Moralna mgła XXI wieku


Moralna mgła XXI wieku

Andrzej Koraszewski


„Nie sprzeciwiaj się swoim czasom, po prostu nie sprzeciwiaj się swoim czasom, jeśli chcesz mieć spokojne życie”.

– Saul Bellow

Richard Landes przypomniał mi wydarzenie sprzed bez mała dwudziestu lat – brytyjski pisarz i nauczyciel akademicki Martin Amis był w 2007 roku uczestnikiem debaty w Instytucie Sztuki Nowoczesnej w Londynie. W wypełnionej po brzegi sali siedzieli przedstawiciele najbardziej wyrobionej brytyjskiej inteligencji. W pewnym momencie Amis zwrócił się do zgromadzonych z prośbą, żeby osoby, które czują się moralnie lepsze od talibów, podniosły rękę. Sala zamarła, po chwili tu i ówdzie ludzie nieśmiało podnosili ręce. Szacuje się, że około jednej trzeciej obecnych zdobyła się na tę heroiczną odwagę. Martin Amis nazwał to „moralnym paraliżem”.

Amis o polityce pisał rzadko. Uczył literatury, był dobrym pisarzem. W jednym ze swoich ostatnich esejów pisał, że większość dobrych powieści pisana jest przez ludzi patrzących na świat z ironią. Opowieść jest komiczna, ponieważ życie jest komiczne.

Martin Amis zmarł w maju 2023 roku. Jego pytanie zadane prawie 20 lat temu skomplikowało mu resztę życia. Od tamtej chwili pojawił się nienapisany przez nikogo „zapis” na jego nazwisko. Awangarda uciśnionych mas uznała go za wroga salonowego ludu.

Polityczny islam (obawiam się, że apolityczny islam jest równie rzadki jak diamenty) jest jedną z odmian totalitaryzmu, a wszelkie ruchy totalitarne dążą do podboju świata, obiecują powszechne braterstwo po wymordowaniu wrogów jedynie słusznej idei, pozbawiają jednostki prawa do samodzielnego myślenia. Amis pisał wiele o komunizmie i nazizmie, dostrzegał totalitarny charakter islamu, który tym różni się od innych totalitarnych idei, że mizoginizm jest jego niezwykle silnym i ważnym elementem.

(Nawiasem mówiąc, prawdopodobnie były już muzułmanin Imtiaz Mahmood, który prowadzi popularne konto na X pod pseudonimem ImtiazMadmood, w jednym z wpisów zauważa, że Mahomet po latach niepowodzeń niespodziewanie zaczął zyskiwać popularność, kiedy włączył do swojej teologii prawo do zachowywania niewolnic seksualnych zdobytych w rabunkach i podbojach).

Amis podkreślał, że wszelkie ruchy totalitarne apelują do najgorszych ludzkich instynktów – donosicielstwa, rabunku, sadyzmu i mordu, drapieżnictwa seksualnego.

We wspomnieniach napisanych bezpośrednio po śmierci pisarza brytyjski publicysta Nick Cohen opisywał swoje spotkanie z Martinem Amisem wkrótce po jego wystąpieniu w Instytucie Sztuki Nowoczesnej. Pisarz opowiadał, że wstrząśnięty reakcją tej publiczności zaczął wyjaśniać, iż chodzi w tym wszystkim o coś więcej niż tylko o to, że talibowie oblewają kwasem twarze kobiet, które nie noszą zasłon, ani wyłącznie o to, że wykonują wyroki śmierci na nauczycielach za przestępstwo polegające na uczeniu dziewcząt czytania i pisania, a na dodatek zasłaniają okna domów, w których pracują kobiety, tak aby musiały żyć bez światła słonecznego. Wyjaśniał, że na sali zgromadzeni są ludzie deklarujący, iż są przeciwnikami seksizmu i rasizmu, ale nie mogą ani na chwilę odłożyć na bok swojego postmodernistycznego relatywizmu i przyznać, że są od islamskich seksistów i rasistów odrobinę lepsi.

Tym stwierdzeniem pisarz ostatecznie przypieczętował swoją zbrodnię. Z sali padło pytanie: „A co z Izraelem?”.

Amis odpowiedział, że ludzie wykształceni powinni być zdolni do pogodzenia pragnienia sprawiedliwego rozwiązania kwestii palestyńskiej ze zrozumieniem, że Izrael jest małym krajem otoczonym przez wrogów, którzy chcą wymazać go z mapy.

Nick Cohen opisywał tę rozmowę o wydarzeniach z 2007 roku w maju 2023 roku – zaledwie kilka miesięcy przed ludobójczym najazdem Palestyńczyków z Gazy na ludność izraelską i ponowną kulminacją ogólnoświatowego antysemityzmu, przebranego tym razem za antysyjonizm. Cohen pisał:

„Dla osób niezorientowanych muszę w tym miejscu wyjaśnić, że we współczesnych kręgach lewicowych Izrael jest Szatanem, z którego złowrodzy Żydzi kontrolują – jeśli nie cały świat, jak utrzymywał Adolf Hitler, to przynajmniej politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Jeśli ktoś krytykuje islamistyczną skrajną prawicę, natychmiast pojawia się podejrzenie, że jest naiwnym narzędziem «syjonistycznego» spisku”.

Po siódmym października 2023 roku pytanie, czy czujesz się moralnie lepszy od Hamasu, zostałoby uznane za otwarte popieranie żydowskiego ludobójstwa w Gazie i wszędzie indziej.

Kilka dni temu przyjaciel wspomniał mi w rozmowie telefonicznej, że dwóch jego dobrych znajomych (niezależnie od siebie) powiedziało, że przestali zaglądać na moją stronę, ponieważ zajmuję się wyłącznie obroną Izraela.

Wzruszyłem ramionami – dziesiątki razy pisałem, że nie zajmuję się i nigdy nie zajmowałem się obroną Izraela. Tym zajmuje się Izraelska Armia Obronna, ja bronię tylko siebie przed duchem naszych czasów, w tym przed tymi, którzy, czy to dla świętego spokoju, czy z jakiegoś głębokiego przekonania, uważają, że krytyka islamu jest obroną Izraela, że uczciwy feminizm jest obroną Izraela, że krytyka złego i nieuczciwego dziennikarstwa jest obroną Izraela, że krytyka takich instytucji jak ONZ, Amnesty International, Human Rights Watch czy Lekarze Bez Granic to obrona Izraela. Z ciekawości rzuciłem okiem na czołówkę mojego Substacka – z widocznych ośmiu zapowiedzi tekstów jedna traktowała o Izraelu.

Oczywiście doskonale rozumiem odczucia tych dwóch byłych czytelników, jak i inaczej sformułowane wyjaśnienia dwóch moich przyjaciół, którzy też przyznali, że rzadziej zaglądają na moją stronę – świadomie uciekając od koszmaru.

