Reakcja palestyńskiego kandydata Jusufa Dżabarina z partii Wspólna Lista (Joint List) reaguje na wyniki sondaży typu exit poll podczas wyborów krajowych w Izraelu; siedziba partii w Nazarecie, północny Izrael, 27 października 2026 r. (Fot. REUTERS/Jamal Awad)
Raam i Jedna Lista, arabskie partie opozycyjne wobec Netanjahu, uzyskały razem 19 mandatów, co sprawia, że będą liczącą się siłą w nowym parlamencie. Jeśli Eisenkot i jego sojusznicy zechcą odsunąć byłego premiera od władzy i utworzyć rząd, będą musieli wejść w koalicję z Arabami, choć w kampanii wykluczali taką możliwość.
Kim są izraelscy Arabowie?
Arabscy obywatele Izraela stanowią jedną piątą społeczeństwa. W większości są potomkami Palestyńczyków, którzy po powstaniu państwa Izrael i wybuchu pierwszej wojny arabsko-izraelskiej w 1948 roku pozostali na swoich terenach.
Dziś, choć są obywatelami Izraela i mają prawo głosu, a wielu zajmuje wysokie stanowiska, żyją nieco osobno. Zamieszkują przeważnie inne miejscowości i dzielnice niż Żydzi i skarżą się, że są w Izraelu dyskryminowani. Przejawia się to chociażby w tym, że tam, gdzie mieszkają, policja mniej skutecznie walczy z przestępczością.
W 2025 roku wśród izraelskich Arabów odnotowano 252 zabójstwa – pięciokrotnie więcej niż wśród Żydów. Według sondaży dla ponad połowy arabskich wyborców walka z przestępczością była w tych wyborach najważniejszą kwestią.
Arabowie tłumnie poszli do wyborów – głos oddało aż 77 proc. osób uprawnionych. Wcześniej przez dekady arabscy wyborcy bojkotowali izraelskie wybory. Tłumaczyli, że sankcjonują one nierówne traktowanie ich przez izraelskie władze oraz politykę Izraela na terenach palestyńskich – w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu.
Obecny rząd Izraela często przedstawia arabskich obywateli jako zagrożenie dla żydowskiej tożsamości państwa, a sam Netanjahu w kampanii wyborczej regularnie straszył Izraelczyków rządami Arabów, które miałyby zapanować, jeśli nie wybiorą jego bloku.
Raam – partia dentysty, mediatora i sprytnego polityka
Partia Raam zdobyła 7 mandatów, a Wspólna Lista, na której znalazło się kilka arabskich ugrupowań – 12. Doświadczenie w rządzeniu ma tylko Raam – w 2021 r. dołączyła do koalicji przeciwników Benjamina Netanjahu, którą kierował premier Naftali Bennett.
Raam, czyli Zjednoczona Lista Arabska, została utworzona w 1996 roku i wywodzi się, podobnie jak Hamas, z ideologii islamskiej Bractwa Muzułmańskiego. Jest partią islamistyczną i konserwatywną obyczajowo, ale opowiada się za współistnieniem Arabów i Żydów w jednym państwie.
Palestyński kandydat Mansour Abbas, lider partii Raam, trzyma na rękach córkę podczas oddawania głosu w lokalu wyborczym w dniu wyborów krajowych w Izraelu; Maghar, Izrael, 27 października 2026 r. Fot. REUTERS/Rami Shlush
Jej szef, Mansur Abbas, były dentysta, pragmatycznie zakłada, że arabskie ugrupowania, jeżeli chcą mieć wpływ na sytuację w kraju, muszą być nie tylko obecne w parlamencie, ale też w rządzie. Żonaty, ojciec trojga dzieci, syn sklepikarza, urodził się w miasteczku Maghar w Galilei, zamieszkanym przez druzów, chrześcijan i muzułmanów. Podobnie jak jego ojciec, często pośredniczył w sporach między mieszkańcami, a w 2019 r. pierwszy raz wszedł do Knesetu.
Abbas jako szef partii rzadko wspomina o losie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu i w Gazie – skupia się na arabskich obywatelach Izraela. To dla nich chce ugrać jak najwięcej. Uznawany jest za sprytnego polityka – po ataku Hamasu na Izrael z października 2023 r. błyskawicznie potępił terrorystów i pomagał znaleźć zakwaterowanie Izraelczykom uciekającym z terenów przy granicy ze Strefą Gazy. Jednocześnie do dziś odmawia uznania Hamasu za organizację terrorystyczną.
Żeby przekonać do siebie żydowskich wyborców, na początku września dokooptował do swojej partii Joawa Segalowicza, znanego syjonistę, weterana izraelskiej armii, i dał mu drugie miejsce na liście kandydatów swojej partii. Segalowicz pracował przez trzy dekady w policji, był też wiceministrem ds. bezpieczeństwa narodowego.
Decyzja Abbasa wywołała duże porusenie, bo wcześniej w skład arabskich partii wchodzili tylko Żydzi ze skrajnie lewicowych środowisk. – W każdym pokoleniu przychodzi moment, kiedy strach i nadzieja stoją razem. Dziś wieczorem, tutaj, wygrała nadzieja – przekonywał Abbas, stojąc obok Segalowicza na konferencji prasowej, na której poinformował o jego dołączeniu do Raam. – Witaj Joaw, mamy robotę do wykonania – dodał.
Wspólna lista: Sojusz komunistów i nacjonalistów. Wśród nich weterani izraelskiej polityki
Drugie arabskie ugrupowanie, Wspólna Lista, to sojusz trzech partii reprezentujących palestyńskich obywateli Izraela, których liderem jest Jusuf Dżabarin. W skład sojuszu wchodzą partie, które mocno się od siebie różnią: Balad jest ugrupowaniem palestyńskich nacjonalistów, Hadasz to partia komunistów, a Taal jest świecka.
Wspólna Lista opowiada się za równymi prawami dla arabskich Izraelczyków, zakończeniem izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu, a w przyszłości – za utworzeniem państwa palestyńskiego. Sojusz nie zamierza wchodzić do rządu – chce zostać w parlamentarnej opozycji.
Dżabarin jest prawnikiem, specjalistą od prawa konstytucyjnego i praw człowieka, studiował w Jerozolimie i w Waszyngtonie. W latach 2015–2021 był szefem parlamentarnej komisji ds. praw dziecka, jako pierwszy Arab na tym stanowisku. Wiosną b. roku wygrał wewnętrzne wybory w Hadasz i został szefem partii, a przed wyborami stanął na czele całej Wspólnej Listy.
Jego poprzednik na stanowisku szefa Hadaszu i Wspólnej Listy, Ajman Ode, to prawnik i jeden z bardziej znanych arabskich polityków w Izraelu. To on w 2015 r. poprowadził Wspólną Listę do jej najlepszego wyniku w historii – 13 mandatów. Jest zwolennikiem uczestniczenia Arabów w izraelskiej polityce, a nie bojkotowania jej.
Z kolei liderem Taal jest Ahmad Tibi, jeden z najdłużej działających arabskich posłów w Knesecie, w którym zasiada od ponad ćwierć wieku. Lekarz z wykształcenia, wielokrotnie pełnił funkcję wiceprzewodniczącego parlamentu.
