Widmo krąży po Ameryce

(Źródło ilustracji: OpenAI)


Widmo krąży po Ameryce

Amir Taheri


„Widmo krąży po Ameryce – widmo komunizmu!”

Jeszcze do niedawna takie przerobienie pierwszych słów Manifestu komunistycznego Karola Marksa i Fryderyka Engelsa mogłoby brzmieć jak cierpki żart. Dziś jednak mamy w Stanach Zjednoczonych polityków, którzy określają się na przemian jako członkowie Demokratycznych Socjalistów Ameryki albo po prostu jako komuniści.

Podbudowani wyborem Zohrana Mamdaniego na burmistrza Nowego Jorku oraz nominacją Abdula El-Sayeda jako kandydata w nadchodzących wyborach na mandat senatorski z Michigan, otwarcie mówią o przejęciu kontroli nad Partią Demokratyczną i przekształceniu jej w narzędzie służące stworzeniu w USA „egalitarnego” systemu. Jedna z ich gwiazd, członkini Izby Reprezentantów USA Alexandria Ocasio-Cortez, zaczęła nawet rzucać sugestie dotyczące możliwego startu w wyborach prezydenckich w 2028 roku.

Nie jest to pierwszy przypadek, gdy Partia Demokratyczna, opierająca się na koalicji mniejszości etnicznych, religijnych i kulturowych, wykonuje gwałtowny zwrot w lewo. W 1972 roku partia nominowała George’a McGoverna na prezydenta z programem inspirowanym europejskimi partiami socjaldemokratycznymi. W tamtych czasach to jednak skandynawska socjaldemokracja była wychwalana jako idealna forma rządów.

Choć komunizm nigdy nie stał się znaczącą siłą w Stanach Zjednoczonych, często czaił się w tle niczym widmo stworzone przez Marksa.

Można argumentować, że historia komunizmu w Ameryce sięga jeszcze wcześniejszych czasów.

W swojej dziewiętnastowiecznej teorii „społeczeństwa pierwotnego” amerykański etnograf Lewis Henry Morgan pisał o konfederacjach tworzonych przez plemiona rdzennych mieszkańców na obszarach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i Kanady.

W Konfederacji Irokezów istniał pieniądz, ziemią uprawną zarządzały wspólnoty klanowe, żywność była dzielona, a stosowano zasadę zbliżoną do „od każdego według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb”.

Benjamin Franklin podziwiał jedność Konfederacji Irokezów i w 1754 roku zaproponował, by trzynaście kolonii stworzyło coś podobnego.

Po druzgocącej klęsce europejskich rewolucji 1848 roku wielu przywódców komunistycznych, wśród nich Friedrich Adolf Sorge, szukało schronienia w Stanach Zjednoczonych, uciekając przed europejską policją. Choć niektórzy z czasem przeistoczyli się w kapitalistów, nadali lokalnej polityce lewicowy ton, który jest w niej obecny do dziś.

Mimo to komunizm nigdy nie stał się znaczącą siłą w amerykańskiej polityce.

Niektórzy historycy sugerują, że wynikało to z sukcesu Ameryki w przedstawianiu komunizmu jako zagrożenia militarnego, zagrożenia dla bezpieczeństwa, a nawet zagrożenia egzystencjalnego – czego przykładem było polowanie na czarownice spod znaku „czerwonych pod łóżkiem” w latach 50. – zamiast jako konkurencyjnej wizji świata. Paradoksalnie więc ZSRR samym swoim istnieniem pomógł Stanom Zjednoczonym uniknąć komunizmu.

Choć do niedawna słowo „komunizm” pozostawało tabu, niektórzy amerykańscy politycy posługiwali się zamiast niego zakamuflowanymi określeniami, takimi jak „społeczny” i „kolektywny”.

Przenieśmy się w czasie: retoryka prezydenta Johna Kennedy’ego spod znaku „nie pytaj”, być może inspirowana Czerwoną książeczką Mao Zedonga, przedstawiała jednostkę jako kogoś, kto powinien zrobić coś dla państwa, zamiast pytać, co państwo robi dla niego.

Hasło wyborcze prezydenta Billa Clintona „Gospodarka, głupcze!” było odgrzaniem przekonania Marksa, że gospodarka stanowi bazę społeczeństwa, zaś polityka – jego nadbudowę.

W swojej liczącej 780 stron autobiografii prezydent Barack Obama wychwala „ducha wspólnoty, coś, czego wszyscy pragniemy, poczucie więzi, które przezwycięża dzielące nas różnice”.

Dodaje: „«Państwo regulacyjne», na które konserwatyści tak zaciekle narzekali, sprawiło, że życie w Ameryce stało się znacznie lepsze”. Niektórzy mogliby porównać to do deklaracji Benita Mussoliniego na temat wielkiego korporacjonistycznego państwa, które redystrybuuje owoce narodowego wysiłku.

