Przemysł praw człowieka ma swoje ulubione ofiary

Sudan, źródło zdjęcia Wiki media.


Przemysł praw człowieka ma swoje ulubione ofiary

Pierre Rehov


Ulubionym rodzajem ofiary przemysłu praw człowieka jest ofiara politycznie użyteczna: taka, której cierpienie można przypisać przeciwnikowi – wyznaczonemu „złoczyńcy” – najlepiej takiemu, którego zachodni aktywiści już wiedzą, jak nienawidzić, naciskać i przeciwko któremu się organizować.

Dlatego palestyńskie ofiary, gdy można przedstawić Izrael jako domniemanego sprawcę krzywd, uruchamiają niezwykłą machinę oburzenia, podczas gdy sudańskie ofiary ludobójstwa, afgańskie kobiety pod rządami Talibów, irańscy demonstranci mordowani przez własny reżim czy prześladowani chrześcijanie w Nigerii – w dużej mierze nie.

Hierarchii nie wyznacza skala cierpienia; wyznacza ją polityczna użyteczność ofiary, a jeszcze bardziej – tożsamość „złoczyńcy”, który rzekomo dopuszcza się tych krzywd.

Są ofiary, które zyskują własne zaplecze społeczne. Ich twarze pojawiają się na transparentach, ich nazwiska są odczytywane podczas demonstracji, aktorzy na czerwonych dywanach noszą ich symbole, studenci okupują w ich imieniu budynki uniwersyteckie, a instytucje nagle odkrywają pilny moralny obowiązek wydawania oświadczeń. Są też ofiary, które umierają głównie samotnie, krótko odnotowane przez organizacje opłacane za to, by je liczyć, i niezauważone przez nikogo więcej.

Sudan należy do tej drugiej grupy. Wojna, która wybuchła w kwietniu 2023 roku między sudańską armią a Siłami Szybkiego Wsparcia, doprowadziła do tego, co agencja ONZ ds. uchodźców nazywa największym kryzysem przesiedleń i kryzysem humanitarnym na świecie, z blisko trzynastoma milionami ludzi wypędzonych ze swoich domów. Już rok temu, pod koniec października 2025 roku, po osiemnastomiesięcznym oblężeniu, RSF wkroczyły do El Fasher i zabijały jego mieszkańców z taką systematycznością, że badacze z Yale zidentyfikowali ślady krwi na zdjęciach satelitarnych. Misja ONZ ds. ustalania faktów uznała w lutym 2026 roku, że masowe egzekucje, zbiorowe gwałty i celowo wywoływany głód w społecznościach Zaghawa i Fur nosiły znamiona ludobójstwa, a zamiar ludobójczy był jedynym rozsądnym wnioskiem, na jaki pozwalały dowody.

Ustalenia te przyniosły – komunikaty! Żaden amerykański kampus nie został pokryty prosudańskimi obozowiskami protestacyjnymi. Żadna międzynarodowa kampania nie domaga się, by korporacje udowadniały swoją niewinność w odniesieniu do Chartumu czy transferów broni do sudańskich watażków, ocenianych przez amerykański wywiad. Darfur nosi dziś słowo „ludobójstwo”, zastosowane przez samą Organizację Narodów Zjednoczonych – i nie ma własnego zaplecza.

Porównanie z Gazą nie jest konkursem między trupami. Palestyńscy cywile zasługują na współczucie należne cywilom wszędzie. Tym, co zasługuje na analizę, jest propagandowa fabryka wojny. W ciągu kilku miesięcy od 7 października 2023 roku obozowiska protestacyjne, okupacje budynków i masowe aresztowania rozprzestrzeniły się od Columbii po Yale, New York University i dalej, przez Europę. We wrześniu 2025 roku zobowiązanie do odmowy wszelkiej współpracy z izraelskimi festiwalami, kinami i firmami produkcyjnymi zebrało ponad 5000 podpisów ludzi filmu, w tym jednych z największych nazwisk branży.