Najbardziej kontrowersyjnym przywódcą partii wchodzących w skład Wspólnej Listy jest Sami Abu Szehade, lider Baladu. Nie wszedł do nowego Knesetu, bo został wykluczony z wyborów przez Centralną Komisję Wyborczą. Powodem był artykuł jaki opublikował dzień po ataku Hamasu na Izrael z 7 października 2023 r., który brzmiał jak usprawiedliwianie ataku palestyńskich terrorystów, którzy bestialsko zabili 1,2 tys. osób, a 250 porwali do Gazy.
Redakcja: Iwona Görke
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
A man throws a plastic traffic cone through a burning barricade amid clashes during a day of demonstrations in Paris as part of nationwide protests, France, Oct. 17, 2026. Photo: REUTERS/Abdul Saboor
IRAN — The ongoing protests in France have revived debate inside Iran over its historical role in the 1979 Islamic Revolution, with some Iranians drawing parallels between unrest in Europe today and the political transformation that reshaped the Middle East nearly five decades ago.
The reactions reflect anger among some Iranians over what they see as Western double standards toward democracy, as well as concerns about the spread of Islamist political movements in Europe. France’s decision to host Ayatollah Ruhollah Khomeini, the founder of the Islamic Republic, during the final months before the Iranian revolution has become a particular focus of criticism.
Speaking to The Algemeiner, one Iranian mocked the language European governments have used to describe Iranian protesters, saying, “The French are not ready for democracy.”
The remark criticizes European officials who have questioned whether Iranian society is prepared for democratic governance, a position Iranians see as dismissive of their demands for political freedom.
A schoolteacher from Shiraz expressed a similar sentiment, arguing that France was now experiencing the consequences of its own political decisions, especially opening its borders to immigrants from the Middle East and North Africa.
“The French government is reaping what it sowed. They let Islamists in. Now they can enjoy Paris burning down.”
Others focused on France’s connection to the Iranian revolution. A street artist from Isfahan described the situation as “karma,” arguing that France should be held accountable for its role in the events preceding the revolution.
“This is karma; France helped the Islamic Revolution and hid Khomeini. They have to be held accountable for what they did to Iran,” he said.
An information technology student at Tehran University also mocked European leadership’s typical response to conflict and unrest in the Middle East, saying, “We are monitoring the situation very carefully; both parties should show restraint.”
A nurse from the southern city of Bushehr said Iranians had warned European countries about the potential consequences of Islamist movements.
He also challenged the language used by European governments to describe Iranian society: “They say we are not ready for democracy; look who is ready for democracy.”
The comments illustrate how France’s domestic political developments can become intertwined with Iranian debates about the 1979 revolution, religious extremism, far-left ideology, and the meaning of democracy.
Khomeini’s presence in France gave his movement international visibility and allowed his messages to reach Islamists in Iran and elsewhere.
Iranians’ reactions reflect a broader argument among the critics of the Islamic Republic that Western governments underestimated Khomeini’s political ambitions before the revolution.
Khomeini moved to France in October 1978 after leaving Iraq and settled in Neauphle-le-Chateau. During his stay, he communicated with supporters and international media before returning to Iran on Feb. 1, 1979, as the monarchy was collapsing. The revolution culminated in the establishment of the Islamic Republic, which continues to rule and shape Iran’s political and social life.
For Iranians, France’s historical connection to Khomeini remains a source of resentment. They argue that Western governments failed to anticipate the revolution’s consequences and criticized Iranians who opposed the political system it established.
The comparison between the two countries also reflects a wider debate about democracy, political repression, and the treatment of protesters. For many Iranians, developments in France have become an opportunity to challenge European judgments about Iran and the demands of thousands of protesters slain in January 2026 by the Iranian regime.
Many Iranians blame France’s government, far-left groups, and the pro-Palestinian movement for the unrest in France, drawing comparisons with the alliances between leftist factions and Islamists during the 1979 Iranian Revolution. They recall how groups that initially joined forces to overthrow the Shah, the monarch who governed Iran before the revolution, were later targeted by the Islamic regime, with leftist activists among those imprisoned and executed under the very political system they had helped bring to power.
Maddie Ali, a former schoolteacher, is now a freelance contributor to The Algemeiner based in Iran. In addition to her academic work, she has been involved in civic activity in her hometown, including participating in and helping organize local protests alongside friends and family. Her name has been changed to protect her identity.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Michael Dube, left, gifting a jersey to a recipient of the “Moments to Memories Fund.” Photo: Provided
New Jersey-based philanthropist and entrepreneur Mike Dube has made it his mission to help create meaningful experiences for children and families facing hardships in their everyday lives.
Dube and his wife, Rachel, are the co-founders of the Moments to Memories Fund (MTMF), which a 100-percent volunteer-led, registered nonprofit organization that facilitates memorable experiences for children and families of all backgrounds who are facing serious illness, trauma, loss, or other difficult circumstances.
The charity, which describes itself as “creating unforgettable experiences for kids and families who need them most,” gifts items as well as tickets to theater performances, concerts, sports games, amusement parks, and other activities. The recipients are all individuals and families who need a distraction from their stress, grief, or pain, and a chance to experience joy and laughter.
Dube, who is also a life coach, spent roughly 15 years helping ill and underprivileged children and families get event tickets and make lasting memories through Sharing Seats, a nonprofit organization founded in 2009 that facilitated thousands of experiences to Jewish and non-Jewish individuals. Dube and his wife wanted to expand the mission of Sharing Seats and thus started MTMF last year. The couple have over 15 years of experience each in youth development and Jewish community engagement.
In its first year, MTMF organized 170 exciting experiences for 65 families.
“The world has never needed it more,” Dube told The Algemeiner. “I’m very fortunate that I get to be a giver in a broken world … The sky’s the limit in what we can do, and every day I wake up thinking, ‘Alright, who can we help today?’”
“I’m passionate about MTMF and I’ve created a conduit for other people to do good in this world,” he added. “We underpromise and overdeliver.”
MTMF works in partnership with donors, sponsors, venues, and other organizations, including Chai Lifeline, Friendship Circle, Kochavim, and Yachad. In addition, the charity utilizes social media by frequently asking on Instagram if anyone can help fulfill or add to a recipient’s experiences. MTMF is mostly funded by individual donors, and anyone is able to donate tickets or experiences, which the charity will then match with qualified and vetted children and families. The public can also nominate a recipient.
On Sunday, Matthew Rahmani and his son attended the NFL game between the New York Jets and the Miami Dolphins in East Rutherford, New Jersey, and were able to get a pregame VIP experience on the field all thanks to MTMF. Rahmani’s wife — 40-year-old, mother-of-four Allison Rahmani — died on Aug. 21 after she lost control of her car and crashed her vehicle into her family’s swimming pool in Nassau County, Long Island.
Last week, MTMF gifted a young girl who lost her father with tickets to an Ed Sheeran concert, and a family from Teaneck, New Jersey, who have multiple children in wheelchairs were given tickets to see the New York Knicks return to Madison Square Garden for their home opener against the Philadelphia 76ers.