Ewangelia amerykańskich neokomunistów pełna jest sprzeczności. Chcą pozbawić policję finansowania i praktycznie zlikwidować siły zbrojne, podczas gdy wszystkie dotychczasowe systemy komunistyczne robiły coś dokładnie przeciwnego, tworząc państwa policyjne wspierane przez potężne machiny wojskowe.

Amerykańscy neokomuniści mówią o kolektywnej własności ziemi, podczas gdy rząd federalny jest właścicielem niemal 30 procent całego terytorium kraju. Dodajmy do tego grunty należące do 50 stanów, a już otrzymujemy kolektywną własność podobną do tej istniejącej w Konfederacji Irokezów.

Mówią również o kolektywnej własności „środków produkcji i wymiany”. Tymczasem owe „środki” należą do 58 procent Amerykanów posiadających akcje, którzy raczej nie będą zachwyceni perspektywą wywłaszczenia w imię „kolektywnej kontroli”.

Nie wspominając już o niezliczonych Amerykanach będących właścicielami małych i średnich przedsiębiorstw.

Cea Weaver, odpowiedzialna u Mamdaniego za politykę mieszkaniową, proponuje zamrożenie czynszów oraz utworzenie „potężnych bloków najemców” – co ma być receptą na pogłębianie się kryzysu mieszkaniowego tego wielkiego miasta. Kto w takiej sytuacji chciałby inwestować w budowę mieszkań na taki wynajem?

Internacjonalistyczny profil neokomunistów sprowadza się do bezwarunkowego poparcia dla Hamasu, sympatii wobec chomeinistycznego reżimu w Teheranie oraz systematycznego sprzeciwu wobec projekcji siły przez Stany Zjednoczone, niezależnie od kontekstu.

Różne formy kryptokomunizmu były obecne w wielu wyborach w USA. Tegoroczne jesienne wybory do Kongresu mogą być pierwszymi, w których kryptokomuniści zrzucą maski. I to jest dobra wiadomość. Swoje nadzieje opierają oni na przepowiedni Marksa dotyczącej „prawa historii”, zgodnie z którym komunizm pierwotny, po przejściu przez feudalizm, kapitalizm i imperializm, prowadzi do komunizmu rozwiniętego.

Ale nie mówcie tego głośno: żadne prawo historii nie istnieje – istnieją jedynie tendencje, okoliczności, zbiegi okoliczności, przypadki oraz łut szczęścia lub pech.


Amir Taheri był w latach 1972–1979 redaktorem naczelnym irańskiego dziennika Kayhan. Wydał jedenaście książek, a od 1987 roku jest felietonistą Asharq Al-Awsat. Pełni również funkcję przewodniczącego Gatestone Europe.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


‘Jewish values’ are not a suicide pact that empowers antisemites


‘Jewish values’ are not a suicide pact that empowers antisemites

Jonathan S. Tobin


Under pressure to support El-Sayed, Michigan’s Jewish Attorney General betrayed her people by urging Jews to sacrifice their survival in favor of “the needs of the world.”

Dana Nessel, attorney general in Michigan, at a rally for Michigan Gov. Gretchen Whitmer and other Democrats at Washington Park in Lansing, Mich., Nov. 5, 2022. Photo by Sarah Rice/Getty Images.

We can only pity the plight of Jewish Democrats these days. Their situation is one in which they find themselves betrayed by allies and forced to choose between standing up against open antisemitism and prioritizing the partisan loyalties and beliefs that are essential to their worldview.

Even as we sympathize with them, we should not heed the advice that they are getting from many of their leaders. And if any of them have a scrap of common sense or self-respect, not to mention a sense of obligation to other Jews or even to their own children, they should not merely reject the counsel they’ve just received from Michigan Attorney General Dana Nessel. Instead, they should regard with horror her belief that Jews should respond to the difficult choice faced by liberals by sacrificing their “own survival,” rather than rejecting a Democratic Party that’s been hijacked by antisemites.

A liberal moral collapse

Nessel’s comments to a gathering of the Michigan Democratic Jewish Caucus this past week deserved to be remembered as a milestone in American Jewish history—not because of their wisdom but because they illustrate the moral collapse of liberal Jewry. With them, a heretofore relatively obscure state politician ensured that her name will live on in infamy. Her example will forever stand as a warning of what happens when one weighs partisan allegiance against the safety of a community, and somehow concludes that partisanship and liberal ideological myths rather than safety are what matter.

Nessel attained a modicum of notoriety in recent months because of what has been happening among Michigan Democrats. The success of Dr. Abdul El-Sayed in the Democratic primary for a U.S. Senate seat has apparently cowed even those Jews in the party who know that his positions are incompatible with Jewish security.