Afganistan jeszcze mocniej wystawia tę tezę na próbę. Pięć lat po powrocie Talibów do Kabulu UNESCO poinformowało niedawno, że 2,4 miliona afgańskich dziewcząt zostało pozbawionych dostępu do edukacji ponadpodstawowej. Afganistan pozostaje jedynym krajem, który formalnie zabrania dziewczętom i kobietom nauki powyżej poziomu szkoły podstawowej. Ponad siedemdziesiąt dekretów ograniczyło ich życie, a od września 2025 roku afgańskim kobietom zabroniono nawet wstępu do placówek Organizacji Narodów Zjednoczonych albo mogą opuszczać dom jedynie raz czy dwa razy w miesiącu.

Zachodni feminizm przez dziesięciolecia utrzymywał, że prawa kobiet są uniwersalne. Afganistan jest najczystszym dostępnym testem tej tezy: cała żeńska część społeczeństwa została dekretem usunięta z edukacji, zatrudnienia i życia publicznego, a nawet z samej obecności w przestrzeni publicznej – stan, który eksperci ONZ określają jako apartheid płciowy. Przed Harvardem nie stoi żadne stałe obozowisko domagające się wolności dla afgańskich kobiet, żaden ruch na rzecz wycofania inwestycji nie stał się modny, żaden symbol nie trafił na czerwony dywan. UN Women ostrzega, że represje są normalizowane, i informuje o pięćdziesięcioprocentowej luce finansowej w tegorocznych działaniach w Afganistanie. Kobiety pozostały tam, gdzie były; publiczność odeszła.

Iran rozwiał wszelkie pozostałe wątpliwości. Protesty, które rozpoczęły się pod koniec grudnia 2025 roku, rozprzestrzeniły się na wszystkie prowincje, a 8–9 stycznia 2026 roku siły bezpieczeństwa odpowiedziały karabinami i granatami, prowadząc ogień z dachów i z tyłów ciężarówek. Amnesty International opisuje masowe bezprawne zabójstwa jako dokonywane na bezprecedensową skalę. Tylko w tym roku zmasakrowano ponad 52 000 mężczyzn, kobiet i dzieci, czemu towarzyszyły całkowite wyłączenie internetu i dziesiątki tysięcy aresztowań. Specjalny sprawozdawca ONZ ds. Iranu szacował liczbę ofiar na ponad pięć tysięcy.

Reżim i tak już bił rekordy. Amnesty International udokumentowała 2159 egzekucji w Iranie w 2025 roku – ponad dwukrotnie więcej niż rok wcześniej i mniej więcej cztery piąte wszystkich egzekucji odnotowanych na świecie, co było najwyższym wynikiem krajowym od 1981 roku. Wśród skazanych znalazło się co najmniej 48 kobiet, najwięcej od dwóch dekad. Reakcją Zachodu na styczniową masakrę w Iranie były demonstracje diaspory i potępienie podpisane przez 800 ludzi filmu. Branża, która zebrała pięć tysięcy podpisów przeciw izraelskim festiwalom filmowym, zebrała osiemset przeciw rządowi, który właśnie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin zastrzelił tysiące własnych obywateli – i jej własna prasa branżowa sama to zauważyła.

Irańscy studenci wrócili w lutym na kampusy w Teheranie, Meszhedzie i Isfahanie, trzymając fotografie kolegów i koleżanek zabitych w styczniu; wielu studentów nadal jest za to aresztowanych i wydalanych. Amerykańscy studenci, którzy okupowali budynki w sprawie Gazy, ryzykowali najwyżej postępowaniem dyscyplinarnym, a irańskim demonstrantom nie zaoferowali niczego.

W listopadzie 2025 roku uzbrojeni napastnicy uprowadzili 303 dzieci i 12 nauczycieli z katolickiej szkoły St. Mary’s w Papiri w Nigerii – było to porwanie większe niż uprowadzenie 276 dziewcząt z Chibok w Nigerii w 2014 roku, kiedy hashtag obiegł świat, a amerykańska pierwsza dama dała się nawet sfotografować z transparentem w dłoniach! Dzieci z Papiri wróciły do domów miesiąc później po negocjacjach dotyczących okupu, nie wywoławszy po drodze żadnej kampanii. Amerykańska Komisja ds. Międzynarodowej Wolności Religijnej, która od siedemnastu lat domaga się, by Waszyngton traktował Nigerię jako kraj szczególnej troski, doliczyła się blisko 53 000 cywilów zabitych tam od 2009 roku w ukierunkowanych aktach przemocy. Prześladowani chrześcijanie stanowią problem marketingowy: chrześcijaństwo funkcjonuje w zachodniej wyobraźni jako historyczna potęga, a nie jako współczesna grupa narażona na prześladowania.