In September, a family who had spent the last three years living in Israel through the country’s war against Hamas terrorists in the Gaza Strip were treated by the charity to a fun-filled day in New York City complete with tickets to the Broadway show “Wicked.” That same month, the security and maintenance team at Kaplen JCC on the Palisades in Tenafly, New Jersey, was given a break from their responsibilities protecting the local Jewish community to enjoy a night out bowling, sponsored by MTMF.
Anat Aharonoff – a mother-of-six in Queens, New York, whose husband died four years ago – told The Algemeiner that Dube’s charity has gifted her children free tickets to sporting games and they even got a chance to meet some players from the Knicks. Aharonoff said the Moments to Memories Fund helps children and families struggling with a hardship by allowing them to “refocus on something enjoyable.”
“He’ll do whatever it takes to make families feel a little relief or a little bit of pleasure when they’re going through hard times,” she added about Dube. “[MTMF] feels like a refreshing way to disconnect from whatever’s going on in your life, however bad it is, [and] to just have a little bit of a break. To almost step out of reality and have a bonding experience with your family members or close friends and just reconnect. Just smile and laugh and relax a little bit.”
The Moments to Memories Fund is dedicated to the memory of Perry Langert, who married Dube’s mother when the entrepreneur was 10 years old and became a father figure and mentor for him. Langert died five years ago.
“He taught me so many of life’s most important lessons, especially the true meaning of giving and helping others,” Dube told The Algemeiner. “Renaming my charity in his honor gives me even greater motivation to continue his legacy by reaching and helping as many people as possible.”
“I miss Perry every day, and I think about him every day,” Dube added. “His influence on my life will never fade, and I hope to honor his memory by living by the values he taught me and continuing to make a difference in the lives of others.”
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
„Wracajcie do Polski” — dla niektórych to znajome hasło. Od czasu ataków z 7 października 2023 roku wykrzykuje się je pod adresem Żydów w całym świecie zachodnim, aby dać im do zrozumienia, że nie ma tam dla nich miejsca – że ich prawdziwą ojczyzną jest miejsce, w którym 80 lat temu wymordowano ich przodków. W ubiegłym tygodniu Abdul El-Sayed, kandydat do Senatu z Michigan, zorganizował spotkanie przy okrągłym stole z aktywistą, który powtarzał właśnie to hasło, wzywając do odesłania izraelskich Żydów „z powrotem do Polski”.
Omar Mohammed po raz pierwszy usłyszał to hasło, gdy skandowano je na kampusie Uniwersytetu Columbia po 7 października. Głęboko nim to wstrząsnęło. Omar, iracki historyk, mieszkał w Mosulu, kiedy ISIS przejęło kontrolę nad miastem. Nie uciekł. Zamiast tego siedział w pokoju oddzielonym zaledwie cienką ścianą od jednego z wysokich rangą przywódców ISIS i pisał – wykorzystując swój anonimowy blog Mosul Eye, aby informować miliony ludzi o zbrodniach popełnianych przez tę organizację terrorystyczną. (Aby poznać całą jego historię, obejrzyjcie nasz wywiad z nim tutaj).
Ale praca Omara jako historyka nie zakończyła się wraz z jego ucieczką z Iraku w 2017 roku. Kilka tygodni temu skontaktował się z nami, aby powiedzieć, że po latach słuchania wezwań, by Żydzi wracali do Polski, postanowił sam odwiedzić obozy koncentracyjne. Jak wyjaśnił, chciał napisać o tym, jak to jest być „historykiem z Mosulu, który dokumentował jedno ludobójstwo, a teraz po raz pierwszy stoi w miejscu, gdzie dokonano innego”. Powstał tekst niezwykły. Z dumą przedstawiamy go dziś naszym czytelnikom.
— Jillian Lederman
24 sierpnia wylądowałem w Warszawie. Była noc. Od dawna uważam, że miasto ujawnia swoją tożsamość po zmroku, dlatego wsiadłem na lotnisku do autobusu linii 175, jadącego do centrum, aby lepiej je poznać.
Coś podczas tej podróży wytrąciło mnie z równowagi. Zdarzało mi się siedzieć w moim rodzinnym Mosulu w Iraku, mieście okupowanym przez ISIS, i dokładnie wiedzieć, czego się boję. W tamtym autobusie nie było niczego, co mógłbym wskazać jako źródło zagrożenia, a jednak moje ciało reagowało tak, jakby ono istniało. Powiedziałem później, że poczułem zapach popiołów zmarłych – dosłownie, wciąż spoczywających w ziemi po 80 latach.
Nigdy wcześniej nie byłem w Polsce. Po raz pierwszy dowiedziałem się o Holokauście w Mosulu, w 2004 lub 2005 roku, kiedy po upadku Saddama Husajna anteny satelitarne stały się łatwo dostępne. Oglądałem jeden po drugim filmy dokumentalne o drugiej wojnie światowej i każdy z nich nagrywałem – ponieważ w tamtych latach wciąż żyliśmy ze świadomością, że wszystko może w każdej chwili zniknąć.
Mniej więcej w tym samym czasie dowiedziałem się, że szkoła, do której uczęszczałem, stała na ruinach żydowskiej szkoły w Mosulu, zburzonej przez Saddama w 2000 roku. Od tamtej pory nosiłem w sobie nadzieję, że pewnego dnia stanę w obozach i zobaczę je na własne oczy. Tym, co ostatecznie skłoniło mnie do podróży, była wiadomość o incydencie, do którego doszło po atakach na Izrael 7 października, kiedy na kampusie Uniwersytetu Columbia wykrzykiwano pod adresem Żydów jedno szczególne hasło: „Wracajcie do Polski”.
Walter Reich, mój przyjaciel i mentor, był tym incydentem wstrząśnięty. Walter jest profesorem stosunków międzynarodowych, etyki i zachowań ludzkich na katedrze imienia Icchaka Rabina oraz profesorem psychiatrii na Uniwersytecie George’a Washingtona, gdzie również pracuję. W latach 1995–1998 był dyrektorem United States Holocaust Memorial Museum, amerykańskiego Muzeum Pamięci Holokaustu. Większości tego, co wiem o sposobach, w jakie społeczeństwa wymazują swoich Żydów, nauczyłem się właśnie od niego. Powiedział mi, że kiedy usłyszał wezwanie, by Żydzi wracali do Polski, postanowił zrobić dokładnie to: zabrać swoje dzieci i wnuki do obozu zagłady w Bełżcu, gdzie zamordowano znaczną część jego rodziny. Chciał odmówić tam kadisz, żydowską modlitwę żałobną.
To, co pozostało po rodzinie Waltera, sprowadza się do pola. Jego wujowie, ciotki i kuzyni zostali zagazowani, ich ciała wrzucono do dołów, później wydobyto je i spalono, a popioły ponownie wsypano do ziemi. Walter przyjeżdża na to pole, by odmawiać kadisz, od lat osiemdziesiątych.
W sierpniu napisałem do niego, że jeszcze w tym miesiącu wybieram się do Auschwitz. W ciągu dwóch godzin odpisał: „Odwagi, Omarze”. Poprosiłem go, żeby nauczył mnie kadiszu, abym również mógł go tam odmówić.