Z wielu stron słyszymy ostrzeżenia o zagrożeniu zachodniej cywilizacji i o tym, jak bardzo tsunami antysemityzmu jest dziś siłą napędową mobilizującą świadomych czy nie w pełni świadomych wrogów wolności. Obawiam się, że ich najważniejszymi sojusznikami są ci, którzy nie odważają się podnieść rąk i patrzą z niechęcią oraz znudzeniem na tych, którzy je podnoszą.

Jest jesień, poranki są mgliste. To jest również jesień mojego życia, w którym święty spokój nigdy nie był priorytetem.

(1) Facebook href=”https://www.facebook.com/renata.zawadzkabendor

P.S. Renata Zawadzka-Ben Dor przeniosła na swoją stronę Facebooka początek artykułu znanego londyńskiego publicysty Jake’a Wallisa Simonsa: „Islamistyczny koń trojański w amerykańskiej polityce” (reszta tego artykułu jest za paywall). Komentarze pod tym przeniesionym tekstem stanowią osobliwe post scriptum do mojego felietonu.

Prosta warszawska antysemitka, która kocha psy niczego nie owija w bawełnę i pisze:

„Jak Izrael uruchamiając qszelkie możliwe siły i metody doprowadza USA do wojny , tak naprawdę wyłącznie w interesie Izraela to jest dobrze. Gdy czyni to po wielokroć jeszcze lepiej. Gdy podatki najbiedniejszych Amerykanów, bo w USA podatki płacą najbiedniejsi, finansują ludobójstwo w Gazie to bardzo dobrze. Ale kiedy jeden muzułmański senator elektorat mówi dość to już zaczyna się na niego nagonka. Problem polega na tym, że on nie jest sam. Są jego wyborcy i miliardy ludzi na świecie, które też mówią dość. Widzicie jednego muzułmanina nie widzicie ludzi wszystkich wyznań, bo nie liczycie się ze światem i jego opinią. Pora żebyście bronili się sami.”

Wojciech Kozlowski (bywalec salonów, chyba związany z muzyką, ale jego profil dominują głównie zdjęcia jego twarzy, pisze wzburzony:

„Jaka taka szlachetna osoba jak Pani może udostępniać takie nienawistne i rasistowskie wpisy Koraszewskiego. Przecież to co on pisze to zaprzeczenie wszystkiego o co Pani walczy w Polsce. Jakby Pani Brauna udostępniała.”

Andrzej Pałys (absolwent historii sztuki i poeta) pisze:

„Bigoteria Koraszewskiego przekracza tatrzańskie wierchy, nie przeszkadza mu, że dotychczasowy rząd izraelski współtworzą dwie partie religijnych i (jednocześnie) nacjonalistycznych fanatyków, ale rozdziera szaty nad jednym muzułmańskim senatorem z Michigan. Komedia.”

Daniel Wroblewski (architekt) stwierdza:

„Wyznawcy Allacha w USA to trochę mniej niz 1%. Rzeczywiście zagrozenie dla demokracji mniejsze niż….dziki na ulicach Warszawy dla bezpieczeństwa ludności, czyli właściwie żadne. Dla jasności – nie popieram ŻADNEJ religii w polityce!”

Tu przynajmniej możemy podejrzewać, że komentujący przeczytał to, co komentuje, chociaż przy tak mizernym rozeznaniu, mógłby zdawać sobie sprawę, że lepiej pytać, niż bawić się w stanowcze wyrokowanie. Miejmy nadzieję, że w swoim własnym zawodzie jest bardziej rzetelny i bardziej rozsądny. Architekt to poważny zawód.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Why do American Jews vote for antisemites like El-Sayed?


Why do American Jews vote for antisemites like El-Sayed?

Jonathan S. Tobin


Politics now plays the role religion used to play in most people’s lives. For many their faith is liberalism and the Democrats, with Jewish peoplehood and Israel discarded.

Orthodox Jews vote at a polling location on Election Day during the midterm elections in the Brooklyn borough of New York City, Nov. 3, 2026. Credit: Leonardo Munoz/AFP via Getty Images

It doesn’t take a degree in political science or a job as a talking head on a cable news network to understand the 2026 midterm elections. As is usually the case, the results were a referendum on the incumbent administration. Though the reasons for it can be disputed, there is no denying that the blue wave that swept the Democratic Party into control of both houses of Congress was a rebuke to U.S. President Donald Trump and the Republicans.

But there is one aspect of the voting that remains a puzzle for some. How is it that so many Jews in Michigan, indeed a reported majority of early voters according to one survey, voted for Dr. Abdul El-Sayed?

National midterms exit polling suggested that 68% of those who identify as Jews voted for Democrats. That’s not all that much different from the surveys of the 2024 election. Two years ago, an AP/Fox News poll showed that 66% of Jews backed Democrats, while one conducted by the liberal Jewish Electoral Institute put the number at 71%.

Some observers believed that Jewish support for El-Sayed would be far lower than those numbers. Given his record of open antisemitism, that seemed a reasonable assumption. How could a candidate gain any appreciable Jewish support when he rationalized a terrorist attack on a synagogue and Jewish preschool in West Bloomfield, Mich., opposed Israel’s existence, had credible ties to the Muslim Brotherhood and waged a campaign that hinged on demonizing the pro-Israel AIPAC lobby and driving Jews from the public square, while employing tropes of Jew-hatred that resembled The Protocols of the Elders of Zion?

A majority of Jewish votes went to El-Sayed

The evidence appears to be that the percentage of Jews who voted for him wasn’t all that much lower than those who favored the average Democrat. While one should always take exit polls with a grain of salt, one survey of those who voted early in Michigan showed that a large majority of those who identify as Jewish—57%—voted for El-Sayed.

If that result is even remotely accurate how can that be explained? And what does that say about the state of American Jewry in 2026, especially considering that it took place amid a global surge of antisemitism that began with the Hamas-led, Palestinian Arab terror attacks on Israeli communities on Oct. 7, 2023?

El-Sayed was just one of many Democrats who benefited from the general dissatisfaction with the Trump administration, and he is just one of many opponents of Israel that will be part of the large freshman class of Democrats in the House and Senate in the next Congress.

The list includes such notable additions as Darializa Avila Chevalier, a member of the Democratic Socialists of America who led a pro-Hamas demonstration in New York City’s Times Square on Oct. 8, 2023 and will soon represent Northern Manhattan in the House of Representatives.

Other DSA members who oppose the existence of the Jewish state, who will be joining the already expanded left-wing congressional “Squad,” include Claire Valdez, also of New York City, Philadelphia’s Chris Rabb, Denver’s Melat Kiros and Los Angeles’s Angela Gonzales-Torres.

And that’s not even noting the many others, whose anti-Israel stances, including those who repeat the blood libel that Israel committed “genocide” in the Gaza Strip, make them indistinguishable from DSA members.