Rasizm i skala także nie wyjaśniają tego schematu. Palestyńczycy nie są ani ludźmi Zachodu, ani nie mieszkają blisko kampusów, na których ich sprawa stała się dominująca, a demonstranci nie domagają się niczego, co naprawdę pomogłoby Palestyńczykom, na przykład wolności od tortur i arbitralnych aresztowań ze strony skorumpowanych przywódców, wolności słowa i prasy oraz edukacji, która przygotowałaby ich do produktywnego i dostatniego życia.

Zachodnie oburzenie wykształciło własną ekonomię polityczną: skuteczna sprawa potrzebuje czegoś więcej niż ofiar. Ulubiona ofiara to nie ta, która cierpi najbardziej, lecz ta, której cierpienie można wykorzystać politycznie. Skuteczna sprawa potrzebuje użytecznego „złoczyńcy”, najlepiej takiego, który już funkcjonuje w obowiązującej narracji. Izrael nadaje się do tej roli niemal idealnie. Jest sprzymierzony z Zachodem, demokratyczny, wspierany przez Waszyngton i stale dostępny dla dziennikarzy. Jego politycy odpowiadają na pytania, jego sądy wydają orzeczenia przeciw własnemu rządowi, a na wszystko to można wywierać nacisk.

Nic podobnego nie da się zorganizować przeciw Talibanowi. Columbia nie ma talibańskiego komitetu inwestycyjnego, przed którym można pikietować, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej nie prowadzi programu wymiany kulturalnej, który można by bojkotować, a sudańscy watażkowie są całkowicie obojętni na senat studencki w Kalifornii. Dyktatury są kiepskimi celami dla performatywnego aktywizmu, ponieważ dyktatorzy są odporni na przedstawienia. Atakowanie Izraela podłącza aktywistę do aparatu grup kampusowych, organizacji pozarządowych i sieci budowanych przez dziesięciolecia, z gotowymi hasłami i ustandaryzowanym słownictwem. Dziewiętnastolatek nie musi nic wiedzieć o Bliskim Wschodzie, żeby wziąć udział. Potrzebuje transparentu. Sudan wymaga odrobienia pracy domowej, a wiedza o reżimie w Iranie wymagałaby od niego przyznania, że przeciwnicy amerykańskiej potęgi często są gorsi od tego, czemu się przeciwstawiają.

Przemysł, który bez przerwy mówi o „intersekcjonalności”, zbudował hierarchię współczucia, w której ofiary i to, co im zrobiono, liczą się mniej niż to, kto tego dokonał i jaką polityczną opowieść można wokół tego zbudować. Nic z tego nie umniejsza cierpieniu Palestyńczyków, które dotknęło realnych ludzi. Pozostawia jednak wszystkich innych za drzwiami.

Konsekwencja jest jedyną rzeczą, której ta machina nie potrafi dostarczyć. Ruch, który naprawdę miałby na myśli to, co mówi o uniwersalnych prawach, mobilizowałby się w obronie jeńców, których właściciele niewolników, tacy jak Katar, dysponują ogromnymi aktywami. Protestowałby przeciw handlowi dziećmi i pobieraniu organów oraz bronił afgańskich kobiet i irańskich dysydentów. Palestyńscy cywile byliby bronieni jako cywile, a nie traktowani jako materiał dowodowy. Taki ruch byłby trudny do zmanipulowania, niemożliwy do monetyzacji i bezużyteczny dla każdej frakcji, która chciałaby go wykorzystać – co wystarczająco dobrze wyjaśnia, dlaczego nikt go nie zbudował.