Jako historyk całe życie poświęciłem jednemu pytaniu: co miasto robi ze swoimi zmarłymi? Przez trzy lata, od czerwca 2014 do 2017 roku, dokumentowałem rządy ISIS w Mosulu od środka – nocami, anonimowo, w miejscu, gdzie zdemaskowanie oznaczało śmierć. Wszystko publikowałem na swoim ogólnodostępnym blogu Mosul Eye. A kiedy miasto zostało wyzwolone, zastosowałem tę samą metodę do zbadania wcześniejszego wymazania, sprzed ponad 60 lat: w 1950 roku Żydów z Mosulu pozbawiono obywatelstwa. Do 1951 roku już ich tam nie było.
Zasadę, którą przyjąłem podczas rządów ISIS, zabrałem ze sobą do Polski: nie ufaj nikomu, dokumentuj wszystko. Każda rozmowa przytoczona w tym eseju pochodzi z dyktafonu, który włączyłem w autobusie jadącym z lotniska i którego od tamtej chwili nie wyłączałem.
Moim pierwszym przystankiem była Treblinka, około 100 kilometrów na północny wschód od Warszawy. Moim kierowcą był mężczyzna z Tadżykistanu. Nazwę go Daler.
Kiedy powiedziałem mu, dokąd jedziemy, zapytał, co to za miejsce.
Był muzułmaninem. Przez pięć lat mieszkał w Polsce i przez dwa lata w Niemczech, a nikt nigdy nie powiedział mu, co się tutaj wydarzyło. Siedziałem z tyłu, z dyktafonem na siedzeniu, i zrozumiałem, że mój plan ma pewną wadę. Przyjechałem do Polski z zamiarem wysunięcia po powrocie do domu konkretnego postulatu: chciałem, aby świat arabski poznał historię tego miejsca i zaczął nauczać jej w szkołach. Tymczasem pierwszy człowiek, którego spotkałem – muzułmanin z Tadżykistanu, który spędził siedem lat w Niemczech i Polsce – nie wiedział nic o obozie zagłady, do którego wiózł mnie tego wtorkowego poranka, ani o tym, co to miejsce oznaczało.
Zacząłem więc go uczyć. Zajęło to dwie godziny, w większości za pośrednictwem jego telefonu: angielski tłumaczony na tadżycki na ekranie, tekst czytany na czerwonych światłach, odpowiedzi po tadżycku, przekładane z powrotem na angielski. Sześć milionów Żydów zamordowanych za to, że byli Żydami, i z żadnego innego powodu. Powiedział mi, że Tadżykistan liczy około dziesięciu milionów mieszkańców. Poprosiłem, żeby wyobraził sobie, że sześć milionów z nich zostaje zabitych, i obserwowałem go we wstecznym lusterku. Po pewnym czasie powiedział, że nie sposób tego pojąć.
„Od dzisiaj – powiedział po tadżycku – będę opowiadał o tym ludziom. Wcześniej niewiele o tym wiedziałem. Teraz rozumiem”.
Mohammed odmawia kadisz żałobny w Treblince, 25 sierpnia 2026 roku. Fotografia dzięki uprzejmości Omara Mohammeda.
Wyobraźcie sobie, że spędzacie siedem lat w Polsce i Niemczech i nie dowiadujecie się niczego o Holokauście.
Budowle wzniesione przez Niemców w Treblince już nie istnieją. Jesienią 1943 roku, po buncie więźniów, Niemcy rozebrali ośrodek zagłady, zaorali ziemię i umieścili oddział strażników w gospodarstwie rolnym. Pozostał sosnowy las i pole z 17 tysiącami poszarpanych kamieni, ustawionych pionowo w betonie. Na niektórych wyryto nazwy miast i państw. Na tej polanie w ciągu około piętnastu miesięcy zamordowano blisko 925 tysięcy Żydów.
Panuje tam cisza, jakiej nigdy wcześniej nie słyszałem. Ale nie jest to cisza cmentarza. Na cmentarzu zmarli mają przynajmniej groby.
Wokół Treblinki sosny rosną tak gęsto, że między nimi światło nie dociera do ziemi. Rosną na tej ziemi od osiemdziesięciu lat lub dłużej i są jedynymi żywymi istotami, które widziały to wszystko i wciąż tam są. Stojąc wśród nich, z trudem oddychałem.
Poprosiłem Dalera, żeby poczekał na parkingu i odwiózł mnie do Warszawy, kiedy skończę, ale powiedział, że chce pójść ze mną. Weszliśmy razem. Po naszej prawej stronie ciągnął się rząd betonowych podkładów kolejowych. To właśnie tam zatrzymywały się wagony, otwierały drzwi, a ludzie, którzy przez dwa dni nie dostali wody, wysiadali i słyszeli, że przybyli do obozu przejściowego. Na peronie znieruchomiałem. Właśnie tam dopadło mnie to, czego najbardziej obawiałem się przed przyjazdem do Polski. Stojąc w tym miejscu, nie mogłem przestać zadawać sobie pytań: co myśleli ci ludzie, co widzieli, czy niektórzy z nich nawet u drzwi komory gazowej wciąż mieli nadzieję, że przeżyją?
Poszliśmy dalej, do pomnika – granitowej wieży stojącej pośrodku pola, pękniętej u szczytu, w miejscu, gdzie znajdowały się komory gazowe. Przed pomnikiem leży kamień z napisem „Nigdy więcej” w siedmiu językach. Tam, przy pomniku, odmówiłem kadisz żałobny.
Słowa miałem od Waltera, a melodię od zaprzyjaźnionego rabina, który nauczył mnie śpiewać ją tak, jak śpiewali ją Żydzi z mojego kraju, w irackim makamie saba. Wiem, że jest to modlitwa, którą należy odmawiać w zgromadzeniu dziesięciu Żydów, a ja byłem tylko jednym człowiekiem, i to nie Żydem. Ale wiem również, że był to prawdziwy kadisz.
Daler stał krok za mną i nagrywał modlitwę telefonem. Kiedy skończyłem, powiedział, że brzmiała jak Koran. Odpowiedziałem, że jest starsza; że należy do tradycji semickiej, że jej językiem jest aramejski, którym Żydzi posługiwali się w Jerozolimie i Babilonie, zanim Żydzi iraccy zaczęli mówić po arabsku, i którym nadal mówią chrześcijanie z Niniwy. Zadzwonił do brata, tam, pośród kamieni pomnika, i zapytał, czy brat o tym wiedział. Nie wiedział. Daler opowiedział mu więc, w tym samym miejscu, wszystko, co usłyszał ode mnie w samochodzie. Kiedy się rozłączył, wpisał coś do aplikacji tłumaczącej, a telefon powiedział do mnie:
„Składam obietnicę. Nie tobie. Samemu sobie, żebym jej nie złamał. Będę opowiadał o tym każdemu, kogo spotkam”.
Patrząc, jak pisze, pomyślałem, że być może właśnie w ten sposób modlitwa znajduje swój minjan, dziesięciu żałobników: kiedy jeden człowiek opowiada drugiemu.