It’s not about Netanyahu

Many Democrats claim to still support Israel. But the list of those who are willing to emphatically refute the antisemitic lies about the Gaza war or the conflict with the Palestinians in general that have been normalized in public discourse, are now few and far between.

Few oppose restrictions or bans on military aid to Israel in wartime or sanctions against Jews in Judea and Samaria, who have been demonized by the false narrative of “settler violence.” Indeed, once you get past Sen. John Fetterman (D-Pa.) and Reps. Ritchie Torres (D-N.Y.) and Josh Gottheimer (D-N.J.), there aren’t many Democrats in Congress who fit that description.

Moreover, the notion that the Democratic Party’s turn against Israel can be explained by being alienated by the policies and statements of Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu is a myth.

Pro-Israel Jewish Democrats claim that Netanyahu has destroyed Democratic support for the Jewish state by favoring Republicans, especially Trump. But this is false. In the last two decades, it is the Democrats who have turned on Israel, not just Netanyahu, by embracing appeasement of Iran and clinging to the two-state solution and “land for peace” formulas that most Israelis rightly understand as merely a recipe for more Oct. 7-style terror atrocities, not an end to the conflict.

If anyone still doubts that, they need to read the exchange on X between Israeli opposition leader Yair Lapid and Brad Lander, the Democrat who was just elected to Congress from New York City.

Lander, a former city comptroller, won his seat by defeating Rep. Dan Goldman (D-N.Y.), a man with impeccable liberal and anti-Trump credentials and a critic of Netanyahu, who wouldn’t disavow support for Israel, in a Democratic primary.

Lander is Jewish and claims to not oppose Israel’s existence, but he accused it of “genocide” during the campaign and demanded that Goldman do the same. Lander responded with scorn to Lapid’s expectation that a change in power in Jerusalem and more outreach from Israeli leaders like him, who are eager to be friends with the Democrats, would change things. He made it clear that Democrats like him, who are allied with the antisemitic New York City Mayor Zohran Mamdani, and even others who are not that extreme, aren’t interested in mainstream Israeli opinion, even when it comes from liberals who want to be his allies.

Lander, who campaigned for Mamdani after losing to him in the mayoral primary, wants Israel to show “respect for international law and human rights.” While that comment is rooted in lies about both international law and Israaeli conduct, we know what it means. At a minimum, he’s demanding withdrawal from Judea, Samaria and Jerusalem and the creation of a Palestinian state, likely run by Hamas, that would pose a deadly threat to Israel’s existence. That’s something that not even the left-leaning “anyone but Bibi” coalition that seeks to replace Netanyahu couldn’t possibly accept.

This perspective, which is where many of those Americans—who, like Lander, style themselves “liberal Zionists” as opposed to the anti-Zionists of the DSA—is a partial reason why Jews continue to vote for Democrats.

Yet even that doesn’t fully explain why nearly three in five Michigan Jews may have voted for a person like El-Sayed, who is far more hostile to Jewish national existence than Lander. Indeed, not without reason, the Republican Jewish Coalition called El-Sayed the most antisemitic Senate candidate in America.

Politics flow from demography

In order to fully understand why the majority of Jews remain among the most loyal supporters of the Democrats, one needs to comprehend the cultural shift among Americans in general when it comes to politics. It is now axiomatic that in this hyper-partisan era, in which most Americans are thoroughly secular, politics now plays the role in their lives that was once played by religion.

That is even more the case for the overwhelming majority of Jews, who are non-Orthodox and politically liberal.

For this dominant sector of U.S. Jewish demography, liberal political stands—a list of beliefs that can shift with changing political fashions on the left—and devotion to the Democrats is their religion. Indeed, the positions taken by the Religious Action Center of Reform Judaism, the policy arm of the largest U.S. Jewish denomination, are more or less those of most Democrats on a host of issues, many of which are not specifically Jewish in scope.

There has been a lot of talk about some movement toward the Republicans among Jews in recent years. Many Jewish liberals have been deeply shocked by the reaction to Oct. 7 from the American political left, especially as they saw their children targeted by pro-Hamas mobs on campuses. But it is yet to be proved that a significant percentage have drawn conclusions from this and are ready to change how they vote.

There was some reason to believe that in states like Florida, Jews were more likely to vote for candidates from a GOP that had become a lockstep supporter of the Jewish state. Trump’s efforts to combat antisemitism on college campuses also gave them a reason to switch sides. And some prominent Jews, like retired Harvard University legal scholar and longtime liberal advocate Alan Dershowitz, have done so.

But as the 2024 and 2026 elections showed, Jewish loyalty to the Democrats has continued even as they have largely transitioned into being the country’s anti-Israel party, Those who agree with Dershowitz appear to be the exceptions that prove the rule.

Part of the explanation comes not so much from ideology as it does from demography. As surveys conducted by the Pew Research Center have shown, the fastest growing sector of the American Jewish population is characterized by demographers as “Jews of no religion.”

That doesn’t just mean that they don’t practice Judaism. It encompasses a broad shift away from traditional ideas about what it means to be Jewish with devotion to religious faith, Jewish law and tradition and, above all, a sense of Jewish peoplehood being discarded. That has led to significant numbers of those who may identify as Jewish in some way but have no real connection to organized Jewish life, including synagogues, community centers and organizations that represent and serve Jews.

This is a function of the assimilation and intermarriage rates in the vicinity of 70% for non-Orthodox Jews, not critiques of Israeli policies or Netanyahu.

Giving a pass to Jew-hatred

It also means that many of them have increasingly fewer ties to the half of the world’s Jewish population that lives in Israel. That doesn’t just mean that they have a poor understanding or none at all about why Israeli Jews think as they do. They have little idea why Israelis are prepared to fight to defend their homes and families against Palestinian foes, whose national existence is inextricably linked to a century-old genocidal war on Zionism, for which the atrocities of Oct. 7 was just the trailer.

But they also don’t seem to understand that devotion to the land of Israel is central to Jewish identity, as Jews have understood it for the past 3,000 years. Many liberal Jews have rejected the widely-accepted International Holocaust Remembrance Alliance’s working definition of antisemitism, because they want one that allows opposition to Israel’s existence, and not just criticism of it. without being accused of hating Jews.

Once you grasp that, it’s easier to comprehend why a not-inconsiderable number of Jews are willing to believe that someone like El-Sayed, who is in favor of the destruction of the Jewish state—something that would inevitably require the genocide of half of the Jews currently alive—but claims to love Jews, isn’t an antisemite or a threat to them.

The stances of “liberal Zionists” like the cynical Lander are likely the product of his knowing that liberal Democrats have been largely indoctrinated in the toxic doctrines of critical race theory, intersectionality and settler-colonialism and, therefore, falsely define Israel and the Jews as “white oppressors.”