Link do oryginału: https://www.gatestoneinstitute.org/22846/human-rights-industry

Gatestrone Institute, 13 września 2026


Pierre Rehov, absolwent prawa na Paris-Assas, jest francuskim reporterem, powieściopisarzem i dokumentalistą. Jest autorem sześciu powieści, w tym „Beyond Red Lines”, „The Third Testament” i „Red Eden”, tłumaczonych z języka francuskiego. Jego najnowszy esej poświęcony następstwom masakry z 7 października, „7 octobre – La riposte”, stał się bestsellerem we Francji. Jako filmowiec wyprodukował i wyreżyserował 17 filmów dokumentalnych, z których wiele realizowano z dużym ryzykiem w strefach wojennych na Bliskim Wschodzie, koncentrując się na terroryzmie, stronniczości mediów i prześladowaniu chrześcijan. Jego najnowszy dokument, „Pogrom(s)”, ukazuje kontekst dawnej nienawiści do Żydów w obrębie cywilizacji muzułmańskiej jako główną siłę stojącą za masakrą z 7 października.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Rabbi Attacked, Israeli Tourist Berated in Italy as Antisemitism Continues to Surge


Rabbi Attacked, Israeli Tourist Berated in Italy as Antisemitism Continues to Surge

Ailin Vilches Arguello


A Pro-Palestinian demonstrator waves a Palestinian flag during a national protest for Gaza in Rome, Italy, Oct. 4, 2025. Photo: REUTERS/Claudia Greco

Amid a worsening climate of anti-Israel hostility and rising antisemitism across Italy, Jews and Israelis are increasingly finding themselves targeted in public spaces, with a wave of recent incidents underscoring growing concerns over their safety and freedom.

In one of the latest episodes in northern Italy, a group of Israeli tourists on vacation were subjected to an alleged barrage of antisemitic abuse before being expelled from a restaurant in Limone sul Garda, a town on the western shore of Lake Garda.

According to one member of the group, who recounted their experience in a Facebook group for travelers in northern Italy, the friends were dining at a local spot, Jacky’s restaurant, when a waiter launched into an antisemitic tirade after they asked for the Wi-Fi password.

“You are animals. You are child murderers,” one of the waiters reportedly told the group.

The restaurant owners not only failed to intervene but also called police on the Israeli group as the confrontation unfolded. However, the Israelis said the officers instead apologized to them, acknowledging what had happened before the group left the restaurant.

In another disturbing incident, a 60-year-old rabbi was brutally attacked in Milan on Wednesday while waiting for a bus in the city’s western neighborhood of Bande Nere by three men who have since been arrested.

According to local media reports, the three men — reportedly of Arab origin — physically attacked the rabbi after recognizing him at a bus stop, kicking and punching him before ripping off his hat, stomping on him, and spitting on him.

Shortly after the assault, the rabbi filed a complaint with police but did not seek medical attention.

Local police later arrested the three alleged attackers at a nearby subway station, bringing the immediate confrontation to an end as authorities continued investigating the assault.

Walker Meghnagi, president of the Jewish Community of Milan, denounced the attack, warning that its brutality reflected the growing concerns facing the city’s Jewish community.

“Something so violent has never happened before. I’m ashamed of what’s happening,” Meghnagi told the local newspaper Adnkronos. “Now it’s easy to say those three men were arrested by the police, but how long can they stay out there to make sure these things don’t happen again?”

Like most countries across Europe and the broader Western world, Italy has seen a rise in antisemitic incidents over the last three years, in the wake of the Hamas-led invasion of and massacre across southern Israel on Oct. 7, 2023.

Across the country, Jewish individuals have been facing a surge in hostility and targeted attacks, including vandalism of murals and businesses, as well as physical assaults. Community leaders have warned that such incidents are becoming more frequent amid tensions related to the war in Gaza.

Earlier this year, the Milan-based CDEC Foundation (Center of Contemporary Jewish Documentation) confirmed that antisemitic incidents in Italy almost reached four digits for the first time last year, spiking to record levels.

Of 1,492 reports submitted through official monitoring channels, the CDEC formally classified a record high 963 cases as antisemitic.

By comparison, there were 877 recorded incidents in 2024, preceded by 453 such outrages in 2023 and just 241 in 2022.

In a recent string of incidents, an unknown group of individuals distributed hundreds of pamphlets across Italy urging citizens to report the presence, tourism, and businesses of “Israelis and Zionists” in the country, prompting sharp condemnation from Italian political figures and Jewish community leaders.