Wróciliśmy do Warszawy w połowie popołudnia. Poszedłem do baru, przed wejściem do którego mnie ostrzegano.
„Tylko dla Polaków” – powiedział mi barman w innym lokalu.
Chciałem zrozumieć, co to znaczy, więc mimo wszystko poszedłem i zacząłem rozmawiać z tamtejszym barmanem. Zapytałem go, co znaczy „tylko dla Polaków”. Nie odpowiedział od razu, więc zamiast tego zapytałem, co wie o losie Żydów ze swojego miasta. Powiedział, że uczyli się o tym w szkole, że musieli się tego uczyć, ponieważ Polacy również byli zabijani. Powiedział, że uczono ich, iż Polacy ratowali Żydów, a Żydzi nie odpłacili im życzliwością, że później wrócili jako komuniści i zaczęli atakować Polaków. Spierałem się z nim. Słuchał, kiwał głową i nie próbował mi zaprzeczać.
Nie wiedziałem jeszcze, że przez każdy dzień mojego pobytu w Polsce będę słyszał różne wersje tego, co powiedział młody barman.
Podczas trzygodzinnej podróży pociągiem z Warszawy do Krakowa włączyłem utwór Johna Williamsa skomponowany do Listy Schindlera, zatytułowany „Jewish Town” („Żydowskie miasto”), nawiązujący do krakowskiego getta. Na skrzypcach gra Itzhak Perlman. Nie słyszałem tej melodii po raz pierwszy. To był utwór, który w 2015 roku, jeszcze w Mosulu, uratował mi życie.
Omar Mohammed przed Auschwitz I, otoczonym murami i drutami, 26 sierpnia 2026 roku. Fotografia dzięki uprzejmości Omara Mohammeda.
Prowadziłem Mosul Eye nocami, z pokoju, który nazywałem pokojem operacyjnym. Pracowałem przy muzyce, ponieważ zagłuszała odgłos klawiszy i pomagała mi nie postradać zmysłów. Pewnej nocy słuchałem ścieżki dźwiękowej z Listy Schindlera, która kończyła się właśnie tym utworem. Wstałem, żeby zmienić płytę, i przez okno zobaczyłem bojowników Państwa Islamskiego przeszukujących domy przy naszej ulicy. Zbliżali się do naszego.
Gdyby na płycie znajdował się jeszcze jeden utwór, siedziałbym przy biurku z otwartym blogiem, kiedy przyszliby na rewizję.
Dopiero w pociągu, w Warszawie, zrozumiałem, jak wiele zawdzięczam temu nagraniu – i zamordowanym ludziom, którym było poświęcone.
Kiedy dotarłem do Krakowa, czekał na mnie kierowca przysłany przez Auschwitz Research Center on Hate, Extremism, and Radicalization, znane jako ARCHER – ośrodek badawczy zajmujący się nienawiścią, ekstremizmem i radykalizacją. Siedziba ARCHER mieści się w domu przy ulicy Legionów 88, tuż za terenem obozu koncentracyjnego. Dom ten został pierwotnie zbudowany w 1937 roku przez polskiego oficera, a następnie Niemcy przekazali go Rudolfowi Hössowi, komendantowi całego kompleksu Auschwitz: Auschwitz I, obozu pracy, oraz Auschwitz II, czyli Birkenau, gdzie w ogromnych komorach gazowych każdego dnia mordowano tysiące Żydów.
Höss mieszkał w tym domu z żoną i pięciorgiem dzieci, jednocześnie zarządzając oboma obozami. A przez 80 lat po zakończeniu wojny mieszkały w nim zwyczajne rodziny. W 80. rocznicę wyzwolenia Auschwitz ARCHER kupił dom i otworzył w nim placówkę badawczą. Właśnie tam zostałem zaproszony.
W Mosulu mój dom oddzielała od domu jednego z wysokich rangą bojowników Państwa Islamskiego tylko cienka ściana. Po mojej stronie życie pozostawało zwyczajne, ale nigdy nie widziałem zwyczajnego życia po drugiej stronie tej ściany. Teraz, w Auschwitz, miałem je zobaczyć.
Spędziłem na piętrze z dyrektorem ARCHER cztery i pół godziny.
– Co właściwie robi się z takim domem? – zapytałem.
Mój rozmówca powiedział, że jest on zarówno ciężarem, jak i odpowiedzialnością; Höss nie zasługuje na sanktuarium, ale zasługuje na to, by o nim pamiętano. Potem podał mi fotografię: dzieci Hössa w ogrodzie, w letnich ubraniach, mrużące oczy, a za nimi mur, za murem zaś obóz. Zapytałem, ilu ludzi Höss zabijał jednego dnia. Przy pełnej wydajności – odpowiedział dyrektor – dziesięć tysięcy osób.
Około jedenastej przyniesiono na tacy lunch. Długo myłem ręce. Choć byłem głodny, nie potrafiłem jeść w tym domu. Przybyłem jako gość, a tam, skąd pochodzę, gość, który przyjmuje posiłek, tym samym akceptuje dom. Ja nie mogłem go zaakceptować. Dyrektor powiedział, że jego pracownicy początkowo również nie potrafili tam jeść, aż pewnego dnia zaczęli. On jadł. Patrzyłem, jak jedzą, i nie miałem im tego za złe, ponieważ ktoś musi być zdolny do pracy w tym budynku. W przeciwnym razie dokumentowanie historii ustaje, a dom znów staje się tylko domem.
Kiedy ludzie mówią o takich mężczyznach jak Höss albo o bojownikach Państwa Islamskiego, sięgają po jedno słowo: potwór. Od lat sprzeciwiam się używaniu tego słowa. Potwór nie ma wyboru. Ci ludzie mieli. Jeśli Höss był potworem, dom jest tylko osobliwością, a lunch tylko lunchem. Jeśli jednak był człowiekiem, dom staje się świadectwem tego, jak niewiele musi się zmienić w człowieku, aby zabijanie stało się zawodem, a zawód – częścią życia rodzinnego.
Na framudze drzwi znajduje się teraz mezuza, a każdy gość jest fotografowany, gdy jej dotyka. Ja również jej dotknąłem. Potem wyszedłem, ponieważ zwiedzanie muzeum rozpoczyna się przy parkingu o wpół do trzeciej i nikt na nikogo nie czeka.
Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau oferuje zwiedzanie z przewodnikami-edukatorami w około dwudziestu językach: chorwackim, ukraińskim, hebrajskim, japońskim, koreańskim. Nie ma wśród nich arabskiego. Ta nieobecność ma swoją historię. W świecie arabskim Holokaust pojawia się w programach szkolnych – jeśli w ogóle się pojawia – jako europejska zbrodnia, którą Europejczycy wykorzystali do usprawiedliwienia odebrania Palestyny.
Książką, która w czasach mojej młodości docierała do arabskich czytelników, nie było dzieło Primo Leviego, lecz Rogera Garaudy’ego, francuskiego konwertyty na islam, którego broszura z 1996 roku, przedstawiająca komory gazowe jako mit, sprzedawała się w Kairze i Bejrucie w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. W 2014 roku Mohammed Dajani, profesor Uniwersytetu Al-Kuds, zabrał 27 palestyńskich studentów do Auschwitz. Nazwano go kolaborantem, podpalono mu samochód, a po kilku miesiącach zrezygnował ze stanowiska.