That is why Democrats like him are becoming difficult to distinguish from open DSA opponents of Israel, or even antisemites like El-Sayed. Even those who merely think Israel should be more amenable to territorial withdrawals have little sympathy for the majority of Jewish Israelis who are religious or nationalist. Such American Jews haven’t paid attention to the way Palestinians have consistently rejected peace offers, because the only solution they desire is one in which Israel no longer exists.

Defining Jewish identity

For those whose Jewish identity is still firmly rooted in Jewish tradition, a vote for someone like El-Sayed is hard to justify even if they are loyal Democrats.

Perhaps few would, like Michigan Attorney General Dana Nessel, think that adding another member to the Democratic Senate caucus is more important than Israel’s survival or that of the Jewish people. But in the current political atmosphere, it is likely that some of them might have done so simply because they hate Trump and the Republicans more than they love Israel.

It is arguable that those with such a negligible sense of their identity as Jews are unlikely to maintain themselves as a separate community or one with any coherence. Indeed, that may already be the case, as the number of those Jews of no religion continues to multiply. Part of the problem with surveys that measure Jewish opinion or votes is that a growing number of those who say they are Jewish have few actual ties to Jewish life.

If one were to only count those Jews who have such connections or beliefs, the statistics about their voting habits and their beliefs might be very different from those that show that the Jewish population is as liberal and loyal to the Democrats as they ever were.

Even if that is true, it is still a measure of the ignorance and the lack of identification with the ongoing struggle for Jewish survival in an age of growing antisemitism that so many Jews vote for the likes of El-Sayed, Chevalier, Mamdani and even Lander. It is a sign of a community that has lost its way.

With so much of the mainstream liberal media—upon which most Jews depend for information about the Middle East and the battle against antisemitism— mainstreaming misinformation and blood libels about Israel, it’s not that surprising that they aren’t questioning knee-jerk support for Jew-hating Democrats.

But it must motivate those who understand just how wrongheaded such stances are to redouble their efforts to promote Jewish education and connection to the Jewish state as well as in telling the truth about the war against Israel.

The only way to combat the Jewish illiteracy that leads so many to vote for antisemites out of partisan loyalty is to spread the truth about Jewish life and Israel.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


New Zealand Music Festival Cancels Set by Israeli DJ for Not Condemning Gaza War


New Zealand Music Festival Cancels Set by Israeli DJ for Not Condemning Gaza War

Shiryn Ghermezian


People visit the site of the Nova music festival, where partygoers were killed and kidnapped during the deadly Hamas-led Oct/ 7, 2023, attack, on the third anniversary of the attack, near Reim, southern Israel, Oct. 7, 2026. Photo: REUTERS/Ronen Zvulun

Organizers of an underground music and arts festival in New Zealand removed an Israeli disc jockey from its lineup of performers because he has not publicly condemned Israel’s military actions in the Gaza Strip and continues to perform in Israel, they announced this week.

DJ Dekel Kamiosky, who goes by the stage name Dekel, was scheduled to perform at the Twisted Frequency Festival. However, festival organizers said in a statement published on Facebook that Dekel was the target of a boycott because of allegations concerning his views on the Israeli-Palestinian conflict, which they described as “the ongoing occupation of Palestine.” They said they also learned the DJ had previously served as a commander in the Israel Defense Forces.

Festival organizers said that as soon as they discovered the information about Dekel, they contacted his management to cancel his booking. They also tried to find evidence supporting the accusations about his stance on the Middle East conflict; however, they could not find “anything verified and substantial.”

“But the fact he hasn’t spoken out against the genocide in Palestine and has continued to perform in Israel is all that is needed to make our decision confidently. This is something we should have investigated and would have ruled out booking him in the first place,” organizers said.

They acknowledged that Dekel’s Israeli nationality and mandatory military service were not reason enough to push him out of the festival. “However, lacking a public statement against the ongoing occupation and genocide, we cannot host Dekel on our line-up,” they added, apologizing for booking the Israeli DJ.

“It is the position of some music events that these spaces should not be made political. Twisted Frequency is not one of those events,” the statement read in conclusion. “The actions of the Israeli government should be universally condemned. Twisted stands firm and loud for human rights and against oppression. Free Palestine!!”

Dekel has not publicly commented on his removal from the music festival.

The festival displays a Palestinian flag onsite and has hosted workshops that address the Israeli-Palestinian conflict and accuse Israel of “genocide” in the Middle East.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Ideologia ukryta za palestyńską flagą


Ideologia ukryta za palestyńską flagą

Chico Muya


Dlaczego wojna tocząca się na Bliskim Wschodzie, w regionie, którego wielu ludzi jeszcze do niedawna nie potrafiło nawet wskazać na mapie, stała się, jak się wydaje, najważniejszym konfliktem w historii ludzkości?

Protest za protestem. Nasi politycy nieustannie o tym mówią. Organizacje pozarządowe uczyniły z tej sprawy jeden z głównych celów swojej działalności. Studenci coraz częściej oceniają kandydatów politycznych na podstawie tego, jak bardzo są „propalestyńscy”, co mogliśmy zaobserwować w Nowym Jorku w przypadku Zohrana Mamdaniego i innych. A wszystkiemu temu towarzyszy rosnąca fala ludzi, którzy zdają się przekonani, że Ameryka, a szerzej cały Zachód, uosabiają prawdziwe zło tego świata.

Ale na tym się nie kończy.

Dlaczego można dostrzec wyraźny związek między tymi, którzy usprawiedliwiają przemoc podczas zamieszek we Francji, tymi, którzy chcą położyć kres kapitalizmowi i zdemontować cywilizację zachodnią w znanej nam postaci, a tymi, którzy opowiadają się za sprawą palestyńską? Dlaczego tak wielu spośród tych ludzi uważa się również za ofiary opresyjnego systemu albo upiera się, że masowa migracja nie stanowi żadnego poważnego zagrożenia dla naszych społeczeństw?

Listę można by ciągnąć dalej, ale tak zwany ruch propalestyński odniósł szczególny sukces w przenikaniu do ośrodków wpływów i władzy.

Nazywają siebie „antysyjonistami”, choć dla niektórych oznacza to sprzeciw wobec samego istnienia jedynego żydowskiego państwa na świecie. Wielu z nich to również antykapitaliści, marksiści i działacze na rzecz otwartych granic, którzy uważają zachodnie instytucje za z natury opresyjne. Istnieje również skrajna prawica, która zgodnie z teorią podkowy dochodzi do podobnych wniosków, choć podąża ku nim zupełnie inną drogą ideologiczną.

Co wyjaśnia tę zbieżność?

Uważam, że działa tu coś głębszego, coś, co wykracza poza znane nam podziały na lewicę i prawicę. Jest to konflikt wizji świata, a jego zrozumienie pomaga wyjaśnić jeden z najważniejszych podziałów ideologicznych we współczesnych społeczeństwach.