According to local reports, the pamphlets appealed to members of the public to cooperate with the initiative, which calls for action against what its organizers describe as “Zionist neo-colonization” in Italy.

Most of last year’s incidents, 643, occurred online on digital platforms, while 320 involved physical acts such as graffiti, vandalism, and desecration of synagogues in addition to discrimination, threats, and assaults.

In May, for example, a restaurant in Naples ejected an Israeli family, telling them, “Zionists are not welcome here.” Months earlier, demonstrators at a January protest in Bologna vandalized a synagogue, painting “Justice for a free Gaza.”

Physical attacks have also occurred.

In November, a pro-Palestinian individual brutally attacked a group of Orthodox Jewish American tourists at Milan’s Central Station, allegedly chasing one of the victims, punching and kicking him, and striking him in the head with a blunt metal ring.

During the attack, the assailant reportedly shouted antisemitic insults and threats, including “dirty Jews” and “you kill children in Palestine, and I’ll kill you.”

In September, a Jewish couple was walking through Venice in traditional Orthodox clothing when three assailants confronted them, shouted “Free Palestine,” and attacked them, slapping both.

This incident followed another attack on a Jewish couple in Venice the month before, when a man and his pregnant wife were harassed near the city center by three unknown individuals.

The attackers approached the couple, shouting antisemitic insults and calling the husband a “dirty Jew,” while physically assaulting them by throwing water and spitting on them.

One of the assailants later set his dog on the couple in an attempt to intimidate them before the group stole their phones.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


UN Adviser Notorious for Anti-Israel Bias Calls for Ending Military Aid to Ukraine


UN Adviser Notorious for Anti-Israel Bias Calls for Ending Military Aid to Ukraine

Corey Walker


Francesa Albanese, the United Nations special rapporteur on the situation of human rights in the Palestinian territories, speaks at a conference, “A Cartography of Genocide: Israel’s Conduct in Gaza,” at the Roma Tre University, in Rome, Italy, Oct. 6, 2025. Photo: REUTERS/Remo Casilli

Francesca Albanese, the United Nations’ special rapporteur on the human rights situation in the Palestinian territories, is facing backlash for calling for an end to military assistance to Ukraine and arguing the war there serves a broader geopolitical interest in keeping Europe weak.

The controversy follows remarks Albanese made on September 19 at the Festival di Open in Parma, Italy. Asked about the war in Ukraine, Albanese said that she agreed with those who believe weapons shipments to Kyiv should stop and that the conflict should instead be brought back into the political arena for talks. She acknowledged that Russia invaded Ukraine and described the invasion as illegitimate, while arguing that there were broader political and geopolitical factors behind the conflict.

Albanese, who has a mandate from the UN to advise the international body on the Israeli-Palestinian conflict, acknowledged last week that she did not have a solution for ending the war in Ukraine and said that she was not an expert on the conflict.

“I agree with those who believe that we need to stop sending weapons to Ukraine and bring the discussion back into the political sphere,” Albanese said.

“I don’t have the solution for ending the war,” she continued, “but I am convinced that the situation in Ukraine is being exploited to justify that horrible argument that we are already at war and that it is a hybrid war.”

The UN adviser also suggested that there was a political calculation within NATO, which she said is led by the United States, that could benefit from a weaker Europe and prolong the conflict at the cost of Ukrainian lives.

“There are a number of reasons that led to that war, but a war remains a war and it is illegitimate,” she added.

Albanese lamenting what she described as a perceived double standard in the international community’s approach to Ukraine and the Israel-Hamas war in Gaza. She argued that international institutions were much more vigorous in applying international law to the conflict in Ukraine and suggested that the lack of sanctions applied to Israel indicated unfairness in application of such laws.

“What I said from the beginning to the diplomats I met, especially those from the Western world, was that when Russia invaded Ukraine, you applied international law exactly according to the books and manuals on how to respond to aggression, from A to Z,” she said. “How is it possible that, in the face of a case that, from the standpoint of aggression, presents similarities — I’m not saying the situations are the same, but there is still an act of aggression — such as Israel’s against Palestine, the same thing is not done?”

Critics were quick to castigate Albanese for her comments.