El-Sayed isn’t just a garden-variety “progressive,” like so many others belonging to or allied to the Democratic Socialists of America. He is a virulent foe of the State of Israel and Zionism. He isn’t engaged in “criticism” of Israel but opposed to its existence. And he believes that anyone, Jewish or non-Jewish, who supports Zionism—the national liberation movement of the Jewish people and an integral element of Jewish identity and faith—is either a monstrous supporter of “genocide,” or bought and paid for by nefarious interests.

He campaigned with streamer Hasan Piker, a man who has trafficked in Jew-hatred throughout his career. But he recently gained notoriety by warning that if American Jews didn’t stop supporting the State of Israel, they would also be subjected to terrorism.

An antisemitic campaign

What’s more, the most prominent theme in his campaign was a vow to combat the influence of the pro-Israel lobby AIPAC, which he claimed was trying to purchase Congress. In doing so, El-Sayed was not just singling out the group, but acting as if there was something immoral about Jews and supporters of the Jewish state organizing and using the tools of democracy to promote their cause. He did not apply the same standard to Arabs and Muslims who do the same—not to mention the billions that Qatar, the headquarters of the Muslim Brotherhood, pours into an effort to influence American society and politics.

El-Sayed routinely uses the traditional tropes of Jew-hatred. He treats the overwhelming majority of Jews who care about Israel as agents of foreign influence, supposedly manipulating American policies against the national interests and using their wealth to buy the government. It was something alluded to in 2019 by Minnesota Rep. Ilhan Omar when she singled out Jewish financial influence in politics. El-Sayed just comes out and says it.

Not unreasonably, most American Jews worry about the rise of such a candidate. They also understand that his political positions, coupled with the attitudes and behavior he encourages, endanger them.

Despite all this, El-Sayed claims to care about Jews and oppose antisemitism. But his solicitude for Jews is limited. It only applies to those who disavow Israel and solidarity with the half of the global Jewish population that lives there.

Moreover, his reaction to a terrorist attack against a synagogue school earlier this year was to rationalize the crime by noting that “hurt people hurt people.” In that case, he was claiming that the terrorist was motivated by his sorrow for those killed in his native Lebanon by Israeli airstrikes against terror enclaves. But he failed to mention that one of the relatives he was mourning—a brother—was himself a Hezbollah commander.

This past week, as concerns grew within the Jewish community, El-Sayed attempted to walk back his comments about that incident of domestic terrorism. Six months later, it’s not clear if anyone is really buying his apology.

The fact that he was even allowed to deliver that apology at a gathering of the Michigan Democratic Jewish Caucus wasn’t so much evidence of his sincerity as the tension felt by the group. Some Jewish Democrats in Michigan have shown that they are not prepared to put party over principle by refusing to support El-Sayed. But that’s something that groups and individuals who regard their partisan loyalties as their highest priorities find hard to do even when asked to support a candidate whose open antisemitism is not really in question.

A Jew under pressure

And that’s where Nessel comes in.

She made headlines after announcing last month that she would not attend her party’s state nominating convention, which was held on Aug. 29. The reason was obvious. After seeing what happened the last time her party gathered in April—when El-Sayed’s supporters shouted down pro-Israel speakers, including his leading primary opponent, Rep. Haley Stevens (D-Mich.)—Nessel, who is Jewish, understandably decided she wasn’t going to expose herself to such abuse.

Unlike most national and local Democrats, including prominent Jews like Senate Minority Leader Chuck Schumer (D-N.Y.), she hadn’t endorsed El-Sayed in the general election, where he will face Republican Mike Rogers. So, the assumption was that Nessel’s boycott of the convention, which would be packed with left-wing Democratic activists who regard opposition to the existence of Israel and the embrace of blood libels against Jews about them committing “genocide,” as one of the organizing principles of their party in 2026, meant that she would be sticking to her principles throughout the fall.

The pressure on Nessel and other Jewish Democrats to fall in line behind an antisemite to make it more likely that their party would win control of the Senate has become overwhelming. That was made obvious by her remarks to the same Jewish Democratic summit, where El-Sayed was allowed to modify his remarks about terrorist attacks on American Jews.

Partisanship over survival

Her speech was remarkable because she didn’t attempt to deny El-Sayed’s toxic attitudes toward Jews or the fact that he and his supporters wish to destroy Israel. Instead, she argued that gaining another vote in the Senate for the liberal Democratic agenda and efforts to thwart the policies of President Donald Trump is more important than not just a key U.S. ally’s interests, but its existence and even that of the Jewish people.

To put it bluntly, she thinks that Jewish safety and survival ought to be secondary to concerns about the president’s policies. In her view, the GOP’s enforcement of immigration laws and opposition to the claims of environmental extremists, as well as the belief that biological males shouldn’t be allowed to compete in women’s sports, is worse than buying into the big lie that Israel is a “genocidal” and “apartheid” state that deserves to be eradicated.

According to Nessel, “What good is defending the historic homeland of our ancestors and demanding that candidates acknowledge its right to exist if the planet upon which it rests is no longer inhabitable?”