Zacznijmy jednak od ruchu „Wolna Palestyna”, ponieważ stał się on jednym z najbardziej widocznych przejawów tego konfliktu.

Groza kryjąca się pod fasadą

Ruch propalestyński należy rozpoznać jako to, czym moim zdaniem ostatecznie jest: wywrotowy, antyzachodni ruch ideologiczny, z silnym komponentem islamistycznym, który grozi demoralizacją i destabilizacją naszych społeczeństw.

Coraz wyraźniej dostrzegam, że znaczna część tego ruchu traktuje sprawę palestyńską jak szatę, w którą się przyodziewa. Dobroć okazywana na pokaz skrywa coś znacznie bardziej złowrogiego. Pod tą szatą kryją się nienawiść, resentyment i pragnienie zniszczenia.

Nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności niż możliwość zaprzestania pisania o tym ruchu raz na zawsze. Jednak prawdziwa groza tego przypominającego sektę zjawiska pod hasłem „Wolna Palestyna” polega na tym, że nie chce ono pozostać w sferze geopolityki. Przeniknęło do naszych instytucji, do polityki i coraz bardziej do naszego codziennego życia. I podobnie jak wielu innych mam już tego serdecznie dość.

Geopolityka bywa skomplikowana, pełna szarych stref i trudnych wyborów. Jednak to rzeczywistość musi pozostać naszym drogowskazem. Istnieją chłodne kalkulacje, których czasami trzeba dokonać, a przynajmniej uznać ich konieczność, niezależnie od tego, jak bardzo mogą być niewygodne.

Problem z tym ruchem polega na tym, że nie tylko ignoruje rzeczywistość, lecz także wyciąga swoje lepkie języki kameleona ku niemal każdej kwestii społecznej. To widok wynaturzony i odrażający, zwłaszcza gdy uda się zajrzeć pod fasadę i odkryć groteskową ideologię, która się pod nią czai.

Pozwólcie, że wyjaśnię, co mam na myśli.

Jakiś czas temu oglądałem na Netfliksie fantastyczny serial grozy. Niełatwo mnie przestraszyć. W gruncie rzeczy całkiem lubię dreszczyk emocji. Była jednak pewna scena, która naprawdę nadal budzi we mnie obrzydzenie . Nawet teraz, kiedy o niej myślę, przechodzą mnie ciarki.

Oglądałem to dawno temu, więc wybaczcie, jeśli niektóre szczegóły nieco ubarwiłem. Po prostu tak to zapamiętałem.

Mała dziewczynka znajduje na terenie rodzinnej posesji kilka kociąt. Wygląda na to, że porzuciła je matka. Kierowana dobrocią serca wkłada je do pudełka, przynosi do domu i podekscytowana pokazuje rodzicom, z entuzjazmem oznajmiając, że się nimi zaopiekuje. Będzie ich nową mamą.

Niestety w kolejnych dniach kocięta zaczynają umierać, jedno po drugim, na coś, co przypomina grypę.

Zrozpaczona dziewczynka wraz z ojcem przygotowuje się do pochowania ostatniego kociaka w prowizorycznej trumience. To jej pierwsze zetknięcie ze śmiercią, a ojciec, co zrozumiałe, martwi się, jak córka sobie z tym poradzi.

I wtedy, jakimś cudem, kociak zaczyna się poruszać.

Pojawia się nadzieja. Temu niewinnemu maleństwu jakimś sposobem udało się pokonać śmierć. Twarz dziewczynki rozpromienia się. Ojciec odczuwa ulgę. Pochylają się bliżej, obserwując poruszający się pyszczek kociaka i spodziewając się usłyszeć jego cichutkie miauknięcie.

Ale nie rozlega się żaden dźwięk.

Zamiast tego z pyszczka kociaka zaczyna wypełzać ogromny owad.

Dziewczynka krzyczy i ucieka.

Pamiętam, jak odruchowo cofnąłem się z obrzydzenia. Kontrast między tym, czego się spodziewałem, a tym, co zobaczyłem, był tak groteskowy, że scena ta na długo zapadła mi w pamięć.

I właśnie tak postrzegam ruch propalestyński.

Na pierwszy rzut oka można by sobie wyobrażać, że jest on jedynie przedsięwzięciem humanitarnym. Wielu ludzi o dobrych intencjach przypomina tę małą dziewczynkę. Naprawdę im zależy. Widzą obrazy cierpienia w Gazie, a współczucie skłania ich do działania. Mogą wiedzieć bardzo niewiele o rzeczywistej sytuacji na miejscu, ale ich troska o ludzkie życie jest szczera.

I właśnie dlatego ten ruch jest tak skuteczny.

Wykorzystuje ludzką dobroć, by usprawiedliwiać i propagować najróżniejsze destrukcyjne światopoglądy.

Uczynienie Izraela czarnym charakterem

Ostrzem włóczni jest nienawiść wobec Izraela.

Dlatego aktywiści zdeterminowani, by przedstawiać Izrael jako państwo wyjątkowo złe, tak szeroko posługują się określeniami takimi jak „ludobójstwo” w opisie tej wojny. Dlatego też walka Izraela z islamistycznym terrorem jest tak często przedstawiana jako nic więcej niż barbarzyńska i nieuzasadniona kampania przemocy.

Cel jest prosty: obsadzić Izrael w roli głównego czarnego charakteru tej opowieści.

Nieważne, że 7 października Hamas sam filmował, jak dopuszcza się aktów niewyobrażalnego okrucieństwa wobec niewinnych Izraelczyków. Nieważne, że Hamas konsekwentnie wyrażał swoje ludobójcze zamiary wobec Izraela i szerzej wobec Żydów, ani że jego przywódcy otwarcie deklarowali zamiar wielokrotnego powtarzania ataków na wzór tych z 7 października.

Hamas opierał się żądaniom porzucenia celu, jakim jest zniszczenie Izraela. Jego terroryści walczyli w cywilnych ubraniach i działali wśród ludności cywilnej, wykorzystując ją jako żywe tarcze. Taktyka ta komplikuje sytuację na polu walki i zaciemnia międzynarodowy obraz wojny. Śmierć cywilów i zniszczenia stają się następnie amunicją dla niezliczonych głosów zdeterminowanych, by potępiać jedyne żydowskie państwo na świecie.

Można zauważyć, że wielu najgłośniejszych krytyków Izraela, omawiając wojnę, ledwie wspomina o Hamasie. W istocie Hamas niemal całkowicie znika z ich analiz.

Można by pomyśleć, że Izrael walczy z cywilami dla czystej przyjemności.

Wyobraźcie sobie zawodnika MMA walczącego z niewidzialnym przeciwnikiem. W oczach widzów ten widoczny zawodnik sprawiałby wrażenie kompletnie obłąkanego: tarzałby się po podłodze, wyprowadzał ciosy pięściami i kopnięcia, warczał i przeklinał, atakując coś, czego nikt poza nim nie widzi.