“Russian propaganda immediately seized on Albanese’s words and her UN title to validate Moscow’s narrative,” UN Watch executive director Hillel Neuer said in a statement. “Having acknowledged Russia’s aggression, she insinuated that there were ‘reasons’ for it and then sought to deprive its victim of the means to defend itself.”

Russia Direct, which is a Russian propaganda social media account, quickly reposted Albanese’s remarks while spotlighting her position  as a UN rapporteur.

Journalist Oz Katerji slammed Albanese as someone who “apologizes” for anti-regimes in Syria, Russia, and Iran, as well as for the Lebanese terrorist group Hezbollah. “So, of course she thinks Ukraine should be cut off from arms,” he added on social media.

Palestinian activist Ihab Hassan quoted Albanese as saying in 2024 that “the situation in Ukraine falls out of my mandate, and I cannot comment on that,” before noting that “she is publicly arguing that weapons shipments to Ukraine should stop.” He then asked, “So, what changed?”

Albanese has repeatedly presented the Gaza conflict through the framework of international law and alleged double standards. Her critics argue that her public interventions frequently move beyond the narrowly defined role of a UN special rapporteur and into political advocacy.

The UN’s special rapporteur system is designed to provide independent expertise on specific human-rights situations. Albanese’s mandate concerns human rights in the Palestinian territories, rather than European security or the Russia-Ukraine war.

Albanese, an Italian lawyer and academic, has held her current position since 2022. It authorizes her to monitor and report on alleged “human rights violations” that Israel supposedly commits against Palestinians in the West Bank and Gaza.

Critics of Albanese have long accused her of exhibiting an excessive anti-Israel bias, calling into question her fairness and neutrality.

Albanese has an extensive history of using her role at the UN to denigrate Israel and seemingly rationalize the Palestinian terrorist group Hamas’s attacks on the Jewish state.

In the months following Hamas’s Oct. 7, 2023, atrocities across southern Israel, Albanese accused Israel of committing “genocide” against the Palestinian people in revenge for the attacks and circulated a widely derided and heavily disputed report alleging that 186,000 people had been killed in the Gaza war as a result of Israeli actions.

The United Nations launched a probe into Albanese in 2024 for allegedly accepting a trip to Australia funded by pro-Hamas organizations. She also celebrated the anti-Israel protesters rampaging across US college campuses, saying they represented a “revolution” and gave her “hope.”

While speaking at a Washington, DC bookstore in October, Albanese also accused Israel of weaponizing the fallout of the Oct. 7 slaughters to justify the continued “colonization” of Gaza.

Citing her alleged antisemitism and intense anti-Israel posture, the Trump administration imposed sanctions on Albanese in 2025.

“Today I am imposing sanctions on UN Human Rights Council Special Rapporteur Francesca Albanese for her illegitimate and shameful efforts to prompt [International Criminal Court] action against US and Israeli officials, companies, and executives,” US Secretary of State Marco Rubio announced on X in July 2025.

“Albanese’s campaign of political and economic warfare against the United States and Israel will no longer be tolerated,” he added. “We will always stand by our partners in their right to self-defense.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Błękitny Kamień Syzyfa – recenzja


Błękitny Kamień Syzyfa – recenzja

Anne Goldschmid


Przy poprzednich książkach Andrzeja Koraszewskiego pisałam już o jego precyzji, ironii, nieufności wobec gotowych prawd, o tym, że sprawdza, wraca do źródeł, rozbiera argumenty i potrafi być równie bezlitosny wobec cudzych tez jak wobec własnych dawnych złudzeń. Pisałam też o jego bezkompromisowości, o potrzebie nazywania rzeczy po imieniu, o tym szczególnym rodzaju cierpliwości, który każe mu wracać do źródła, kiedy inni dawno już zadowolili się nagłówkiem. Wszystko to podtrzymuję. “Błękitny kamień Syzyfa” niczego z tamtego obrazu nie usuwa, przeciwnie, bardzo wiele tłumaczy. Tym razem jednak polityka, historia, Izrael, antysemityzm, komunizm, emigracja czy religia zostały splecione z dzieciństwem Andrzeja, jego rodziną, młodością, Joanną, Małgorzatą, ich wspólnym życiem, chorobami, starzeniem się, śmiercią i samotnością. Czytając wcześniejsze książki, znałam przede wszystkim autora.

