Senat nie zgodził się na powołanie dr. Mateusza Szpytmy na stanowisko prezesa IPN

Warszawa, 6.08.2026. Wiceprezes Instytutu Pamięci Narodwej Mateusz Szpytma w Senacie w Warszawie. Fot. PAP/Leszek Szymański


Senat nie zgodził się na powołanie dr. Mateusza Szpytmy na stanowisko prezesa IPN

ksi/ miś/


Senat nie zgodził się w czwartek na powołanie dr. Mateusza Szpytmy na stanowisko prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. W głosowaniu poparło go 38 senatorów, 50 było przeciw, 1 senator wstrzymał się od głosu. Oznacza to, że procedura związana z konkursem na prezesa IPN rozpocznie się od nowa.

To drugie podejście parlamentu do obsadzenia wakatu po Karolu Nawrockim, który w sierpniu ubiegłego roku objął urząd prezydenta. Poprzednia próba zakończyła się niepowodzeniem w listopadzie, kiedy Sejm odrzucił kandydaturę dr. hab. Karola Polejowskiego.

Zgodnie z ustawą o Instytucie Pamięci Narodowej prezesa IPN powołuje i odwołuje Sejm zwykłą większością głosów, za zgodą Senatu, na wniosek Kolegium IPN, które zgłasza kandydata spoza swojego grona. Kadencja prezesa trwa pięć lat.

17 lipca Sejm głosował nad powołaniem dr. Mateusza Szpytmę na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Kandydata rekomendowanego przez Kolegium IPN poparły wówczas kluby PiS, Konfederacji, a także PSL. Przeciw zaś były Koalicja Obywatelska i Lewica. W czwartek w izbie wyższej za kandydaturą Szpytmy zagłosowało 38 senatorów, 50 było przeciw, 1 senator wstrzymał się od głosu. Oznacza to, że procedura związana z konkursem na prezesa IPN rozpocznie się od nowa. Nie zamyka to drogi Szpytmie do ponownego wzięcia udziału w konkursie.

– Nie jestem człowiekiem, który – gdybym został prezesem – będzie robił rewolucję w Instytucie Pamięci Narodowej. Jestem człowiekiem, który woli ewolucję, woli drobnymi krokami zmieniać instytucję – zapewnił w czwartek w Senacie podczas debaty nad swoją kandydaturą Szpytma.

Senator KO Sławomir Rybicki mówił, że kandydatura dr. Szpytmy budzi u niego głębokie wątpliwości. – Trudno bowiem uznać ją za zapowiedź nowego otwarcia, skoro istnieje ryzyko, graniczące z pewnością, kontynuacji polityki prowadzonej przez ostatnią dekadę. Wbrew kreowanemu wizerunkowi osoby apolitycznej i stojącej ponad podziałami pan Mateusz Szpytma od lat należy do ścisłego kierownictwa Instytutu i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli modelu zarządzania IPN-em, który doprowadził do głębokiego kryzysu tej instytucji – zaznaczył.

Wskazał także, że „Polska potrzebuje dziś Instytutu Pamięci Narodowej, który odzyska autorytet wynikający z niezależności, profesjonalizmu, bezkompromisowego szacunku dla prawdy”. – Instytutu, który znowu będzie służył całemu państwu i wszystkim obywatelom, a nie pozostanie narzędziem politycznym w jednej formacji politycznej – dodał.

Poparcie dla kandydatury Szpytmy wyraził Waldemar Pawlak. – W imieniu senatorów PSL przedstawiam pozytywną opinię i informuję Senat, że będziemy głosowali za powołaniem Mateusza Szpytmy na prezesa IPN – zadeklarował.

Ocenił, że jest to „kandydatura zbliżona do kompromisu, która pozwalałaby na pewną ewolucję całej instytucji, ewolucję w kierunku umiarkowanego i naukowego, uczciwego podejścia do naszej historii”.

– Jeżeli kandydatura nie zostanie przyjęta, trudno prorokować, jak dalej będzie postępowało Kolegium IPN, ale nie sądzę, żeby szukało kandydata, który będzie zupełnie nieodpowiadający poglądom członków kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. (…) Biorąc pod uwagę stronę polityczną, wydaje się, że warto się nad tą kandydaturą spokojnie i rozważnie zastanowić – dodał.

Mateusz Szpytma z Instytutem Pamięci Narodowej związany jest od 2000 r. Stanowisko wiceprezesa objął dziesięć lat temu, gdy na czele instytutu stanął Jarosław Szarek. Wcześniej był ekspertem w Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie, asystentem i wicedyrektorem sekretariatu prezesa Janusza Kurtyki. W latach 2015-2016 kierował Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej.

Sprawie ratowania Żydów przez Polaków podczas okupacji niemieckiej poświęcił kilka publikacji naukowych. Pisał też o historii polskiego ruchu ludowego po II wojnie światowej. Jeszcze podczas studiów (historia i nauki polityczne na Uniwersytecie Jagiellońskim) był uczestnikiem i współorganizatorem wypraw do Ukrainy, w trakcie których przeprowadzano inwentaryzację inskrypcji i herbów (m.in. w kościołach, pałacach i na pomnikach) wykonanych przed 1945 r.).

Rekomendowany przez Kolegium IPN na prezesa tej instytucji został 14 kwietnia. Pod koniec tego miesiąca ponad 170 historyków – m.in. dr hab. Dariusz Libionka, prof. Barbara Engelking, prof. Andrzej Friszke, prof. Antoni Dudek, prof. Paweł Machcewicz, prof. Marcin Kula, prof. Andrzej Leder, dr hab. Marcin Zaremba – podpisało się pod apelem do parlamentarzystów, by nie popierali Szpytmy na stanowisko prezesa IPN, bo ponosi on współodpowiedzialność za „skrajne upolitycznienie” IPN w ostatnich latach.

Stanowisko prezesa IPN jest nieobsadzone od sierpnia 2025 r., gdy pełniący tę funkcję od 2021 r. Karol Nawrocki został prezydentem RP. W listopadzie ub. roku Sejm nie dokonał wyboru rekomendowanego przez Kolegium IPN wiceprezesa Karola Polejowskiego, który kieruje obecnie pracami Instytutu.