Są wyjątki. Mohamed Helmy, egipski lekarz mieszkający w Berlinie, ukrywał żydowską dziewczynę przez całą wojnę, a w 2013 roku został pierwszym Arabem uhonorowanym tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Tunezyjskie rodziny ukrywały Żydów podczas niemieckiej okupacji w latach 1942–1943. Zjednoczone Emiraty Arabskie po zawarciu Porozumień Abrahamowych wprowadziły Holokaust do swoich programów szkolnych. Ale w harmonogramie zwiedzania Auschwitz, obejmującym dwadzieścia języków, nadal nie ma arabskiego, ponieważ nikt z przyjeżdżających go nie potrzebuje.
Poszliśmy na rampę w Birkenau, gdzie dokonywano selekcji: kto będzie pracował na głodowych racjach żywnościowych, a kto zostanie skierowany prosto do komór gazowych. Tam, w grupie idącej przed nami, chłopiec w wieku czternastu lub piętnastu lat głośno kłócił się z matką po angielsku, twierdząc, że to wszystko kłamstwo, i pytając, po co go tutaj przyprowadziła. Kiedy grupa ruszyła dalej, zostałem na rampie i odmówiłem kadisz.
Kierowcą, który odwoził mnie do Krakowa, był Polak z Oświęcimia, Władysław, mieszkający około 180 metrów od obozu. Od 36 lat woził tam izraelskie ekipy telewizyjne. Jego babcia była więźniarką Birkenau.
Zapytałem, czy Żyd jest dziś bezpieczny w Polsce. Odpowiedział, że tak, jeszcze tak – a potem, choć o to nie pytałem, dodał, że nikt nie wie, jak długo. Zapytałem, czy rodziny ludzi zamordowanych w tym miejscu powinny wrócić tu, żeby zamieszkać.
Nie – odpowiedział. Przyjechać z wizytą można bezpiecznie. Mieszkać – nie.
Ludzie, którzy mówią „wracajcie do Polski”, najwyraźniej zakładają, że Polska jest krajem, do którego Żyd może wrócić. Nie jestem wcale pewien, czy to prawda.
„Przewodniczka powiedziała, że tego rodzaju słowa pojawiają się w księdze może raz w roku, a pracownicy wyrywają takie strony” – pisze Omar Mohammed. „Poprosiłem ją, żeby tego nie robiła. Zachowajcie to jako dowód”. Fotografia dzięki uprzejmości Omara Mohammeda.
Następnego dnia pojechałem z dwójką przyjaciół do Bełżca, niedaleko granicy z Ukrainą. Nasza przewodniczka pracowała w miejscu pamięci od dziesięciu lat. Zanim weszliśmy na teren obozu, zaprowadziła mnie do księgi gości w holu wejściowym i otworzyła ją na wpisach z bieżącego roku. Ktoś napisał ołówkiem, małymi, nierównymi drukowanymi literami, dwa słowa po polsku: „Hwała Hitler”. Chwała Hitlerowi.
Pierwsze słowo zapisano przez „H”, a nie przez polskie „Ch”. Przewodniczka powiedziała, że tak napisałby to Ukrainiec i że autor wpisu mógł być Ukraińcem. Zauważyłem, jak szybko pojawiła się ta możliwość. Każdy Polak, z którym rozmawiałem tamtego tygodnia – barman, dwóch kierowców, przewodniczka, dwoje przyjaciół i ich współpracownicy – mówił mi, bez pytania z mojej strony, i to więcej niż raz, że Polacy niczego Żydom nie zrobili.
Zanim odeszliśmy od księgi, zobaczyłem na innej stronie dwa słowa po angielsku: „Free Palestine”. Wolna Palestyna.
To, co pozostało ze mną, nie było samymi słowami, lecz wysiłkiem, jaki ktoś włożył w ich napisanie. W 2026 roku ktoś znalazł czas i wolę, żeby pojechać do Bełżca, stanąć przy księdze, w której odwiedzający wpisują swoje nazwiska, i napisać takie „Free Paloestine”. Do tamtego popołudnia słyszałem „wracajcie do Polski” jako stwierdzenie dotyczące geografii, odrażający sposób mówienia Żydom w Nowym Jorku, że ich miejsce jest gdzie indziej. Księga gości wyprowadziła mnie z błędu. Osoba, która dokonała tego wpisu, przyjechała na pole będące samo w sobie grobem, aby wyrazić życzenie, by wznowiono tamto dzieło.
Mohammed odmawia kadisz żałobny w obozie zagłady w Bełżcu, 27 sierpnia 2026 roku. Fotografia dzięki uprzejmości Omara Mohammeda.
Potem ruszyliśmy pieszo. Wszystko znajduje się na otwartej przestrzeni. Pierwszy transport przybył 17 marca 1942 roku z Lublina. W ciągu dziesięciu miesięcy zamordowano około 434 500 ludzi, uśmiercając ich gazem w komorach gazowych. Ich ciała trafiały do dołów – było ich 33 – a do grudnia ziemia zaczęła się poruszać. Gazy wydzielające się z setek tysięcy rozkładających się ciał torowały sobie drogę ku powierzchni, a ziemia wybrzuszała się i pękała. Niemcy wydobyli więc zwłoki, układali je na rusztach z szyn kolejowych, polewali benzyną i palili, dniem i nocą, od grudnia do końca marca. Popiół zgarniano łopatami z powrotem do dołów. Potem zaorali teren i założyli gospodarstwo rolne, tak że kiedy w 1945 roku przybyła polska komisja, zastała pole. Dwóch więźniów przeżyło, aby złożyć świadectwo. Dokumentacja historii Bełżca opiera się na zeznaniach dwóch ludzi i telegramach samych Niemców.
Miejsce pamięci, otwarte w 2004 roku, to pole czarnego żużla odlewniczego, ukształtowane tak, by przypominało świeżo przekopaną ziemię, na której nic nie rośnie. Żużel chrzęści pod butami i jest ciepły. To nowa wersja pomnika odsłoniętego w 1963 roku. Przy tamtym – jak powiedział mi później Walter – można było nabrać garść ziemi i znaleźć w dłoni fragmenty popiołu i kości.
W nowym miejscu pamięci ścieżka przecina teren grobów i stopniowo opada, aż ściany wznoszą się ponad głową, a niebo staje się wąskim pasem. W miarę jak ściany rosły, mój oddech stawał się coraz płytszy. Kiedy nią schodziłem, nie wiedziałem, że Walter w 2004 roku wystąpił przeciwko niej na łamach „The New York Times”. Pisał, że wykop stanowi naruszenie grobów; podczas prac ziemnych poruszono popioły i kości, a miejsce pochówku się odwiedza, nie wchodzi się w jego głąb. Kiedy przyjeżdża do Bełżca – wyjaśniał – nie schodzi do środka; pozostaje na zewnątrz i odmawia kadisz. Przeczytałem ten tekst po powrocie do domu. Następnym razem, gdy tam pojadę, stanę tam, gdzie staje on.