It is true that Israel’s existence won’t matter if the planet is uninhabitable. But does anyone, even Michigan’s attorney general, believe the preposterous proposition that adding one more Democrat to the Senate will ensure the planet’s survival? And do people believe that an open-borders policy and unlimited illegal immigration—something that makes the lives of working-class Americans far worse—rank as higher moral values than the basic safety of the Jewish community in a state that has a rather significant one?

Michigan Jewish Democrats may detest Trump and all he does, but do they really think that he is worse than Iran, Hamas, Hezbollah, the Houthis and other Islamists that El-Sayed would clearly like to empower and allow to prevail in their jihad against the one Jewish state on the planet?

Trump derangement

In a country where politics now plays the role that religion used to play in the lives of most Americans, perhaps they do. In a culture where hyper-partisanship has validated the absurd yet prevalent idea that anyone who disagrees with you is the moral equivalent of Adolf Hitler and the Nazis, it’s clear that many Americans feel that way about Trump.

Trump is a flawed individual, and many valid criticisms can be made against him. And many are clearly willing to ignore the fact that he has also been the most pro-Israel president in history and, especially with respect to academia, done the most to combat antisemitism. Indeed, Jewish Democrats may be convinced of the righteousness of their party’s various positions on a host of issues and the iniquity of those of the Republicans.

Still, are they really so immersed in Trump-hatred and convinced that loyalty to a political party is so important that it requires them to vote for a hater of Jews, as long as he calls himself a Democrat?

Maybe.

But even if they do, they shouldn’t be allowed to get away with it by wrapping it, as Nessel attempted, in the trappings of morality or the lessons of Judaism.

Misunderstanding Queen Esther

Taking it one step further, Nessel had the chutzpah to invoke the lessons of Purim and the heroism of Queen Esther to back up her assertion that Jews must sacrifice their security to advance the Democratic Party.

“It is perhaps up to us now to follow in her path,” she said, “and sacrifice the comfort, safety and security and even the very future of our own people in exchange for the opportunity to save the rest of humanity.”

In point of fact, in a demonstration of her utter ignorance of Judaism and Jewish tradition, Esther did nothing of the kind. Her goal wasn’t the abstract saving of humanity. She risked her own life to save the Jewish people in the Persian Empire, who were under an immediate threat of genocide from the henchman Haman. What Nessel wants Jews to do is the opposite of Esther’s successful effort to rescue Jewish existence.

No matter what one thinks about Trump, global warming, illegal immigration or the right of biological males to play sports against females, the idea that Jews should, as Nessel urges, sacrifice not just their interests but their collective existence for these notions isn’t, contrary to her vile claim, an expression of “Jewish values.” It’s insane and deeply immoral.

If there is any lesson to be learned from Jewish history, it is that those who seek the destruction of the Jews—as those in the alliance of Marxists and Islamists El-Sayed represents wish to do—aren’t doing so to right a wrong or as a result of alleged Jewish misbehavior. It’s a function of their lust for power and a desire to use the scapegoating of Jews to achieve it. And when societies allow Jews to be targeted in this manner, the objective isn’t a better world but a far worse one, in which other groups, sooner or later, will meet a similar fate.

Let’s be clear: Jews have no obligation to sacrifice themselves for liberal myths about any issue. Real Jewish values are not a suicide pact whose purpose is to empower antisemites. 

Anyone who urges them to do so isn’t advancing a higher cause. Rather, those individuals are aiding and abetting the oldest hatred in the world and taking the side of genocidal Islamists against a democratic Jewish state. To support El-Sayed because you share his intolerance and hatred for the rights of the Jewish people is awful. But to do so merely because you have drunk the partisan Kool-Aid and think the Democratic Party is the “ultimate good” and the Republicans are the “ultimate bad” is indefensible.

In staking her political career on this proposition, it’s doubtful that Nessel can save herself from the same treatment accorded other liberal Jewish Democrats rejected by a party that is drunk on woke ideology. But she has ensured one thing: She will always be remembered for betraying her own people.


Jonathan S. Tobin is editor-in-chief of the Jewish News Syndicate, a senior contributor for The Federalist, a columnist for Newsweek and a contributor to many other publications. He covers the American political scene, foreign policy, the U.S.-Israel relationship, Middle East diplomacy, the Jewish world and the arts. He hosts the JNS “Think Twice” podcast, both the weekly video program and the “Jonathan Tobin Daily” program, which are available on all major audio platforms and YouTube. Previously, he was executive editor, then senior online editor and chief political blogger, for Commentary magazine. Before that, he was editor-in-chief of The Jewish Exponent in Philadelphia and editor of the Connecticut Jewish Ledger. He has won more than 60 awards for commentary, art criticism and other writing. He appears regularly on television, commenting on politics and foreign policy. Born in New York City, he studied history at Columbia University.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


More Than 180 Jewish Figures Defend Mark Ruffalo After He’s Accused of Antisemitism


More Than 180 Jewish Figures Defend Mark Ruffalo After He’s Accused of Antisemitism

Shiryn Ghermezian


Mark Ruffalo attends “Crime 101” European Gala Screening at Odeon Luxe Leicester Square in London, England, UK, Jan. 28, 2026. Photo: James Warren/Famous Images/Sipa USA via Reuters Connect

More than 180 Jewish figures in the media and entertainment industry signed an open letter on Tuesday in support of actor Mark Ruffalo, after the Marvel star was accused of making antisemitic remarks while criticizing the pending Paramount Skydance-Warner Bros. Discovery merger.