Z powodu niewybrania przez parlament nowego prezesa IPN musi się odbyć nowy konkurs na to stanowisko. Od jego ogłoszenia będzie 30 dni na zgłoszenie kandydatur. Potem odbędzie się publiczne przesłuchanie kandydatów, którzy spełnili wymogi formalne. Spośród nich Kolegium IPN wybierze w tajnym głosowaniu osobę rekomendowaną parlamentowi.

Od 2023 r. w Kolegium IPN zasiadają: prof. dr hab. Andrzej Nowak, Bronisław Wildstein (wybrani przez Prezydenta RP), prof. dr hab. Jan Draus, prof. dr hab. Wojciech Polak (przewodniczący), dr hab. Mieczysław Ryba, prof. dr hab. Tadeusz Wolsza, Krzysztof Wyszkowski (wybrani przez Sejm RP), dr Bartosz Machalica, prof. dr hab. Grzegorz Motyka (wybrani przez Senat RP). Zgodnie z ustawą kadencja Kolegium IPN trwa siedem lat. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


El-Sayed, the Democrats, AIPAC and the war on American Jews


El-Sayed, the Democrats, AIPAC and the war on American Jews

Jonathan S. Tobin


The Michigan primary was a referendum on the Jewish presence in the public square. The consequences of normalizing his antisemitism will impact much more than the pro-Israel group.

Michigan Democratic Senate primary winner Dr. Abdul El-Sayed arrives with his wife, Sarah Jukaku, at a press conference in front of the Spirit of Detroit statue in Detroit on Aug. 5, 2026. He faces former Republican Rep. Mike Rogers in November. Photo by Finn Gomez/Getty Images.

It would be difficult to underestimate the impact of Dr. Abdul El-Sayed on American politics. His victory in the Michigan Senate Democratic primary over Rep. Haley Stevens (D-Mich.) has inspired endless commentary and analysis about the sources of his personal appeal, the shortcomings of his opponent, the state of the electorate and the failures of pollsters to come even close to predicting the results. And it won’t be until we see how he fares against his Republican opponent, former Rep. Mike Rogers, in the general election, that we will have a better idea of how most Americans—and not just Democratic primary voters—feel about his beliefs.

But there should be no mistaking one thing: Democrats have given a person whose most important issue was demonizing Jewish participation in American politics a narrow plurality. By rallying around him and unifying behind his candidacy, as the defeated party establishment has already done, they are normalizing a hateful position against a segment of citizenry. They are declaring that politics driven by traditional tropes of antisemitism and money is not merely debatable, but a stand they can all get behind if it means winning a majority in the U.S. Senate.

Anti-Zionism is antisemitism

Like other public antisemites on the left and right, the 41-year-old El-Sayed has declared his love of the Jewish people and his “commitment to Jewish safety” after winning the primary by less than one percentage point—about 15,000 votes out of more than 1.5 million. Similar sentiments have been heard before by Democrats associated with the progressive “Squad” in the U.S. House of Representatives, like fellow Michigander Rashida Tlaib and Rep. Ilhan Omar (D-Minn.). New York City Mayor Zohran Mamdani has also attempted to deflect justified charges of antisemitism. All of them, like El-Sayed’s pledges, are equally insincere.

He and other left-wing opponents of Israel claim that they are merely “criticizing” Israel’s current government and expressing sympathy for Palestinian Arabs in the Gaza Strip. They also say that by attacking the pro-Israel lobby AIPAC, they are merely decrying the influence of money in American politics and seeking to prevent special interests or a foreign country from attempting to “buy” Congress.

But these excuses aren’t merely deceptive. They are a flimsy cover for stands that seek not so much to put AIPAC in its place as to remove Jews from the American public square—other than those who join with Jew-haters to try to demonize a key aspect of Jewish identity and faith.

They do not “criticize” Israel as much as they wish to delegitimize the existence of the one Jewish state on the planet. They want to strip it of its rights and ability to defend itself against an international movement that seeks its destruction.

Their opposition to an “ethno-state” is limited only to the Jewish one and indifferent to the dozens that are Muslim. Their desire to rid the electoral system of the influence of campaign spending is limited to those individuals and entities that organize support for Israel. They have no problem with the people, organizations or interests supporting those who back Islamists. They claim that American citizens who back their country’s Israeli ally are malign actors working on behalf of foreign influence. Yet they see nothing wrong with the infinitely greater resources being spent in the United States by Islamist nations like Qatar to spread and normalize Jew-hatred.

They aim to drive AIPAC out of American politics, and yet, they take money, as El-Sayed did, from those affiliated with the Council on American-Islamic Relations (CAIR), a group not merely openly antisemitic but founded as a front for Hamas. And they seek to isolate and silence those who point to the growing influence of the Muslim Brotherhood, which is linked to CAIR.

All of this illustrates that the anti-Zionism that drives the efforts of a growing cadre of Muslim politicians such as El-Sayed is indistinguishable from a hatred of Jews. El-Sayed explicitly seeks to redefine Judaism and eliminate one of its key elements—love of the land of Israel and its centrality in Jewish life—to clear himself of justified charges of antisemitism.

Democrats keep shifting left

In the last decade since progressives began an effort to wrest control of the Democrats from its establishment after their presidential candidate, Hillary Clinton, was defeated by President Donald Trump, a wave of left-wing candidates have sought to transform the party.

It began not just with the election of the four charter members of the left-wing congressional “Squad” in 2018, but with the refusal of the party establishment to isolate or condemn Tlaib and Omar when they initially engaged in open antisemitism. Then-House Speaker Nancy Pelosi didn’t just prevent the censure of Omar for her now-infamous antisemitic tweet stating, “It’s all about the Benjamins, baby,” referencing money and the lobbying group AIPAC, and analogizing Israel to the Taliban.