Właśnie tak się dzieje, kiedy usuwa się Hamas z obrazu tej wojny.

Izrael zaczyna wyglądać jak państwo atakujące bez żadnego widocznego powodu, a każde działanie militarne staje się dowodem jego rzekomego barbarzyństwa.

To absurd.

W ten sposób tak wiele fałszywych twierdzeń i zniekształceń dotyczących wojny zyskało pozory wiarygodności. Dochodzi do tego plaga wzajemnego, zapętlonego cytowania źródeł, w ramach którego wątpliwe, a czasem wręcz jawnie fałszywe informacje są powtarzane przez organizacje pozarządowe, instytucje międzynarodowe, gazety i komentatorów politycznych, aż zaczynają przypominać utrwalony konsensus.

Pisałem już wcześniej o tym zjawisku: o tym, jak „prawda” może zacząć być ustalana na podstawie konsensusu, a nie dowodów. Zrozumienie działania tej machiny jest niezwykle ważne.

Ale wszystko to prowadzi nas z powrotem do szerszego pytania.

Co ich łączy?

Dlaczego tak wielu najbardziej zaciekłych krytyków Izraela podziela również podobne poglądy antyzachodnie?

Dlaczego niektórzy z tych, którzy opowiadają się za sprawą palestyńską, jednocześnie bronią przemocy obserwowanej podczas zamieszek studenckich we Francji albo ją usprawiedliwiają? Dlaczego palestyńska flaga pojawia się na demonstracjach, które rzekomo dotyczą zupełnie innych spraw wewnętrznych?

Dlaczego socjalistyczni i lewicowi przywódcy, tacy jak Pedro Sánchez w Hiszpanii i Lula w Brazylii, są tak konsekwentnie wrogo nastawieni do Izraela? Dlaczego takie postacie jak Mamdani oraz wpływowe środowiska Partii Demokratycznej przyjęły tak wrogie stanowisko?

Sam Mamdani groził aresztowaniem Benjamina Netanjahu, nazywając go „zbrodniarzem wojennym”, a jednocześnie zwrócił na siebie uwagę, odwiedzając w szpitalu przestępcę zamiast jego ofiary – zaatakowanego funkcjonariusza policji.

Dostrzegam tu pewien schemat występujący w działaniach części lewicy. Jej przedstawiciele spieszą okazywać współczucie przestępcom, podczas gdy ludzie, którzy ucierpieli z ich rąk, schodzą na dalszy plan.

Kiedy ciężko pracujący ludzie widzą, jak podczas zamieszek we Francji rabuje się i niszczy ich firmy, los ich źródeł utrzymania nie wzbudza większego zainteresowania tych, którzy tak chętnie tłumaczą rzekome krzywdy uczestników zamieszek. Tymczasem działania policji przeciwko sprawcom zniszczeń stają się przedmiotem natychmiastowego moralnego oburzenia.

Kiedy cudzoziemcy popełniają przestępstwa, część mediów spieszy z wyjaśnianiem okoliczności ich życia, nawet gdy niepowodzenia integracji stają się coraz trudniejsze do zignorowania.

Istnieje pewien szczególny odruch ideologiczny, który każe raczej kierować oskarżycielski palec w stronę krajów na tyle hojnych, by przyjmować przybyszów, niż uznać odpowiedzialność tych, którzy odmawiają integracji. To ten sam odruch, który nie pozwala zmierzyć się z zagrożeniami wynikającymi z ideologii islamskiej, nawet gdy ich konsekwencje są widoczne dla wszystkich.

Mogłoby się wydawać, że są to całkowicie odrębne kwestie: Izrael, kapitalizm, imigracja, wymiar sprawiedliwości w sprawach karnych, niepokoje społeczne i islam.

Nie wierzę jednak, że ich ideologiczne nakładanie się na siebie jest przypadkowe.

Istnieją ramy pojęciowe, które pomagają wyjaśnić, dlaczego te pozornie niezwiązane ze sobą stanowiska tak często okazują się zbieżne.

Zawdzięczamy je Thomasowi Sowellowi.

Konflikt wizji

W swojej książce The Conflict of Visions („Konflikt wizji”) Sowell opisuje dwa odmienne sposoby rozumienia natury ludzkiej i organizacji społeczeństwa: wizję ograniczoną i wizję nieograniczoną.

Wizja ograniczona wychodzi od uznania, że ludzie są istotami niedoskonałymi. Nie jesteśmy z natury doskonałymi stworzeniami, które tylko czekają na wyzwolenie z opresyjnych systemów. Mamy sprzeczne interesy, słabości, ambicje, uprzedzenia i ograniczenia.

Dlatego ludzie potrzebują bodźców skłaniających ich do działania, instytucji porządkujących ich zachowania oraz zabezpieczeń powstrzymujących ich najgorsze impulsy.

Weźmy kapitalizm.

Na wolnym rynku, jeśli stworzysz coś, czego ludzie pragną, możesz stać się niezwykle bogaty. Pomyślmy o iPhonie albo ogólniej o telefonach komórkowych. Urządzenia te zmieniły świat i uratowały niezliczone ludzkie życia. A jednak ich rozwój nie był przede wszystkim rezultatem jakiegoś wielkiego projektu humanitarnego. Powstały w systemie, w którym ludzie i przedsiębiorstwa mieli motywację do wprowadzania innowacji, konkurowania i tworzenia produktów, za które inni byli gotowi dobrowolnie płacić.

W rezultacie społeczeństwo korzysta z ambicji jednostek, nawet jeśli jednostki te kierują się własnym interesem.

Konkurencja skłania przedsiębiorstwa do opracowywania lepszych produktów, leków i technologii. Ludzie są nagradzani za wytwarzanie czegoś wartościowego, podczas gdy ci, którzy nie potrafią zaspokoić potrzeb konsumentów, ryzykują przegraną z konkurentami.

Jednocześnie prawo wyznacza granice. Jeśli je łamiesz, ponosisz konsekwencje. Kultura i tradycja również odgrywają ważną rolę w organizowaniu społeczeństwa i kształtowaniu ludzkich zachowań.

Ci, którzy instynktownie skłaniają się ku wizji ograniczonej, rozumieją, że żaden sposób urządzenia ludzkich spraw nigdy nie będzie doskonały. Dostrzegają jednak również, że w ostatecznym rozrachunku instytucje zbudowane wokół bodźców, odpowiedzialności i ograniczeń władzy mogą przynosić nadzwyczajne rezultaty.

Rozważmy amerykańską konstytucję.

Dlaczego ustanawia podział władz? Dlaczego przewiduje mechanizmy wzajemnej kontroli i równowagi?

