling. It was an arguably defensible military raid in the context of a total war against Adolf Hitler’s Germany, albeit one that resulted in indiscriminate slaughter that was far worse than anything Israel has ever done. Had someone actually said that to Dahl, it might have stung a man who was a decorated pilot in the Royal Air Force during the Second World War, and thus a hypocrite for saying that only “barbarous” Jews and Nazis behave in this manner. More of that would have made the analogy between Dahl’s rants and today’s “criticism” of Israel even more obvious.

But Dahl’s real sin in the play is for merging his loathing of Israel with his equally venomous animus toward all Jews.

The version of Maschler depicted in the play is eager to downplay his friend’s indiscreet signaling of his prejudices and allow them both to get on with the business of publishing books and making money. He also wants nothing to do with Israel or the struggles of the Jews, even as his pal Roald goads him, like the playground bullies the publisher encountered as a child. He believes that Dahl’s brilliance justifies any effort to make the controversy go away with minimal gestures of contrition that the author doesn’t want to make.

The play’s Maschler is the sort of Jew whose complaint about the post-Oct. 7 wave of antisemitism is that it leaves so little room for those who just want to get on with their lives, without being drawn into the drama of Israel-related hate. Like the American sales rep, he may even agree with some of Dahl’s Israel-bashing, even if it goes too far for their taste. But the author’s pathological need to bully and demean Jews is too great to accommodate them.

It is only in the play’s final scenes, when Lithgow acts out the actual transcript of Dahl’s New Statesman interview, that the full portrait of his character is revealed. Having indulged in the crudest of stereotyping and claiming that Hitler was likely justified in thinking ill of the Jews, he owns the label of antisemite. That leaves neither the audience nor those in Dahl’s life with the ability to deny that he is anything other than a hate-monger.

It may be, as some critics have noted of Lithgow’s performance, that Dahl was a Shakespearean character who is a mix of good and evil that epitomizes the complexity of the human condition. As I wrote at the time of his family’s apology, his antisemitism shouldn’t mean that we ought to cancel his books. Great art has nothing to do with good character. That is something that is proved over and over again in the examination of the lives of great musicians, painters, and, yes, the authors of beloved children’s books.

A distinction without a difference

Dahl was also living proof that once you remove the thin veneer of justifiable concern about any misdeed that Israelis are supposed to have committed, the gap between anti-Zionism and antisemitism is revealed to be a distinction without a difference. And that is why so much of the commentary about this play and antisemitism in general is still asking the wrong questions about the subject.

Some 78 years after the birth of the modern-day State of Israel, we should no longer be trying to draw distinctions that will allow Israel-bashers to avoid being tagged as what they really are: antisemites. Instead, we should be noticing the painfully obvious similarities that unite all anti-Zionists, whether they are as uncivil as Dahl or not.

Those who cheer for or rationalize attacks and violence, including the largest mass slaughter of Jews since the Holocaust that took place on Oct. 7, as well as deny Israelis the right to defend themselves against those who pledge its repeat, are on the same level as Dahl.

Are students or college professors who chant for Jewish genocide (“From the river to the sea”) or terrorism against Jews wherever they live (“Globalize the intifada”) really idealists who should be accorded the respect that sophisticated theater-goers are forced to retrospectively deny to a nasty old man who thinks the Jews deserved the Holocaust?

Is the contemporary journalist or politician who traffics in blood libels about Israelis committing a mythical “genocide” someone to agree to disagree with? Is that akin to how we are expected to react to an open neo-Nazi who does so in a less dignified manner?

The real lesson to be drawn from “Giant” isn’t the answer to the age-old debate about what to think about good art created by bad people. Nor is it a guide about how to behave when a favorite childhood author turns out to be a rotten bigot.

It is this: Those who embrace the cause of Israel’s destruction and the genocide of half of the world’s Jewish population that goes with that belief don’t deserve the benefit of the doubt when it comes to evaluating their character. Some may act in a less repugnant manner than Dahl and pretend to oppose antisemitism even as they support it, as is the case with the mayor of New York. Others are less civil or arguably even crazier, as might be said of some anti-Israel podcasters. But they are all part of the same evil cause. And they all deserve the same opprobrium a decent society should accord to antisemites like Roald Dahl.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com