In fact, Pelosi went on to pose with them for the cover of Rolling Stone magazine to show that she and Democrats embraced what they rightly saw as politicians who spoke for their party’s base, which were not merely open to socialism but also hated Israel and were hostile to Jews. They were also afraid of being accused of Islamophobia, which in practice in the 21st century isn’t hatred for Islam but a willingness to notice Muslim Jew-hatred.

What matters about those events is that set of choices has informed and explained Democratic Party politics in the years since then.

That’s why in the aftermath of the Hamas-led Palestinian-Arab assault in southern Israel on Oct. 7, 2023, the reaction from so many Democrats has been to turn on the Jewish state. Many Democrats believe that former Vice President Kamala Harris was defeated by Trump in 2024 because she and former President Joe Biden were insufficiently hostile to Israel, despite their hamstringing of the Jewish state’s post-Oct. 7 war effort and slow-walking of arms deliveries.

And it is why the Democratic caucuses in both the House of Representatives and the Senate are now on record as supporting an embargo on aid to Israel, including defensive weapons like the Iron Dome anti-missile system.

Accepting blood libels

They defend this as a reaction to what they claim is the brutality of Israel, but what they are really telling us is something else. They are making clear that the majority of their officeholders, party cadres, liberal mainstream media allies, and academic and cultural thought leaders have accepted the toxic left-wing ideologies that define Jews and Israel as “white” oppressors. This belief that they are always in the wrong, no matter what they do, and that those who wish to destroy the Jewish state are oppressed minorities always in the right is at the heart of the surge of antisemitism since Oct. 7.

That is how blood libels and other fabricated propaganda about Israel committing “genocide” in Gaza, deliberately starving Palestinians or dragging (and even blackmailing) the Trump administration to go to war against Iran have become not so much widely believed on the political left but viewed as unquestionably true.

That is the political eco-system that made possible the rise of someone like El-Sayed. Without it, it would have been unthinkable for a candidate to win a major party nomination for the U.S. Senate via a campaign that was largely based on the idea that the most important challenge facing the American people is the existence of a lobbying group that seeks to promote support for Israel. The fact that AIPAC’s reach and resources are dwarfed by other lobbying groups that represent major industries and that it spends less than leftist mega-donors, like the family of George Soros, on candidates who, among other causes, oppose Israel is dismissed. El-Sayed’s campaign is driven by anti-Jewish bigotry, not concern about campaign finance laws.

Yet beyond the specifics of the efforts to maliciously and falsely portray AIPAC as a sinister group manipulating the system against U.S. interests, there is something more at stake in this debate. Those who single out AIPAC and have shockingly buffaloed most Democrats into saying they won’t take contributions from it or its members are seeking to drive Jews out of the American public square.

Just as bad, Democrats who still claim to support Israel and who don’t condemn AIPAC, like Senate Minority Leader Chuck Schumer (D-N.Y.) and Sen. Kirsten Gillibrand (D-N.Y.), endorsed El-Sayed after the primary. For them, partisanship is more important than opposing antisemitism. That same mindset caused Senate Democrats to boycott a hearing chaired by Sen. Ted Cruz (R-Texas) on the growing influence of the Muslim Brotherhood in the United States and elsewhere.

It is entirely true that part of El-Sayed’s appeal is linked to a hunger for populism and a rejection of failed political establishments across the political spectrum. He is also profiting from the lack of historical memory among so many Americans who are willing to fall for the siren call of far-left economics that he promotes (despite the wealthy health professional’s declaration that he is not a socialist).

His charisma and political skills, and, by contrast, Stevens’s dull political persona, also played a role in the outcome. Though she was a genuine moderate, her ability to marginalize him and fend off his claims that she was the candidate of a “foreign” lobby was also undermined by her fear of alienating anti-Israel and antisemitic sentiment in a party where both were already normalized. Her reflexive criticism of Israel and willingness to acquiesce to the demonization of Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu—a now-standard trope of pro-Israel Democrats—also made it difficult to point out that El-Sayed’s positions were as immoral and prejudicial as they were wrongheaded.

Yet even supporters of El-Sayed, like Michelle Goldberg, The New York Times’ anti-Zionist columnist, noted his megalomaniacal tendencies, so typical of hate-mongers, which cause him to believe that those who oppose him can’t be sincere.

A test for 2028

The existence of a large Arab and Muslim-American population in Michigan—and the ubiquity of anti-Jewish prejudice in that particular community—was another factor, though one that hasn’t been replicated in U.S. politics, except in certain circumstances, as Mamdani’s victory in New York City showed.

Still, El-Sayed’s support was largely limited to white privileged voters, along with his Arab and Muslim base. The credentialed elites are the base of the Democratic Party these days, not the working-class voters it once represented and now largely scorns. He did poorly among African-Americans, who are a vital constituency for Democrats. As much as Jews and blacks have split on many issues, convincing African-Americans to buy into the idea that a pro-Israel lobby was the country’s greatest problem was a tough sell.

Nevertheless, the consequences of a campaign that normalizes El-Sayed’s vile tactics will be felt throughout the political system and American discourse.

It remains to be seen whether Rogers will be more effective in pointing out El-Sayed’s extremism. It will also be interesting to see if African-Americans turn out for a candidate with little to say to them in the numbers Democrats need to prevail.

Much attention will also focus on Michigan’s Jewish community, mainly in and around Detroit, which makes up only 1.4% of the state’s electorate. It is still overwhelmingly politically liberal and loyally votes the Democratic ticket. If a significant minority reflexively votes for the Democratic candidate, as was the case with Mamdani in the 2025 New York City mayoral election, regardless of El-Sayed’s contempt for Jewish interests and rights, it will be a sign of the moral collapse of liberal Jewry.

It should be remembered that in March, a domestic terrorist, Ayman Mohamed Ghazali, crashed his pickup truck—loaded with gasoline and commercial fireworks—into Temple Israel, a large Reform synagogue in West Bloomfield Township, Mich. Fortunately, no one was hurt except for the attacker himself, who was shot and killed by law enforcement. El-Sayed rationalized that crime by saying it was understandable since the terrorist was upset about the death of his brother, a Hezbollah commander in Lebanon, who was killed as a result of Israel’s efforts to prevent the Iranian proxy group from attacking their country.