Ponieważ ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych rozumieli, że ludzie są niedoskonali. Wiedzieli, że władza może deprawować, że ambicje będą się ścierać i że żadnej jednostce ani instytucji nie można powierzyć nieograniczonej władzy. Rozwiązaniem nie było znalezienie doskonałych władców, lecz stworzenie systemu zdolnego powściągać tych niedoskonałych.

Takie rozumowanie rozciąga się również na wojnę i stosunki międzynarodowe.

Wizja ograniczona uznaje, że dopóki istnieją ludzie, konflikt pozostanie możliwy. Jednym ze sposobów zmniejszenia prawdopodobieństwa wojny jest zatem odstraszanie: zapewnienie, by potencjalni agresorzy rozumieli, że atak spowoduje niewyobrażalne koszty.

Zawsze trzeba dokonywać trudnych wyborów między konkurującymi wartościami i celami. Każda decyzja niesie konsekwencje, a każda próba rozwiązania jednego problemu grozi stworzeniem kolejnego.

To prowadzi nas do wizji nieograniczonej.

Wizja nieograniczona wychodzi od zupełnie innego rozumienia natury ludzkiej. Uznaje ludzi za istoty z gruntu dobre, a odpowiedzialnością za ich zepsucie obarcza społeczeństwo i jego instytucje.

Jak często parafrazuje się słowa Jeana-Jacques’a Rousseau: „Natura uczyniła człowieka szczęśliwym i dobrym, lecz społeczeństwo go deprawuje i czyni nieszczęśliwym”.

W tych ramach myślowych głównym problemem nie są niedoskonałości ludzkiej natury, lecz systemy, które uniemożliwiają ludziom urzeczywistnienie ich rzekomo lepszego „ja”.

Usuńcie te systemy ucisku, a lepsze społeczeństwo stanie się możliwe.

Tradycje i oczekiwania kulturowe są postrzegane jako formy zniewolenia, które uniemożliwiają ludziom bycie sobą. Postacie historyczne ocenia się według współczesnych standardów moralnych, zamiast uwzględniać okoliczności, w jakich żyły, i potępia jako złe lub zacofane za to, że nie sprostały dzisiejszym oczekiwaniom.

Sama wojna może być traktowana jako zło, które ludzkość powinna potrafić wyeliminować dzięki wzajemnemu zrozumieniu, nawet wtedy, gdy siła jest używana w słusznej sprawie.

U podstaw tego światopoglądu leży przekonanie, że dostatecznie oświecone jednostki mogą poprowadzić ludzkość ku lepszemu, a być może nawet doskonałemu stanowi. Społeczeństwo można przeprojektować od podstaw pod kierownictwem tych, którzy wierzą, że posiadają wiedzę i moralną jasność niezbędne do realizacji tego zadania.

Oczywiście te sprzeczne wizje nie zawsze są czarno-białe. Mogą się nakładać, a czasem łączyć w dziwny i sprzeczny sposób. Większość ludzi nosi w sobie elementy obu, nawet jeśli instynktownie silniej skłania się ku jednej z nich.

W obrębie każdej wizji istnieją również skrajności. W niektórych przypadkach zwolennicy wizji nieograniczonej zaczynają uważać przemoc za całkowicie dopuszczalną, zwłaszcza gdy jest wymierzona w tych, których postrzegają jako przeszkodę na drodze do nadejścia idealnego społeczeństwa.

A to sprowadza nas z powrotem do sprawy palestyńskiej.

Ideologia ukryta pod flagą

Ten konflikt wizji pomaga wyjaśnić, dlaczego tak wiele pozornie niezwiązanych ze sobą ideologii skupiło się wokół jednej sprawy.

Ruch propalestyński w naturalny sposób przyciąga ludzi skłaniających się ku wizji nieograniczonej: tych, którzy wierzą, że istniejący system jest fundamentalnie niesprawiedliwy i musi zostać zburzony, a następnie odbudowany w postaci czegoś rzekomo lepszego.

Dlatego poparcie dla Palestyny tak często wykracza daleko poza geopolityczne realia konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Dlatego marksiści, radykalni lewicowcy i ruchy sprzeciwiające się zachodniemu kapitalizmowi uczynili Palestynę tak centralnym elementem swojej tożsamości politycznej.

Dla tych aktywistów sprawa palestyńska stała się sztandarem, pod którym mogą się zjednoczyć.

Ponieważ w ich oczach Izrael oznacza znacznie więcej niż państwo. Stał się ucieleśnieniem zachodniego ucisku, rasizmu, kapitalizmu i cywilizacji judeochrześcijańskiej, do której odnoszą się z tak wielką wrogością.

Ale to prowadzi nas do jednego z najdziwniejszych aspektów tego ruchu.

Sojuszu radykalnej lewicy z islamem.

Sojusz, który nie powinien istnieć

Ludzie często dziwią się, że ruchy islamistyczne potrafią znaleźć wspólny język z lewicą. W końcu liberalne wartości, których obronę deklaruje lewica, praktycznie nie istnieją w społeczeństwach rządzonych według rygorystycznych interpretacji prawa islamskiego. Homoseksualizm jest potępiany i karany. Kobiety sprowadza się do roli obywateli drugiej kategorii. Nawet odejście od islamu może pociągać za sobą poważne konsekwencje, w tym prześladowania i śmierć.

Nie chodzi o to, że lewica jest całkowicie nieświadoma tych realiów. Chodzi o to, że wielu uczestników tych ruchów uważa obszary porozumienia za znacznie ważniejsze od dzielących ich różnic.

Sprzeciw wobec Izraela i zachodniego porządku politycznego znajduje się w samym centrum nieograniczonej wizji świata znacznej części radykalnej lewicy. Wielu jej przedstawicieli uważa, że problemy nękające Bliski Wschód są zasadniczo konsekwencją zachodniego imperializmu i ingerencji. Ludzie żyjący w tych systemach są, zgodnie z tym światopoglądem, ofiarami tych samych sił ucisku, które należy zdemontować również we własnych krajach.

To małżeństwo z rozsądku.

Islamiści podchodzą jednak do tego sojuszu z innej perspektywy. Współpraca z tymi, którzy dążą do demontażu istniejącego porządku zachodniego, daje im możliwość uchylenia drzwi i wejścia do środka. Na Zachodzie mogą posługiwać się językiem wyzwolenia, oporu wobec ucisku i sprzeciwu wobec Izraela. Taki przekaz służy ich celom, nawet jeśli ich ostateczna wizja społeczeństwa ma niewiele wspólnego z wizją ich lewicowych sojuszników.

I nie byłby to bynajmniej pierwszy przypadek powstania takiego sojuszu.

Wystarczy cofnąć się do rewolucji irańskiej z 1979 roku.