Tutaj Andrzej właściwie wywrócił się na drugą stronę i pozwolił się czytać.

To może zabrzmieć dziwnie, ale dokładnie takie miałam wrażenie. Znamy się z rozmów wideo, czasem bardzo długich, a spotkanie twarzą w twarz jeszcze przed nami. Rozmawiamy o tekstach, polityce, Izraelu, Polsce, o czymś, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej i zdążyło już nas oboje zirytować. Znam jego głos, sposób reagowania, charakterystyczną ironię, tę niecierpliwość, która pojawia się wtedy, kiedy ktoś myli opinię z wiedzą albo efektowne zdanie z argumentem. Czasem Andrzej opowiada coś ze swojego życia, więc wiele nazwisk i wydarzeń z książki nie było mi zupełnie obcych. Wydawało mi się, że wiem o nim całkiem dużo, ale po przeczytaniu tej książki zobaczyłam, jak bardzo to poznanie było jednak fragmentaryczne.

“Błękitnego kamienia Syzyfa” nie umiem czytać jak zwyczajnej autobiografii i trudno mi pisać o nim z pozycji krytyka stojącego na zewnątrz, który po lekturze zajmuje się konstrukcją, tempem narracji czy proporcjami między wspomnieniem a komentarzem politycznym. Można oczywiście zauważyć, że pamięć prowadzi tu opowieść własnymi drogami, chronologia czasami się rozluźnia, a wielka historia wchodzi między prywatne sceny bez żadnej zapowiedzi. Mnie podczas lektury interesował przede wszystkim człowiek. Andrzej cofa się do dzieciństwa, domu rodzinnego, rodziców, szkoły, nauczycieli, pierwszych lektur i pierwszych prób rozumienia świata. Jedno nazwisko wywołuje kolejne, dawno przeczytana książka otwiera historię sprzed wielu lat, teraźniejszość miesza się z przeszłością i z czasem przestałam próbować układać wszystko w głowie według dat. Właśnie tak działa pamięć. Wraca przez zdanie, nazwisko, przedmiot, czyjś głos, nagłe skojarzenie. Jest nauczycielka Maria Baranowska, są rodzice, ludzie przewijający się przez dom, jest też młody Koraszewski, którego dzisiejszy Koraszewski nie traktuje z przesadną pobłażliwością. Bardzo to lubię. W wielu autobiografiach ludzi publicznych, które czytałam drażniło mnie to, że po sześćdziesięciu latach ich autorzy okazują się nadzwyczajnie przenikliwi już jako dwudziestolatkowie. Wszystko przewidzieli, wszystko rozumieli, tylko świat wtedy jeszcze za nimi nie nadążał. U Koraszewskiego tego nie ma. Potrafi spojrzeć na własne polityczne naiwności bez żadnej taryfy ulgowej, przyznać, że się mylił, że wierzył w rzeczy, które później oceniał zupełnie inaczej. To bardzo ważne, nie buduje sobie pomnika z własnej biografii.