If, rather than a test of the appeal of El-Sayed’s antisemitism, the election hinges on a verdict about the Trump administration, the Democrats may be able to carry their candidate over the finish line. If so, then the problem won’t be just the addition of an antisemite to the Senate. It will be a signal sent to his party as well as the still relatively small minority of Republicans that share his prejudices, that targeting Jews will be both acceptable and good politics in 2028.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Anti-Israel Progressive Apologizes for ‘Centering’ Antisemitism After Left-Wing Backlash


Anti-Israel Progressive Apologizes for ‘Centering’ Antisemitism After Left-Wing Backlash

Corey Walker


Melat Kiros, Democratic candidate for the U.S. House of Representatives from Colorado’s 1st Congressional District, meets with members of Washington, D.C.’s Ethiopian diaspora during an event at Punch Bowl Social in Arlington, Virginia, U.S., March 15, 2026. REUTERS/Elizabeth Frantz

Colorado Democratic congressional nominee Melat Kiros quickly walked back comments on Israel and antisemitism after receiving criticism from left-wing activists over comments she made during a nationally televised interview.

During an appearance on PBS’s Firing Line with Margaret Hoover, Kiros argued that progressive leaders should articulate an approach to the Israeli-Palestinian conflict that rejects antisemitism while presenting a broader vision for the region. She expressed concern that, in the absence of such leadership, extremist voices could exploit the issue for political gain. She lamented that commentators such as Tucker Carlson and Candace Owens are “pretending to care about Palestinian safety when really it’s just masking their overt hatred for Jewish people.”

She also stated that following the conclusion of her election, she has sought out conversations with the local Zionist Jewish community to understand their perspective. She also expressed openness to traveling to Israel, stating that a trip to the Jewish state could help open her mind.

“If we are not presenting our vision of what we believe in with our democratic values, that extends not to the Palestinian people but to the Israeli people and the Jewish people, you know, that land has a distinctly Jewish character, a distinctly Christian character, a distinctly Muslim character,” she said. “We, I think, are doing a disservice to the people of that region by not offering our progressive vision in a way that isn’t immediately swatted down as, you know, bigoted or antisemitism.”

Kiros, an attorney who defeated longtime Rep. Diana DeGette in Colorado’s Democratic primary with backing from the Democratic Socialists of America, has frequently been one of Israel’s most outspoken critics. She has previously accused Israel of apartheid and genocide while on the campaign trail.

Kiros drew further criticism for declining to characterize the 2025 Boulder attack targeting a march for Israeli hostages as antisemitic after being given multiple chances to condemn the incident.

During the June 2025 attack, the perpetrator, Mohamed Sabry Soliman, threw a Molotov Cocktail and other incendiary items at a group of Jews while shouting “Free Palestine.” The attack resulted in one fatality and a dozen physical and mental injuries. Investigators later revealed that Soliman left behind documents which read “Zionism is our enemies until Jerusalem is liberated and they are expelled from our land.”

Within a day of the interview, Kiros responded to criticism from pro-Palestinian activists and Al-Jazeera Journalist Sana Saeed on social media. Saeed, in particular, called her conciliatory tone “gross” and wrote that progressives running on a pro-Palestine platform should “know better.”

saying she had “fumbled” her remarks. She reiterated that her foreign-policy priorities remain focused on ending what she described as Israel’s occupation and rejected the argument that anti-Zionism should be equated with antisemitism. She also argued that Democrats have failed to lead on the issue, allowing both right-wing antisemites and pro-Israel advocacy groups to shape the public debate.

“To be clear, my foreign policy priority is ending Israel’s occupation, apartheid, and genocide in Palestine. I also reject the notion that anti-Zionism is antisemitism, and it’s important that we distinguish the two in order to combat actual antisemitism,” she wrote.

“I was being asked about rising antisemitism in this interview, and I was trying to say that my concern is while voters across the political spectrum wake up to Israel’s atrocities and our government’s complicity in it, the Democratic Party is failing to meet this moment,” she continued.

She then lamented focusing on antisemitism during the interview, writing that “a movement for liberation must center the Palestinians being oppressed, occupied, and systematically exterminated — and the islamophobia and anti-Palestinian racism used to justify genocide is too often ignored.”

Saeed, the reporter Kiros responded to, writes for the Qatar-funded Al-Jazeera news outlet. In the years following the Oct. 7 massacre, Saeed has repeatedly downplayed the prevalence of antisemitism in the US and has criticized progressives for talking about combatting antisemitism, arguing that such declarations fuel hatred against Palestinians and Arabs.

The rapid reversal underscored the political pressures facing progressive candidates navigating debates over Israel, particularly within activist circles where language surrounding Zionism, antisemitism, and the war in Gaza is intensely scrutinized. The episode also highlighted how social media activists police progressive lawmakers to stake out more hardline positions on the Israel-Palestine conflict.

Kiros has emerged as one of the Democratic Socialists of America’s highest-profile congressional nominees this cycle following her upset primary victory in one of Colorado’s safest Democratic districts. Her positions on Israel have drawn significant attention from both Jewish organizations and progressive activists, making the controversy surrounding her remarks one of the first major tests of her general-election campaign.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Norwich, 1144: Narodziny oskarżenia Żydów o mord rytualny

Jak mnich, konwertyta i miasto spragnione pielgrzymów stworzyli najbardziej trwałe antysemickie oszczerstwo


Norwich, 1144: Narodziny oskarżenia Żydów o mord rytualny

Pierre Rehov


Jak mnich, konwertyta i miasto spragnione pielgrzymów stworzyli najbardziej trwałe antysemickie oszczerstwo

25 marca 1144 roku, w Wielką Sobotę, przechodnie odnaleźli w lesie Thorpe na obrzeżach Norwich ciało około dwunastoletniego chłopca. Nazywał się William i był uczniem garbarza. Nikt nie wiedział, kto go zabił ani dlaczego. Zbrodnia nigdy nie została wyjaśniona: nikogo nie aresztowano, nie odbył się żaden proces, nikomu nie udowodniono winy. A jednak z tej lokalnej tragedii narodził się jeden z najbardziej zabójczych mitów w historii Europy – oskarżenie Żydów o mord rytualny, będące początkiem tego, co później nazwano „oszczerstwem o krwi”. Przez osiem stuleci – od Norwich po Damaszek i od Blois po Kijów – całe społeczności żydowskie płaciły życiem za bajkę zrodzoną w benedyktyńskim klasztorze w Norfolk.