Chomeini i jego islamistyczni zwolennicy znaleźli wspólny język z radykalną lewicą i ruchami komunistycznymi dzięki sprzeciwowi wobec szacha i wpływów zachodnich. Chomeini mówił o sprawiedliwości, wyzwoleniu i walce z imperializmem, posługując się językiem przemawiającym do tych, którzy wierzyli, że istniejący porządek polityczny należy obalić. Nawet wybitni zachodni intelektualiści z entuzjazmem patrzyli na rewolucję, wierząc, że usunięcie sprzymierzonego z Zachodem szacha może zapoczątkować powstanie lepszego społeczeństwa.

Islamiści i lewicowcy wspólnie przyczynili się do obalenia tego samego rządu, mimo że mieli zasadniczo odmienne wyobrażenia o tym, co powinno go zastąpić.

Ale utopia nigdy nie nadeszła.

Zamiast tego Iran stał się autorytarną republiką islamską, która cofnęła istotne swobody społeczne, narzuciła rządy religijne i uczyniła wrogość wobec Izraela i Zachodu centralnym elementem swojej rewolucyjnej tożsamości. Wielu spośród tych samych lewicowców, którzy pomogli obalić szacha, zostało następnie uwięzionych, straconych lub zmuszonych do emigracji.

Pomogli zniszczyć system, który uważali za opresyjny, tylko po to, by zastąpić go jednym z najbardziej represyjnych reżimów na świecie. Miliony Irańczyków miały ostatecznie uciec ze swojego kraju, podczas gdy ci, którzy pozostali, musieli żyć w systemie, którego konsekwencje do dziś prześladują Iran i zagrażają szerszemu światu.

Dlatego uważam islamistyczny element ruchu propalestyńskiego za tak niebezpieczny, nawet jeśli jego najbardziej widoczne oblicze wydaje się lewicowe i humanitarne.

Niebezpieczeństwo to występuje na wielu poziomach.

Najbardziej bezpośrednim zagrożeniem jest sama wizja nieograniczona: ideologia zdeterminowana, by przebudować społeczeństwo, zdemontować instytucje i tradycje, które podtrzymywały cywilizację zachodnią, oraz dążyć do utopii, która zawsze zdaje się wymagać zniszczenia czegoś, co już istnieje.

Ale pod tym kryje się kolejne niebezpieczeństwo. Islam, rozumiany nie tylko jako prywatna wiara religijna, lecz jako system prawa, władzy politycznej i organizacji społecznej, ma własną wizję świata. I nie jest to liberalna utopia, którą wyobrażają sobie jego lewicowi sojusznicy.

Ci, którzy przyjmują wizję nieograniczoną, mogą sami doprowadzić do demontażu zabezpieczeń chroniących ich przed autorytarnymi zastosowaniami tej ideologii. Kultura, tradycja, religia, tożsamość narodowa i ugruntowane instytucje są odrzucane w pogoni za rzekomo lepszym światem, bez większego zastanowienia nad tym, co mogłoby zająć ich miejsce.

I to sprowadza mnie z powrotem do małego kociaka.

Ruch propalestyński przedstawia się jako coś niewinnego, coś zasługującego na nasze współczucie. Zachęca nas, byśmy odłożyli na bok zdolność krytycznego myślenia, przymknęli oczy na niewygodne realia i pozwolili, by samym naszym osądem kierowało wyłącznie współczucie.

Ale byłby to poważny błąd.

Ponieważ prędzej czy później pyszczek kociaka zacznie się poruszać.

Nie wydobędzie się z niego żaden dźwięk.

A kiedy społeczeństwo pochyli się bliżej, spodziewając się usłyszeć cichy pisk niewinnego stworzenia, z jego pyszczka wyłoni się ogromny, groteskowy owad, który pożera wszystko na swojej drodze.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Majority of Americans View Israel as ‘Ally’ or ‘Friend,’ Poll Finds


Majority of Americans View Israel as ‘Ally’ or ‘Friend,’ Poll Finds

Corey Walker


A view of a US flag and an Israeli flag. Photo: REUTERS/Ronen Zvulun

A strong majority of US adults view Israel positively as a friend or ally, according to a new survey, which showed the Jewish state performing similarly to Ukraine and a bit below Canada.

According to the CNN poll, which was conducted by SSRS from Sept. 16–17, a combined 61 percent of respondents described Israel as either an “ally” or “friendly.” The survey found that 34 percent of Americans called Israel an ally, while another 27 percent described it as friendly. At the same time, 24 percent characterized Israel as unfriendly and 15 percent as an enemy.

By comparison, 22 percent of US adults described Ukraine as an ally, and another 48 percent characterized the country as friendly. Another 21 percent called Ukraine unfriendly, while 8 percent labeled it an enemy.

America’s northern neighbor, Canada, received higher ratings, with 38 percent calling it an ally and 36 percent calling it friendly. Canada also recorded lower negative ratings, with 24 percent calling it unfriendly and only 3 percent calling it an enemy. These figures are notable given Canada’s intensifying tensions with the US amid repeated provocations from US President Donald Trump.

Among the countries viewed more negatively, Russia recorded the strongest unfavorable sentiment, with 36 percent calling Russia unfriendly and 47 describing it as an enemy, a combined 83 percent negative rating. Only 17 percent viewed Russia as either an ally or friendly.

China also faced predominantly negative assessments, with 44 percent describing it as unfriendly and 32 percent as an enemy. Just 25 percent placed China in the ally or friendly categories.

The survey also illustrates that voters are more likely to see Russia and China in an adversarial light compared to the Jewish state.  Israel’s 15 percent “enemy” rating was less than half of China’s 32 percent and less than one-third Russia’s 47 percent. However, voters are far more likely to view Israel as an enemy of the US than fellow allied states Canada (3 percent) and Ukraine (8 percent).

The poll comes amid the ongoing deterioration of the public perception of Israel within the US. In the 3 years following the Hamas-led Oct. 7, 2023, massacre in Israel, polls indicate that American voters have an increasingly negative view of the Jewish state.

An April survey by Marquette University Law School found that 54 percent of Americans viewed Israel unfavorably and 33 percent viewed it favorably, producing a net rating of roughly minus 20 points. One year earlier, Americans had been evenly divided, with 43 percent holding favorable and unfavorable opinions.

This decline has been more intensely felt within the Democratic Party, with a supermajority of Democrats expressing the view that Israel has committed a so-called “genocide” in Gaza. Although Republicans have largely remained far more steadfast in their support for Israel, polling indicates that support among the youngest cohorts of conservatives has declined precipitously.

Anti-Israel animus within the Republican Party has been inflamed by antisemitic provocateurs such as podcasters Tucker Carlson and Candace Owens, both of whom have peddled anti-Jewish conspiracy theories and spent the past few years falsely accusing Israel of perpetrating atrocities against various ethnic and religious groups.

The latest survey findings offer some relief to supporters of the Jewish state, indicating that Americans still view the country as a friend to the US despite its deteriorating popularity among American voters.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com