In a social media post on Aug. 21, Ruffalo slammed the merger and also accused the Ellison family, who are Jewish, of being complicit in the “genocide” of Palestinians in the Gaza Strip because of the Larry Ellison-founded technology company Oracle and its ties to Israel. Ellison’s son, David Ellison, is the CEO of Paramount.

Ruffalo posted on Instagram a clip of Jewish Paramount board member and former Oracle CEO Safra Catz and claimed she “revels in what we now have come to see as a genocide, which was built on an apartheid system of oppression powered by Oracle.” Ruffalo also accused the Ellisons of “powering some of the most destructive and inhuman forces in the world.” A spokesperson for Catz later clarified that the Oracle technology mentioned in Ruffalo’s social media post “was in fact intended for use in rescuing hostages abducted during the Oct. 7, 2023, Hamas terror attack.”

A Paramount spokesperson accused Ruffalo of promoting “antisemitic tropes” in his criticism of the merger and nearly 1,000 Hollywood industry figures accused the Marvel star of sharing “antisemitic conspiracy theories.” They said in part: “It is unacceptable to introduce Jews, antizionism [sic], or antisemitism into conversations about business transactions, simply because those involved are Jewish.”

In their open letter on Tuesday, shared by Variety, the Jewish figures claim Ruffalo has been the target of a “smear campaign” and attack the “spurious charges of antisemitism” against the actor. They criticize what they call the “false and dangerous weaponization of charges of antisemitism,” while also echoing Ruffalo’s sentiments against the merger and the alleged “genocide” taking place in the Gaza Strip. The signatures include musicians, producers, screenwriters, actors, filmmakers, writers, journalists, professors and even rabbis. Those who signed the open letter include Joaquin Phoenix, Hannah Einbinder, “The Zone of Interest” director Jonathan Glazer, Todd Haynes, Ilana Glazer, journalist Peter Beinart, actress Rosanna Arquette, screenwriter Tony Kushner, and “Young Sheldon” actor Wallace Shawn.

“The assault on the Palestinian people and the assault on our liberties at home are deeply interconnected, and there is nothing antisemitic about recognizing that fact,” they claim in the open letter. They accuse Larry Ellison and his partners of supporting “the ongoing depredations being visited on the people of Palestine and their silencing of critics of those horrors.” They allege that Gaza has become “an open-air laboratory for AI-driven killing and control technologies like the ones celebrated” by Catz.

“Pointing out the crucial connections between what is happening in Gaza and what is happening in Hollywood is the exact opposite of antisemitism,” they claim. “It is, for us, the very essence of Jewish ethical duty,” they continue, before spewing accusations about Israel committing war crimes and genocide in Gaza. “The time is over for spurious charges of antisemitism to be trotted out, this time in the defense of war, oligarchy, and AI domination.”

Ruffalo denied being antisemitic, calling the claims “appalling and fundamentally dishonest.” Others who have defended Ruffalo’s offensive comments include Oscar-winning filmmaker and playwright Kenneth Lonergan, Oscar winner Jane Fonda, and John Cusack.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Dlaczego nie jestem socjologiem


Dlaczego nie jestem socjologiem

Andrzej Koraszewski


Na progu dorosłości czytałem z zafascynowaniem esej Bertranda Russella Dlaczego nie jestem chrześcijaninem. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że po wielu dziesięcioleciach będę pisał wstęp do polskiego wydania doskonałej książki Ibn Warraqa Dlaczego nie jestem muzułmaninem, nie napisałem książki pod tytułem Dlaczego jestem ateistą, z dwóch powodów, po pierwsze inny autor napisał książkę pod tym tytułem, a po drugie moja książka na temat mojego ateizmu nosi tytuł Ateista i jest raczej próbą odpowiedzi na pytanie jakim jestem ateistą niż dlaczego nie jestem wierzącym.

Książki i artykuły noszące tytuł dlaczego jestem tym czy tamtym różnią się zasadniczo od tych z przeczeniem, gdzie autorzy przedstawiają argumenty, które skłoniły ich do odżegnania się od jakiejś grupy religijnej, politycznej, etnicznej czy zawodowej. Jestem z wykształcenia socjologiem, wiele lat pracowałem w tym zawodzie, opublikowałem setki artykułów, które w ten lub inny sposób powiązane były z tym, co nazywa się socjologią. Pamiętam oburzenie mojego przyjaciela, amerykańskiego biologa Jerrego Coyne’a, kiedy siedząc na schodkach naszej werandy stwierdziłem, że ani socjologia ani psychologia społeczna naukami nie są.