Ciało bez sprawcy

Przypomnijmy fakty w takim zakresie, w jakim pozwalają ustalić je źródła.

William zaginął podczas Wielkiego Tygodnia 1144 roku. Jego ciało odnaleziono w lesie, nosiło ślady przemocy. Rodzina – zwłaszcza jego wuj Godwin Sturt, będący księdzem – natychmiast oskarżyła miejscowych Żydów, nie przedstawiając najmniejszego dowodu. Sprawę skierowano przed synod diecezjalny, czyli sąd kościelny, który nie miał ani kompetencji do prowadzenia postępowań karnych, ani uprawnień śledczych.

Reakcja władz królewskich mówi sama za siebie. Szeryf John de Chesney, przedstawiciel króla Stefana w Norwich, stanowczo odmówił wydania Żydów sądowi kościelnemu i objął ich ochroną na zamku. Żydzi w Anglii podlegali bezpośrednio Koronie. Gdyby istniał choćby najmniejszy poważny dowód przeciwko nim, władza królewska – która nie darzyła swoich poddanych szczególną sympatią, lecz zazdrośnie strzegła monopolu na wymierzanie sprawiedliwości – sama wszczęłaby postępowanie. Nie zrobiła tego. Nikogo nie postawiono przed sądem, nikogo nie skazano. Akta sprawy były puste – dosłownie – i takimi pozostały.

Przez sześć lat sprawa pozostawała w zapomnieniu. Williama pochowano bez większych ceremonii, a miasto wróciło do codziennego życia. Martwy chłopiec nie czynił cudów, nie przyciągał tłumów i nikogo szczególnie nie interesował. Dopiero pojawienie się przedsiębiorczego twórcy kultu religijnego zmieniło niewygodne zwłoki w cenny kapitał.

Tomasz z Monmouth – producent męczennika

Około 1150 roku do klasztoru przy katedrze w Norwich przybył walijski mnich Tomasz z Monmouth. Nigdy nie znał Williama, nie przebywał w Norwich w 1144 roku i niczego nie był świadkiem. To jednak on opisał całą historię.

Między około 1150 a 1173 rokiem napisał siedem ksiąg Żywota i męki świętego Williama, męczennika z Norwich – tekst, który stał się fundamentem kultu i, choć autor nie mógł tego przewidzieć, aktem narodzin jednego z najbardziej trwałych mitów kryminalnych w dziejach.

Jego metoda zasługuje na uwagę, ponieważ jest metodą każdego twórcy plotek.

Zebrał „świadectwa” spisane co najmniej sześć lat po wydarzeniach: wizje matki chłopca, która miała śnić o napadzie jeszcze przed jego dokonaniem; relację chrześcijańskiej służącej twierdzącej, że przez szczelinę w drzwiach zobaczyła Williama w żydowskim domu; plotki krążące po okolicy, wyniesione do rangi dowodów.

Na tej podstawie stworzył szczegółową i widowiskową opowieść. William miał zostać zwabiony do żydowskiego domu podczas Paschy, torturowany, ukoronowany cierniami i ukrzyżowany na wzór Męki Chrystusa.

Ani jeden materialny dowód nie potwierdzał tego scenariusza. Co więcej, przeczył on wszystkiemu, co wiadomo o judaizmie, którego prawo bezwzględnie zakazuje zarówno zabójstwa, jak i spożywania krwi.

Tomaszowi to nie przeszkadzało. Nie pisał śledztwa. Pisał hagiografię, a ten gatunek wymagał męczeństwa.

Teobald – konwertyta, który dostarczył teorię spisku

Tomaszowi brakowało jeszcze jednego elementu: motywu. Dlaczego Żydzi mieliby zabijać chrześcijańskie dziecko?

Tutaj pojawia się najbardziej zagadkowa postać całej historii – Teobald z Cambridge, Żyd, który przeszedł na chrześcijaństwo i został mnichem.

Tomasz przedstawia jego relację jako świadectwo człowieka znającego sprawę od środka. Według Teobalda Żydzi z całej Europy mieli co roku spotykać się w Narbonie, gdzie ich przywódcy losowali kraj, w którym zostanie złożone w ofierze chrześcijańskie dziecko. Coroczna ofiara miała być rzekomo warunkiem odzyskania przez nich własnej ziemi. W 1144 roku los miał paść na Anglię, a wybranym miejscem miało zostać Norwich.

W tej opowieści wszystko jest niewiarygodne. Tajny synod w Narbonie nigdy nie istniał. Żadne źródło żydowskie ani chrześcijańskie o nim nie wspomina. Sama idea przebłagalnych ofiar z ludzi stanowi całkowite odwrócenie zasad judaizmu rabinicznego.

Słowa konwertyty miały jednak ogromną siłę retoryczną. Był człowiekiem, który „należał do nich”, twierdził, że ujawnia tajemnice swojej dawnej wspólnoty, a jego nawrócenie miało być gwarancją szczerości.

Stało się to wzorem dla późniejszych oskarżeń. Od Mikołaja Donina w XIII wieku po „ekspertów” procesu Bejlisa w 1913 roku antyżydowskie oskarżenia regularnie opierały się na rzeczywistych lub domniemanych odstępcach – jedynych osobach zdolnych nadać fantazjom pozory wiarygodnego świadectwa.