Ścieżka kończy się wnęką z szarego granitu, na którym wyryto wyłącznie imiona, ponieważ w przypadku większości zamordowanych w Bełżcu imię jest wszystkim, co po nich pozostało. Odmówiłem tam kadisz, po raz trzeci w ciągu trzech dni: za zmarłych z Bełżca. Za zmarłych z Rzeszowa i Kolbuszowej. Za wujów, ciotki i kuzynów Waltera oraz za babcię, która – jak sądzi – tam spoczywa.
Potem wracaliśmy wzdłuż bocznych ścian, na których w granicie wyryto nazwy miast. Lublin, Lwów, Rzeszów – miasto ojca Waltera – a potem Kolbuszowa, miasto jego matki.
Wróciliśmy do biura. Na biurku leżała strona z księgi gości. Kiedy byliśmy na terenie obozu, ktoś rozerwał stronę na pół, tak że pierwsze słowo znalazło się na jednym pasku papieru, a drugie na drugim. Zapytałem, czy mogę ją zabrać; dokument rozerwany na pół nadal pozostaje dokumentem. Dali mi oba kawałki.
Zapytałem przewodniczkę, czy do Bełżca przyjeżdżają kiedykolwiek Arabowie lub muzułmanie. Powiedziała, że z Niemiec przyjeżdżają czasem tureckie dzieci z niemieckimi paszportami. Z krajów arabskich prawie nigdy – a jeśli już przyjeżdżają, to jej zdaniem są Żydami. Powiedziałem jej, że mam nadzieję, iż pewnego dnia w Iraku powstanie muzeum Holokaustu, choć nie sądzę, by stało się to w ciągu najbliższych stu lat.
Powiedziałem jej również, że jesienią 1942 roku, w tych samych miesiącach, kiedy tutaj wyładowywano z pociągów Żydów, w Mosulu, znajdującym się wówczas pod brytyjskim panowaniem, stacjonowała północna dywizja Wojska Polskiego. Wśród jej żołnierzy byli polscy Żydzi. Maurice Nabi, Żyd z Mosulu, którego świadectwo nagrałem przed laty, opowiedział mi, że polscy żołnierze żydowskiego pochodzenia przychodzili modlić się razem z miejscową społecznością, a kiedy tłumy mieszkańców miasta ruszały przeciwko Żydom z Mosulu, żołnierze stawali między nimi.
W tym samym czasie, kiedy polskich Żydów palono na tym polu, inni polscy Żydzi stali na straży bezpieczeństwa Żydów z mojego miasta.
Pojechałem do Polski, żeby zobaczyć, co znaczy „wracajcie do Polski” w miejscach, do których te słowa odsyłają. Ludzie, którzy je wykrzykują, nigdy nie musieli szukać odpowiedzi na to pytanie. W Bełżcu oznaczają popiół.
Dlatego do demonstrantów, którzy je wypowiadali, i do tych, którzy wypowiedzą je ponownie, kieruję zaproszenie: przyjedźcie. Nie do Auschwitz, dokąd jeździ cały świat, lecz do Bełżca. Spotkam się tam z wami.
W 2024 roku Anti-Defamation League odnotowała 1694 incydenty antysemickie na amerykańskich kampusach uniwersyteckich, o 84 procent więcej niż rok wcześniej. Na moim własnym uniwersytecie podczas protestu pojawił się transparent z napisem „The Final Solution” – „Ostateczne rozwiązanie”. Nie domagam się od żadnego uniwersytetu, by karał za wypowiadanie określonych słów; studenci powinni jednak wiedzieć, co te słowa oznaczają.
To, co słyszałem w Polsce, było jednym zdaniem przybierającym wiele postaci. Barman w Warszawie, który mówił, że niewdzięczni Żydzi nadal oskarżają Polaków o ich mordowanie, choć to Polacy ich ratowali. Grzegorz Braun, poseł do Parlamentu Europejskiego, który w ubiegłym roku powiedział, że komory gazowe w Auschwitz były fikcją, a w polskich wyborach prezydenckich zajął czwarte miejsce. „Chwała Hitlerowi” i „Wolna Palestyna”, oddzielone zaledwie kilkoma stronami księgi gości tuż obok obozu zagłady.
W każdym z tych przypadków Żyd przestaje być ofiarą, a staje się oskarżonym. Żydowi, który cierpiał wczoraj, nadaje się na dziś nową tożsamość: komunista w 1968 roku, później syjonista, teraz ciemiężyciel. Kiedy nowa tożsamość zostanie już ustanowiona, nie trzeba zaprzeczać istnieniu obozów, aby odczuwać wrogość. Można przyznać, że istniały, i mimo to nadal żywić nienawiść, ponieważ kieruje się ją nie przeciwko temu, kim Żyd był, lecz przeciwko temu, kim rzekomo się stał.
Całe życie poświęciłem jednemu pytaniu: co miasto robi ze swoimi zmarłymi?
Wygnanie Żydów z Mosulu rozpoczęło się według schematu, który Europa już znała: listy, litera malowana na drzwiach, podatek, konfiskata, ciężarówki. Cel podróży był inny, ale gramatyka wykluczenia pozostawała taka sama. Miasto, którego mieszkańców nigdy nie nauczono, jak wygląda ta sekwencja wydarzeń, nie rozpoznaje jej, kiedy zaczyna się na nowo. Ja ją rozpoznałem, ponieważ czytałem europejskie świadectwa. Moi sąsiedzi nie potrafili, ponieważ nikt nie dał im takiej możliwości.
Jeśli chodzi o Holokaust, mój postulat wobec państw arabskich jest bardzo prosty: finansujcie badania; wprowadźcie tę historię do programów nauczania; sfinansujcie muzeum i archiwum w języku arabskim; tłumaczcie świadectwa. Potem pozostawcie pisanie historii historykom, a władzę państwową wykorzystujcie tylko w jednym celu: aby nauczyciel, kustosz i archiwista, którzy podejmą się pracy nad tym tematem, nie pozostali bez ochrony, gdy spotkają się z oskarżeniami o zdradę.
Wiem, że jest to możliwe, ponieważ już się zaczęło. Maroko od lat buduje partnerstwa na rzecz edukacji o Holokauście, a w marcu tego roku spotkali się tam pedagodzy z kilku krajów arabskich, aby omówić, jak można nauczać tej historii w całym regionie. Zjednoczone Emiraty Arabskie ogłosiły w 2023 roku wprowadzenie edukacji o Holokauście do swoich szkół.
Nieuchronnie pojawi się zarzut, że państwo, które naucza o Holokauście, robi to w ramach przysługi dla Izraela. Istnieje jednak sposób podejścia do tej historii, którego nikt w świecie arabskim nie może nazwać normalizacją stosunków, ponieważ jest to nasza własna historia.
Farhud, pogrom z czerwca 1941 roku, podczas którego iraccy nacjonaliści zamordowali setki bagdadzkich Żydów, jest przede wszystkim historią Iraku. Podobnie jak ustawa z 1950 roku, która pozbawiała Żydów obywatelstwa, jeśli decydowali się na emigrację z Iraku, w praktyce kończąc ich 2500-letnią historię w tym regionie. Tak samo jak historia Żydów z Mosulu, którzy jesienią 1942 roku modlili się razem z polskimi żołnierzami.