Tamta przyjacielska i poważna dyskusja zatrzymała się na definicji pojęcia nauka i falsyfikacji jako centralnym filarze tej definicji. Teoria naukowa musi być falsyfikowalna. Nauka tym różni się od wiary, że nie ma w niej świętych przekonań, a dociekanie prawdy opiera się na ustawicznym sprawdzaniu, bowiem nasze obserwacje mogą wprowadzać nas w błąd, a co więcej w błędzie jesteśmy znacznie częściej niż możemy to sobie uświadamiać.

Przypomniała mi się tamta dyskusja na marginesie internetowego sporu, w którym młoda kobieta o wdzięcznym imieniu Elwira, przekonywała z zapałem, że Izrael jest projektem kolonialnym. Autorka kilku komentarzy zgadzała się, że powstanie Izraela to: „nie był klasyczny kolonializm, którego celem jest przejęcie zasobów jakiegoś obszaru. Ale traktowanie rdzennej ludności i ideologia za tym stojąca w stylu “niesienie cywilizacji” itp jest już typowe dla zachowań kolonialnych.” W innym miejscu dodała, że opiera swoje wnioski na opiniach ludzi, którzy poświecili życie badaniom tej sprawy.

Zaintrygowany zajrzałem na stronę pani Elwiry i zobaczyłem tam nabożny stosunek do nauki, bez cienia wyjaśnienia, co właściwie przez naukę rozumie. Pytanie jej o to, w obliczu jakich dowodów uznałaby hipotezę o kolonialnym charakterze Izraela za błędną wydało mi się stratą czasu, ponieważ p. Elwira odmawiała nawet odpowiedzi na pytanie, czy czytała artykuł, który był podstawą dyskusji.

Oglądając jej profil zauważyłem, że łączy nas wiele – sympatia do Jurka Owsiaka i jego działań, miłość do zwierząt, niechęć do myślistwa jako sportu, domyślałem się, że głosujemy na tę samą partię polityczną, nie znalazłem odpowiedzi na pytanie co studiowała, ale trudno o wątpliwości, że mam do czynienia z osobą, która nie zakończyła swojej edukacji na szkole średniej.

Przyjmując mało prawdopodobne założenie, że jest skłonna do poważnej dyskusji, zastanawiałem się jak też mogłaby odpowiedzieć na propozycję przedstawienia warunków, w których jej teza musiałaby zostać uznana za błędną? Ta niema dyskusja skłoniła mnie do własnej próby falsyfikacji takiej tezy. Czy był w historii osadnictwa kolonialnego jakikolwiek przypadek, w którym kolonialiści odkrywali na zajętych obszarach groby, artefakty kultury, monety, obiekty kultu swoich przodków? Czy wszystkim projektom kolonialnym towarzyszyło militarne wsparcie macierzystego kraju? Czy w innych projektach kolonialnych był również spór kto na zajętym obszarze jest ludnością rdzenną?

Zastanawiając się nad problemem migracji docieramy do pytania po ilu pokoleniach powrót przestaje być powrotem, a staje się projektem kolonialnym? Żydzi podejmowali próby powrotu do Eretz Israel od czasu niewoli babilońskiej, korzystając z każdej okazji odczytanej jako złagodzenie zakazu/utrudnień powrotu. Jeśli uznamy Żydów za ludność rdzenną obszaru na którym niegdyś istniało państwo Izrael, musimy zadać pytanie jak i dlaczego ta ludność rdzenna została zredukowana do śladowych ilości oraz dlaczego potomkowie rozproszonych po świecie wygnańców nadal mieli silną motywację powrotu na ziemie przodków? (Tu oczywiście pojawia się pewna analogia z bliższym w czasie „wygnaniem” arabskiej ludności z terenów dzisiejszego Izraela. To ważny i ciekawy problem, ale odrębny od sprawy falsyfikacji tezy o syjonizmie jako projekcie kolonialnym.)

Porzuciłem zabawę w rozmowę w myślach z niemą p. Elwirą, zatrzymując się nagle na starożytnym aforyzmie z Talmudu: „Oddech dzieci spieszących do szkoły podtrzymuje świat”. Przemknęło mi przez głowę pytanie, czy p. Elwira oglądała film „Kabaret”, czy coś jej mówi nazwisko Pawlika Morozowa, czy uświadamia sobie, że oddechy dzieci spieszących do szkoły mogą mieć odrażający zapach religijnego lub ideologicznego fanatyzmu, czy spotkała się z wypowiedziami rodziców przerażonych tym, czego ich dzieci uczą się w szkole? Rodziców palestyńskich, irańskich, pakistańskich, ale również rodziców amerykańskich, francuskich, czy polskich? Przerażenie jest różne, bo też poziom i skala odczłowieczania przez szkołę są bardzo zróżnicowane.