Teobald był pierwszym z tego szeregu. Jego opowieść o międzynarodowym żydowskim spisku losującym ofiary z ukrytego centrum zawierała już w zalążku całą późniejszą mitologię spiskową, która siedem stuleci później osiągnęła kulminację w „Protokołach mędrców Syjonu”.

Przedsiębiorstwo męczeństwa

Pozostaje wyjaśnić, dlaczego Norwich tak chętnie przyjęło tę opowieść. Odpowiedź można zawrzeć w jednym słowie: interes.

Klasztor przy katedrze w Norwich był stosunkowo nową fundacją, powstałą pod koniec XI wieku. Nie posiadał prestiżowych relikwii w Anglii, gdzie kult świętych był dobrze prosperującą gałęzią gospodarki. Kilka mil dalej opactwo Bury St Edmunds czerpało znaczne korzyści z grobu króla-męczennika Edmunda, przyciągając pielgrzymów, datki i prestiż.

Lokalny święty oznaczał stały napływ pielgrzymów, ofiar składanych przy ołtarzu, wotów, relacji o cudownych uzdrowieniach oraz silniejszą pozycję wobec konkurencyjnych klasztorów.

William – miejscowy chłopiec zamordowany w Wielkim Tygodniu – był idealnym kandydatem, pod warunkiem że jego śmierć uda się przedstawić jako męczeństwo. A męczeństwo wymagało katów.

To, co wydarzyło się później, nie pozostawia wątpliwości.

Ciało Williama kilkakrotnie ekshumowano i przenoszono, za każdym razem bliżej serca katedry: z cmentarza klasztornego do kapitularza, a następnie do samego kościoła, w pobliże głównego ołtarza. Ta „droga nieruchomości” dokładnie odzwierciedlała rosnącą rangę jego kultu.

Biskup William de Turbe, jeden z nielicznych dostojników kościelnych, którzy od początku popierali oskarżenia, aktywnie wspierał całe przedsięwzięcie.

Tomasz z Monmouth skrupulatnie spisywał kolejne cuda. Charakterystyczne było to, że ich liczba rosła dokładnie wtedy, gdy wymagała tego promocja sanktuarium.

Warto dodać, że Rzym nigdy nie kanonizował Williama. Jego kult pozostał lokalny – tolerowany, lecz nigdy oficjalnie zatwierdzony.

Najważniejszy cel został jednak osiągnięty. Norwich zyskało własnego męczennika, a Żydów – którzy nikogo nie zabili – obsadzono w roli katów, ponieważ wymagała tego dramaturgia opowieści i interes klasztoru.

Niewinność potwierdzana punkt po punkcie

Trzeba to powiedzieć raz jeszcze z całą stanowczością, na jaką pozwalają fakty: Żydzi z Norwich nie byli niczemu winni.

Żadne śledztwo nigdy nie wykazało ich udziału w zbrodni. Żaden sąd – królewski ani jakikolwiek inny – nie uznał ich za winnych. Królewski szeryf objął ich ochroną właśnie dlatego, że nic ich nie obciążało.

„Dowody” Tomasza z Monmouth sprowadzają się do snów, zasłyszanych po latach pogłosek oraz fantastycznego wyznania konwertyty.

Współcześni historycy – poczynając od wiktoriańskich wydawców Żywota św. Williama, a kończąc na całym dorobku obecnej historiografii – są zgodni: 

żaden mord rytualny nigdy nie miał miejsca ani w Norwich, ani gdziekolwiek indziej.

Za każdym razem, gdy oskarżenia były poddawane rzetelnej weryfikacji – przez cesarza Fryderyka II po wydarzeniach we Fuldzie w 1235 roku, przez papieża Innocentego IV w 1247 roku, przez komisję osmańską i europejskie kancelarie po wydarzeniach w Damaszku w 1840 roku czy przez rosyjską ławę przysięgłych, która uniewinniła Mendla Bejlisa w 1913 roku – rozpadały się całkowicie.

Również papieże wielokrotnie potępiali to oszczerstwo.

Mimo to przetrwało każde obalenie, ponieważ nie opierało się na faktach, lecz na potrzebie znalezienia dogodnego winowajcy.

Zaraźliwa opowieść

Historia z Norwich nie pozostała lokalną ciekawostką. Dostarczyła gotowego scenariusza, który można było powielać wszędzie tam, gdzie znaleziono martwe dziecko i istniała społeczność żydowska.

W Gloucester wykorzystano go w 1168 roku, a w Bury St Edmunds w 1181 roku. Każde z tych miast zyskało własnego małego męczennika i własne miejsce pielgrzymkowe.

W 1171 roku, w Blois, oskarżenie przekroczyło nową granicę. Nawet bez odnalezienia ciała ponad trzydziestu Żydów spalono żywcem na podstawie pojedynczego zeznania. Była to pierwsza zbiorowa egzekucja oparta na micie narodzonym w Norwich.

W 1235 roku we Fuldzie w Niemczech do oskarżenia dodano motyw krwi – rzekomo zbieranej do celów rytualnych. W ten sposób ukształtowała się klasyczna postać „oszczerstwa o krwi”, pozostająca w oczywistej sprzeczności z najbardziej podstawowymi zakazami prawa żydowskiego dotyczącymi spożywania krwi.

W 1255 roku, w sprawie małego Hugona z Lincoln, po raz pierwszy wspólnikiem oszczerstwa stała się sama angielska Korona. Król Henryk III kazał stracić dziewiętnastu Żydów.

Od tego momentu oszczerstwo wędrowało przez kolejne stulecia – od Trydentu w 1475 roku, przez Damaszek w 1840 roku i Kijów w 1913 roku, aż po nazistowski tygodnik „Der Stürmer”, który w 1934 roku poświęcił mu specjalny ilustrowany numer.

Łańcuch tych wydarzeń jest ciągły i dobrze udokumentowany, a jego pierwsze ogniwo wykuł Tomasz z Monmouth.

1189–1190: Koronacja Ryszarda i prawdziwa krew

Czterdzieści pięć lat po wydarzeniach związanych z Williamem Anglia pokazała, do czego może doprowadzić pokolenie wychowane na takiej propagandzie.