Ich dzieci i wnuki mieszkają dziś w większości w Izraelu, ale to nie oznacza, że ta historia przestaje należeć do nas. Żydzi z Iraku są naszymi własnymi zmarłymi.
W którymś z krajów arabskich powstanie muzeum Holokaustu. Nie wiem, w którym roku, ale wiem, dla kogo będzie przeznaczone. Dla następnego Dalera – aby muzułmanin nie mógł już mieszkać przez siedem lat obok jednego z takich pól i dopiero przypadkiem dowiadywać się, co kryje się pod jego powierzchnią.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com
Whatever the number [of nuclear weapons], everyone agrees that the Chinese regime is rapidly building its arsenal.
[The risks] are especially real because China has almost certainly detonated fissile material secretly—and then sought to deceive the international community.
Beijing says it stopped testing nuclear weapons in 1996, but it has almost certainly been conducting secret detonations.
“After consultations with Director [John] Ratcliffe and his team, they have confirmed to me that the CIA assesses that both Russia and China have conducted super-critical nuclear weapons tests in excess of the U.S. zero-yield standard.” — US Senator Tom Cotton, Chair of the Senate Intelligence Committee, X, November 3, 2025.
Until China comes clean on its detonations of fissile material, there is no point in talking. Beijing is brazenly lying and therefore refusing to engage with America in good faith.
China’s proposal to the Trump administration of reciprocal visits to nuclear sites looks suspect, and talks should not proceed until Beijing is ready to engage the United States meaningfully. Pictured: An entrance gate at Los Alamos National Lab Technical Area 18, photographed on June 14, 1999, in New Mexico. (Photo by Joe Raedle/Getty Images)
China’s officials this year proposed to the Trump administration reciprocal visits to nuclear sites.
Specifically, the Chinese discussed visits to U.S. Department of Energy national labs. The U.S., a source told CNN, “would be open to discussing visits to nuclear testing sites.”
Unfortunately, China’s initiative looks suspect, and talks should not proceed until Beijing is ready to engage the United States meaningfully.
Washington has already begun “informal and preliminary” discussions with Beijing. President Donald Trump and Xi Jinping reportedly did not discuss the visits during their talks in Washington last month, but “further lower-level discussions” are expected before the two leaders meet again next month on the sidelines of the Asia-Pacific Economic Cooperation summit in China’s Shenzhen.
China’s proposal raised hopes in American policy circles for a broader agreement with Beijing about these weapons. As CNN reported, “The concept of allowing nuclear site visits could move the needle on the U.S. efforts to engage China on issues related to strategic stability and potentially serve as a building block for a trilateral agreement.”
A “trilateral agreement” — a deal among the U.S., China, and Russia — was a goal of the first Trump administration and remains a goal to this day. Trump on October 19 publicly said a meeting among the three countries would be “a very positive thing for the world.” He also hinted that such a meeting would occur next month in China.
China, at least up to this year, has also refused to discuss transparency measures and has never publicly confirmed the number of its weapons.
Beijing’s secrecy has forced others to guess the size of its arsenal. The Pentagon in a November 2022 report forecast that China would quadruple nukes from about 400 then to 1,500 by 2035.
The 2035 estimate looks far too low. Whatever the number, everyone agrees that the Chinese regime is rapidly building its arsenal. As Adm. Charles Richard, then commander of U.S. Strategic Command, said in 2021, “We are witnessing a strategic breakout by China.”
“I don’t think I’ve seen anything more disturbing in my career than the Chinese ongoing expansion of their nuclear force,” said then Secretary of the Air Force Frank Kendall in House testimony in March 2023.
“China is expanding its nuclear arsenal faster than any other country,” the Stockholm International Peace Research Institute reported this June.
The Chinese regime appears no longer content with a “minimal deterrent” — an arsenal only big enough to prevent an attack. With its rapid build-up, it is developing a “war-fighting” capability. With such a capability, threats to launch first strikes would be credible and Beijing would be able to intimidate adversaries. The ability to annihilate the United States could convince Washington not to defend, for instance, Taiwan. China has made these threats both in the last century and this one.
Is an agreement with China a good idea? “There is a near total lack of transparency in China’s nuclear forces,” noted Peter Huessy of the National Institute for Deterrence Studies and the Gold Institute for International Strategy in comments to Gatestone this month. “If the Trump administration can make progress here, that will help America’s security.”
Almost everybody would also like to see progress with China limiting nukes. “This is a very dangerous time, and there are very few guardrails in place on the U.S.-China nuclear relationship,” Paul Dean, a former acting assistant secretary of state overseeing arms control, told CNN. “We don’t need to wait for a crisis to start reducing nuclear risks.”
As Dean, now at the Nuclear Threat Initiative, said, “the risks are very real right now.”
They are especially real because China has almost certainly detonated fissile material secretly— and then sought to deceive the international community.
Beijing says it stopped testing nuclear weapons in 1996, but it has almost certainly been conducting secret detonations.
“Commercial surveillance satellites between 2020 and 2024 observed China dramatically expanding its nuclear weapons testing site at Lop Nur, to include the apparent drilling of new tunnels for the testing of nuclear devices underground,” Richard Fisher of the International Assessment and Strategy Center told this author in late 2025. “In addition to preparing to resume underground nuclear testing, it is also very likely that China has proceeded with ‘sub critical’ nuclear testing and the testing of components of nuclear weapons that included fissile material that produced very low-yield explosions.”
Fisher is not the only analyst who thinks the Chinese have been surreptitiously setting off nuclear devices. Huessy also assesses that both Russia and China have been conducting tests with fissile material for decades.
The U.S. intelligence community concurs. “After consultations with Director Ratcliffe and his team, they have confirmed to me that the CIA assesses that both Russia and China have conducted super-critical nuclear weapons tests in excess of the U.S. zero-yield standard,” Tom Cotton, chair of the Senate Intelligence Committee, stated in comments posted on X in November 2025.
Christopher Yeaw, U.S. assistant secretary of state for Arms Control and Nonproliferation, in a speech in June stated that there was “undeniable evidence” of Chinese yield-producing tests and that China has been “obfuscating nuclear explosions.” He said that perhaps in the future China will be testing fissile material in the 100-kiloton range. The Trump administration reports that China detonated fissile material on June 22, 2020 at Lop Nor.
The U.S. charges that China used the “decoupling” technique — detonating a device in an underground chamber instead of solid rock — to disguise and muffle an explosion of fissile material. The U.S. National Nuclear Security Administration conducted a decoupling test to mimic the Chinese effort.
There is concern that, in light of the Chinese deception, Beijing’s proposed reciprocal visits are little more than a public relations ploy.
As CNN reported, “skeptics noted that the Chinese may have floated the idea in an effort to create a positive atmosphere or to appear serious on the topic of nuclear arsenals.” The skeptics include U.S. officials.
Until China comes clean on its detonations of fissile material, there is no point in talking. Beijing is brazenly lying and therefore refusing to engage with America in good faith.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres: webmaster@reunion68.com