Porzuciłem p. Elwirę i wróciłem do komputera otwierając plik z tekstami do przeczytania. Od wielu dni odkładałem na później lekturę raportu pod tytułem The Status of Scholarly Standards in Sociology sporządzonego przez profesor Asley T. Rubin. Fragment tego raportu (z linkiem do całości) opublikował niedawno magazyn Quillette.

Raport oparty jest na badaniach socjologicznych przeprowadzonych wśród amerykańskich socjologów i skierowany jest do Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego.

Jak dyplomatycznie pisze Autorka w streszczeniu tego raportu „Socjologia jest niezwykle ważną dziedziną” dodając, że została osłabiona „przez postępującą instytucjonalizację zaangażowania w realizację celów politycznych, które biorą górę nad dążeniem do wiedzy”.

Autorka stwierdza, że od dawna toczy się spór „o misję”, czyli o to, czy socjolog ma być badaczem zjawisk społecznych, czy badaczem-aktywistą. Ta druga postawa wpływa na wybór tematów badawczych i ocenę dorobku naukowego.

”Zdarzają się zarówno ukryte (a przez to słabo mierzalne), jak i głośne (i prawdopodobnie rzadkie) przypadki stosowania sankcji społecznych oraz cenzurowania badaczy zajmujących się tematami, teoriami i pytaniami badawczymi uznawanymi za tabu lub przedstawiających wyniki politycznie niepopularne (w świetle preferencji politycznych dominujących w tej dziedzinie).”

Autorka pisze, że „dowody na istnienie pewnych norm przedkładających zobowiązania polityczne nad inne wartości są mocniejsze niż dowody na ich późniejszy wpływ na rygor prowadzonych badań, który – zgodnie z moją wiedzą – nie został poddany systematycznej analizie.”

No właśnie, ale co oznacza „rygor prowadzonych badań”? Jak często słyszeliśmy, że jakaś teoria socjologiczna została sfalsyfikowana? W podręcznikach metodologii pisze się o falsyfikowalności, ale w praktyce prób falsyfikowania brak.

Przypominam sobie jeden dobry przykład – teorii sekularyzacji Petera L. Bergera, w której przewidywał, że modernizacja prowadzi do racjonalizacji, a dalej do sekularyzacji i w efekcie do zaniku społecznego znaczenia religii. Obserwując zmiany społeczne w kolejnych dekadach Berger doszedł do wniosku, że odradzanie się życia religijnego w wielu miejscach sfalsyfikowało jego teorię. (Jeśli dodamy do tego, że totalitarne ideologie przyjmują formy kultu religijnego, to ta teoria została nie tylko osłabiona, a wręcz obalona. Pobożni ateiści w kefijach nie są dowodem na zanik religijności).

Problem jednak polega na czym innym – zaangażowana socjologia nie tylko nie oczekuje prób falsyfikacji przedstawianych hipotez – ale jest wręcz skłonna do karania za takie próby. Jeśli zatem ów rygoryzm badawczy dopuszcza nieustanną reinterpretację wniosków z obserwacji, jeśli nie możemy określić kiedy jakieś twierdzenie jest prawdziwe a kiedy fałszywe – mamy wówczas do czynienia nie z nauką, a z nieustanną rewią mody intelektualnej.

W raporcie profesor Rubin moją szczególną uwagę zwrócił fakt, że w badaniach ankietowych wśród amerykańskich socjologów osoby traktujące socjologię jako „misję moralną” (tj. socjologowie o silniejszych skłonnościach aktywistycznych) znacznie częściej odrzucały wyjaśnienia kulturowe oraz uznawały je za dyskryminujące, a tym samym za niedopuszczalne w badaniach.

Co więcej, autorka raportu zauważa, że socjologia głównego nurtu rzadko dostrzega możliwości włączenia modeli biologicznych i biologicznego sposobu rozumowania do naszego rozumienia zachowań społecznych”. Przywołuje wniosek Patricka Heuveline z University of Chicago: „Dystans socjologii wobec biologii wydaje się głęboko zakorzeniony w naukowych i politycznych projektach tych dyscyplin”. Arystotelesowe zoon politikon najwyraźniej do socjologów nie przemawia.

Jak czytamy w tym raporcie teorie ewolucyjne są niepopularne i traktowane z dużym sceptycyzmem przez socjologów preferujących wizję natury ludzkiej jako „czystej karty”.