3 września 1189 roku Ryszard Lwie Serce został koronowany w Westminsterze. Żydowscy dostojnicy, którzy – podobnie jak pozostali przedstawiciele stanów królestwa – przybyli złożyć nowemu królowi hołd i wręczyć dary, zostali odprawieni sprzed uczty koronacyjnej. Plotki zaczęły się rozprzestrzeniać, tłum ogarnęła furia i Londyn pogrążył się w pogromie. Podpalano domy, mordowano Żydów lub pod groźbą śmierci zmuszano ich do przyjęcia chrztu.

Ryszard, rozwścieczony tym, że do zamieszek doszło w dniu jego koronacji i że ofiarami padli ludzie znajdujący się pod jego królewską ochroną, ukarał sprawców jedynie połowicznie, po czym wyruszył na krucjatę.

Jego wyjazd otworzył drogę dalszej przemocy.

Na początku 1190 roku masakry rozprzestrzeniły się z miasta do miasta – King’s Lynn, Stamford i Bury St Edmunds.

6 lutego 1190 roku dotarły do samego Norwich. Żydów zastanych w domach zabito. Przeżyli jedynie ci, którym udało się schronić w zamku.

Miasto, które wymyśliło fikcyjne męczeństwo chrześcijańskiego chłopca, czterdzieści sześć lat później wydało prawdziwe żydowskie ofiary.

Kulminacja nastąpiła w Yorku 16 i 17 marca 1190 roku. Około stu pięćdziesięciu Żydów, oblężonych w wieży zamkowej, gdzie szukali królewskiej ochrony, odebrało sobie życie lub zostało zabitych po poddaniu się.

Jeden szczegół najlepiej pokazuje rzeczywiste motywy sprawców. Przywódcy pogromu, miejscowi możni poważnie zadłużeni u żydowskich pożyczkodawców, udali się prosto z miejsca masakry do katedry, aby spalić przechowywane tam dokumenty dłużne.

Także tutaj, za religijnym uzasadnieniem kryła się korzyść materialna.

Sto lat później, w 1290 roku, Edward I wypędził Żydów z Anglii. Było to pierwsze powszechne wygnanie Żydów z europejskiego królestwa.

Kraj, który stworzył oskarżenie o mord rytualny, jako pierwszy pozbył się całej swojej społeczności żydowskiej i pozostał bez niej przez ponad trzysta pięćdziesiąt lat.

Czego uczy Norwich

Historia Norwich nie jest średniowieczną ciekawostką.

Obnaża w najczystszej postaci mechanizm działania każdego zbiorowego oszczerstwa: rzeczywiste, lecz niewyjaśnione wydarzenie; ideologicznego przedsiębiorcę, który nadaje mu kształt i znaczenie; odstępcę dostarczającego fantazji pozorów wiarygodnego świadectwa; instytucję, która odnajduje korzyść w kłamstwie i wykorzystuje swój autorytet, by je uwiarygodnić; wreszcie tłumy, które po jednym lub dwóch pokoleniach przechodzą od opowieści do czynów.

Na każdym etapie byli ludzie, którzy wiedzieli – lub mogli wiedzieć – że cała historia jest fałszywa.

Wiedział o tym szeryf w 1144 roku.

Mówili o tym papieże.

Potwierdzały to sądy.

Mimo to oszczerstwo rozkwitało, ponieważ przynosiło korzyści: klasztorowi zapewniało pielgrzymów, dłużnikom uwolnienie od zobowiązań, a rozwścieczonym tłumom łatwy cel.

William z Norwich najprawdopodobniej padł ofiarą rzeczywistego przestępstwa.

Żydzi z Norwich, Yorku i Blois padli ofiarą kłamstwa.

Osiem stuleci po Tomaszu z Monmouth to kłamstwo nadal krąży w obiegu.

To wystarczający powód, by nadal rozbierać na części mechanizm jego powstania – krok po kroku.


Link do oryginału:

Pierre Rehov
Norwich, 1144: The Invention of the Jewish Ritual Murder
On 25 March 1144, Holy Saturday, passers-by discovered in Thorpe Wood, on the outskirts of Norwich, the body of a boy of about twelve. His name was William; he was apprenticed to a skinner in the town. No one knew who had killed him, or why. The crime would never be solved: no suspect was ever arrested, no trial was ever held, no guilt was ever established. And yet from this obscure local tragedy would emerge one of the most murderous inventions in European history: the accusation of ritual murder levelled against the Jews, the matrix of what posterity would call the blood libel. For eight centuries, from Norwich to Damascus and from Blois to Kiev, entire Jewish communities would pay with their lives for a fable born in a Benedictine priory in Norfolk…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Prezydent RP: niech pamięć o zagładzie Romów będzie przestrogą dla przyszłych pokoleń


Prezydent RP: niech pamięć o zagładzie Romów będzie przestrogą dla przyszłych pokoleń

szf/ miś/


Uroczystość przed Pomnikiem Zagłady Romów i Sinti podczas obchodów Dnia Pamięci o Zagładzie Sinti i Romów, w byłym niemieckim obozie zagłady Auschwitz II-Birkenau. Fot. PAP/Jarek Praszkiewicz

Niech pamięć o Porajmos (Zagładzie Romów – PAP) pozostanie przestrogą dla przyszłych pokoleń – napisał prezydent Karol Nawrocki w liście do uczestników niedzielnych obchodów 82. rocznicy likwidacji tzw. obozu cygańskiego w Birkenau, które odbyły się w tym miejscu pamięci.

W nocy z 2 na 3 sierpnia 1944 roku SS zgładziło wszystkich żyjących jeszcze w obozie Sinti i Romów: 4,3 tys. osób, w tym dzieci. W Polsce jest to Dzień Pamięci o Zagładzie Romów i Sinti. Parlament Europejski uznał go za Dzień Pamięci o Holocauście Europejskich Romów i Sinti.