Podczas gdy psychologia ewolucyjna rzuca nowe światło na długie ewolucyjne korzenie naszych zachowań indywidualnych i zbiorowych, socjologia stroni od tego światła jak diabeł od święconej wody. Sekcja Amerykańskiego Stowarzyszenia Socjologów Biology and Society (Biologia i społeczeństwo) liczy mniej niż 100 członków i jest obecnie najmniejszą sekcją. Innymi słowy – kulturę ignorujemy, biologię ignorujemy – chcemy być inżynierami ujednoliconych dusz ludzkich. Jeśli dodamy do tego osobliwe pojmowanie rygoru badań i rzadkość (praktycznie nieobecność) falsyfikacji – trudno tę dziedzinę nazwać nauką. To nie oznacza, że nie ma ciekawych, czy wręcz fascynujących prac napisanych przez dyplomowanych socjologów, ale skłania do odżegnania się od tej wspólnoty wyznaniowej.

Nie zamierzam ani palić ani drzeć mojego dyplomu, przeciwnie, z wdzięcznością wspominam moich nauczycieli, którzy nieraz ostrzegali nas przed trudnością uczciwego uprawiania zawodu, w którym zbyt często teorie zatwierdzane są przez aklamację.

Dziesięciolecia temu porzuciłem socjologię dla historii gospodarczej, a dziś jestem już tylko publicystą odpowiedzialnym za swoje słowa, który nie próbuje nazywać nauką tego, co nauką nie jest. Jestem nadal obserwatorem zjawisk społecznych, ale nie jestem już i nie mogę być socjologiem. Mam nieodparte wrażenie, że ta dziedzina jako nauka sfalsyfikowała się sama.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


If elected, Bruce Blakeman will protect Jews forcefully, GOP NY gubernatorial hopeful challenging Hochul tells JNS


If elected, Bruce Blakeman will protect Jews forcefully, GOP NY gubernatorial hopeful challenging Hochul tells JNS

Debra Nussbaum Cohen


“I wouldn’t let Zohran Mamdani get away with the virulent antisemitic comments he’s made,” he said. “I would tell him to stop and if he didn’t, I would take action, which the governor has the power to do.”

Bruce Blakeman, the Republican candidate for New York governor. Credit: Courtesy.

If elected governor of New York, Bruce Blakeman plans to muzzle New York City Mayor Zohran Mamdani to prevent him from making anti-Israel statements, the Republican and Nassau County executive told JNS in a video interview on Tuesday.

“I wouldn’t let Zohran Mamdani get away with the virulent antisemitic comments he’s made,” said Blakeman, who is Jewish. “I would tell him to stop or, if he didn’t, take action against him, which the governor has the power to do.”

Blakeman is the first Jewish executive of Nassau County, a large section of Long Island that begins at the border of Queens.

Had he been governor of New York during the anti-Israel encampment and building takeover at Columbia University in 2024, he “would have told the mayor to take control of the situation or I would,” Blakeman told JNS.

“I would not allow the tent camps, not allow acts of harassment or intimidation against Jewish students,” he said. “I would have brought in state police and National Guard, and it would have been over immediately.”

Blakeman took a similar approach when asked about 100 anti-Israel protesters who gathered outside an Israeli real estate event at Young Israel of Lawrence-Cedarhurst in March 2024.

“I had tanks, helicopters, SWAT teams, K-9 units,” he told JNS. “You aren’t getting away with blocking roads or committing violent acts against Jewish people.”

“I respect the right to free speech, but when you harass people or try to storm a synagogue, that’s a crime,” he said,

Blakeman has become increasingly religiously observant in recent years, he told JNS.

He and his Israeli-American wife, Segal Magori Blakeman, keep a kosher kitchen at their home in Atlantic Beach, and he abstains from eating pork and shellfish. A member of the Jewish Center of Atlantic Beach, a Modern Orthodox synagogue, he goes to Shabbat morning services twice monthly on average, he told JNS.

“Of course on the holidays,” including this coming Saturday night for the Selichot service, he said.

Blakeman told JNS that his favorite holiday is Passover, “because it involves eating and drinking.” (He directed JNS to “call me Bruce or Baruch,” his Hebrew name.)

He also begins every day by praying for about 20 minutes before breakfast—a practice he began when he met his wife at a political event 13 years ago but initially did so inconsistently.

“Now I won’t start my day unless I pray to Hashem every single day,” he told JNS, using the Hebrew term for God.

Rather than a regular morning Jewish service, “I say prayers that are meaningful to me,” he said. “For the well-being of my family, for ill or injured friends and family. I have a list of about 300 people I pray for every day.”

Blakeman added that his wife, who is a family court judge, “has been instrumental in me becoming more observant.”

“It’s something that makes me much happier, gives me more balance in my life,” he told JNS.

Blakeman plans to have Rosh Hashanah dinner with family and friends, including their three children—a son he has with first wife Nancy Shevell, who is now married to Paul McCartney—and twin 28-year olds, who Segal brought into the marriage.

“I don’t know if it will be at our house or our dear friends in Kings Point,” he said. “I leave that up to my wife. I go where I’m told.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com