„Pochylam głowę w hołdzie dla Romów i Sinti, którzy cierpieli i ginęli w tym okrutnym miejscu. Czynię to w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej i wszystkich moich rodaków. Jednocząc się z państwem w modlitwie za pomordowanych, pragnę raz jeszcze z całą mocą potępić zło, jakim są wszelkie odmiany nazizmu i szowinizmu. Ani współcześnie, ani w przyszłości w żadnej cywilizowanej społeczności nie może być miejsca na hasła, publikacje, wypowiedzi artystyczne ani tym bardziej organizacje szerzące nienawiść na tle etnicznym lub rasowym. Niech pamięć o Porajmos pozostanie przestrogą dla przyszłych pokoleń” – napisał w liście prezydent Karol Nawrocki.

Sinto Dieter Flack, którego niemal cała rodzina poniosła śmierć w Auschwitz, mówił, że przeżył Zagładę dlatego, iż jego matce udało się uciec z dziećmi do Szwajcarii. Stamtąd zostali zawróceni do Bawarii, ale doczekali wolności.

– Jako ocalały czuję głęboką potrzebę ostrzec przed narastającym prawicowym ekstremizmem, antycyganizmem i antysemityzmem oraz postępującą brutalizacją życia społecznego. Już dziś w samych Niemczech nienawiść i mowa nienawiści wobec naszej mniejszości stale się nasilają. Budzi to we mnie lęk – nie tyle o własne życie, ile o życie moich dzieci i wnuków, a przede wszystkim o przyszłość demokracji w Niemczech i Europie – mówił.

Flack zaapelował zarazem, by historia Sinti i Romów została na trwałe wpisana do programów nauczania we wszystkich szkołach Europy. Wsparli go liderzy społeczności z Polski i Niemiec. Roman Kwiatkowski, szef Stowarzyszenia Romów w Polsce, oraz Romani Rose, szef Centralnej Rady Niemieckich Sinti i Romów, podpisali apel, w którym zwrócili się do państw członkowskich Rady Europy i UE o wprowadzenie do szkół działań edukacyjnych przybliżających wielowiekową historię tych narodów i ich wkład w sztukę, muzykę i kulturę. Dokument przekazali obecnej na obchodach przewodniczącej zgromadzenia parlamentarnego RE Petrze Bayr.

Romani Rose podkreślił, że jest skandalem, iż „największa mniejszość w Europie, licząca 10-12 mln osób, praktycznie nie pojawia się w podręcznikach szkolnych w poszczególnych krajach”.

Podczas uroczystości głos zabrał Rudolf Murka, syn Rudolfa Murki, byłego więźnia Auschwitz, pochodzącego z Moraw Roma. Wspominał, jak 60 lat temu odwiedził z ojcem Miejsce Pamięci Auschwitz. – Wtedy mój ojciec chodził całą noc po obozie, podczas gdy spaliśmy. Przechadzał się między barakami i drutem kolczastym byłego obozu, znowu chodził po miejscach, gdzie cierpiał i gdzie stracił całą rodzinę. Rano zobaczyłem czerwone oczy mojego ojca; oczy, które płakały całą noc – mówił.

Murka podkreślił, że pokolenia jego rodziców, którzy przeżyli piekło niemieckich obozów, już nie ma. – Dzięki ich odwadze i sile przetrwania my, ich dzieci, jesteśmy tutaj i spoczywa na nas wielka odpowiedzialność, aby pamięć o naszych rodzicach nie została zapomniana – podkreślił.

Prezes Stowarzyszenia Romów w Polsce Roman Kwiatkowski przypomniał, że w tym roku przypada 15. rocznica ustanowienia przez Sejm 2 sierpnia Dniem Pamięci o Zagładzie Romów i Sinti. – To ważny wyraz uznania dla historii romskich ofiar oraz zobowiązanie państwa polskiego do zachowania pamięci o jednej z najbardziej przemilczanych tragedii II wojny światowej – mówił.

Kwiatkowski zwrócił uwagę, że współcześnie Europa ponownie doświadcza wojny, a wśród ofiar są członkowie jego narodu. – Jednocześnie również w czasie pokoju zbyt wielu Romów w Europie nadal doświadcza dyskryminacji. Wciąż istnieją bariery w dostępie do edukacji. Do ochrony zdrowia. Do rynku pracy. Do godnego życia. (…) Nie prosimy o szczególne traktowanie. Nie prosimy o nowe prawa, bo one istnieją. (…) Żądamy ich pełnego respektowania – apelował.

Wicemarszałek Sejmu Szymon Hołownia zwrócił uwagę, że politycy muszą potwierdzić wcześniejsze zobowiązania. Przypomniał – za Kwiatkowskim – że w 2011 roku Sejm RP ogłosił 2 sierpnia Dniem Pamięci o Zagładzie Romów i Sinti. – To zobowiązanie dzisiaj Sejm Rzeczpospolitej Polskiej podtrzymuje – zapewnił.

Wśród uczestników uroczystości byli między innymi także: szefowa MSZ Księstwa Monako Isabelle Berro-Amadei oraz sekretarz stanu w rządzie Niemiec Michael Brand.

Niemcy rozpoczęli eksterminację Romów już w 1941 roku. W grudniu 1942 roku zwierzchnik SS Heinrich Himmler rozkazał, by Cyganie z Rzeszy i terenów okupowanych zostali osadzeni w obozach koncentracyjnych. Trzy miesiące później w Auschwitz II-Birkenau powstał dla nich obóz rodzinny Zigeunerlager. Niemcy deportowali do niego całe rodziny. Więźniów, w tym dzieci, dziesiątkowały choroby i głód. Między 26 lutego 1943 a 21 lipca 1944 roku do Zigeunerlager deportowano blisko 21 tys. osób. Zigeunerlager został zlikwidowany w nocy z 2 na 3 sierpnia 1944 roku.

Ogółem w Auschwitz zginęło 21 tys. Romów. Pod względem liczby ofiar stanowią oni trzecią grupę, po Żydach i Polakach. W wyniku prześladowań i terroru w czasach istnienia III Rzeszy śmierć poniosło 500 tys. Sinti i Romów. (PAP)


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com