Później pojawia się Małgorzata i od tego momentu książka zaczyna się dla mnie zmieniać. Najpierw młoda kobieta przy maszynie do pisania, bardzo inteligentna, rzeczowa, logiczna, pozbawiona potrzeby robienia na kimkolwiek szczególnego wrażenia. Ich znajomość zaczyna się od rozmowy, od książek, od pytań, od sprawdzania, co ten drugi wie i czy ma coś ciekawego do powiedzenia. Później ta rozmowa właściwie nigdy się nie kończy. To z tego powodu książka tak mnie poruszyła. Miłość przez wielkie “M” została w niej opisana niemal mimochodem. Andrzej po prostu o niej opowiada. Nie próbuje jej upiększać ani robić z niej postaci większej niż była, a mimo to z każdej kolejnej strony coraz wyraźniej widać, kim była dla niego. Ona sama wychodzi z tych stron, czasem jednym zdaniem, czasem komentarzem do przeczytanego tekstu, reakcją na wydarzenie polityczne, żartem. Znika na chwilę i wraca tak naturalnie, jak ktoś, kto od bardzo dawna mieszka w tym samym domu. Im dalej czytałam, tym mocniej miałam poczucie, że przez ogromną część tej opowieści podstawową jednostką życia jest “my”. To “my” bardzo szybko musi się mierzyć z historią. Rok 1967, lęk o Izrael, polska propaganda, radio, wojna sześciodniowa, a chwilę później Marzec 1968 i cała jego obrzydliwość. Historia u Koraszewskiego schodzi jednak z poziomu politycznych nazwisk do poziomu ludzi. Przyjaciel mówi, że zrozumie, jeżeli ktoś przestanie się z nim spotykać, bo jest Żydem. Małgorzata pyta, czy Andrzej powiedział rodzicom o jej pochodzeniu. Nagle państwo wchodzi między ludzi i próbuje ustalać, kto jest swój, kto jest obcy, i z kim wypada się przyjaźnić, a z kim lepiej już nie. Takie sceny zostają w pamięci dłużej niż kolejne historyczne omówienie Marca. Późniejsze życie na emigracji, Szwecja, Londyn, BBC, polska opozycja, książki wysyłane do kraju, ludzie, którzy dziś funkcjonują w historii pod dużymi nazwiskami, a u Andrzeja pozostają także zwykłymi ludźmi, czasem śmiesznymi, czasem irytującymi, lub po prostu bliskimi. Koraszewski ma tę zaletę, że nie pozwala postaciom z własnej biografii zastygnąć w kamiennych pomnikach. Ktoś może być ważnym intelektualistą ale równocześnie męczyć go swoim charakterem, ktoś może później wejść do podręczników, a w danej chwili jest po prostu człowiekiem przy stole, z którym można się pokłócić albo z którego można się śmiać.

I przez cały ten czas Małgorzata jest obok. W domu, w trakcie pracy, w podróży i w decyzjach. Czasem na pierwszym planie, częściej gdzieś w środku codzienności. Z czasem powstaje między nimi własny język, coraz mniej czytelny dla reszty świata. To chyba jeden z najbardziej intymnych wymiarów tej książki, właśnie dlatego, że nie został specjalnie wystawiony na pokaz. Małgorzata jest przy zakupie domu, w rozmowach o książkach, przy wiadomościach, przy kolejnych tekstach. Z czasem wystarcza jedno spojrzenie, jedno zdanie lub nawet jego brak. Kiedy człowiek żyje z kimś przez dziesięciolecia, tworzy się wspólny słownik, którego nie trzeba już objaśniać.

Potem pojawia się Joanna i fragmenty o niej czytałam wolniej. Historii choroby dziecka nie da się streścić bez spłaszczenia czegoś bardzo ważnego. Joanna choruje na białaczkę, pisze pamiętnik, ale nadal pozostaje inteligentna, dowcipna, próbuje funkcjonować w rzeczywistości, w której normalność niestety coraz bardziej znika. Jest leczenie, są okresy nadziei, jednak później choroba wraca. Andrzej pisze, że śmierć Joanny wykopała między nim i Małgorzatą a resztą świata przepaść. To zdanie zostało ze mną, bo bardzo dokładnie opisuje coś, co ludzie nieznający takiej straty mogą rozumieć tylko z daleka. Po śmierci bliskiego człowieka świat bezczelnie trwa dalej, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Joanna nie zostaje później zamknięta w jednym rozdziale. Jest obecna przez następne dekady, czasem bez słów, ale stale. Wraca przy cudzym cierpieniu, przy myśleniu o śmierci, przy kolejnych stratach. Andrzej i Małgorzata wiedzą już, że są rzeczy, które nigdy nie mijają. Człowiek uczy się z nimi istnieć. To dlatego tak mocny jest fragment o wcześniejszym “Błękitnym kamieniu”, małej książce złożonej z fragmentów pamiętnika Joanny, własnych zapisków Andrzeja i wierszy napisanych po jej śmierci. Joanna, wiedząc już, że umiera, powiedziała szkolnej przyjaciółce, że chciałaby mieć błękitny kamień nagrobny z napisem “Hon log och dog”, “Uśmiechnęła się i umarła”. Ten błękit pojawił się więc w jego pisaniu wiele lat wcześniej, związany z córką i z jedną z największych tragedii jego życia. Kiedy wraca później w tytule “Błękitnego kamienia Syzyfa”, niesie już ze sobą całą tę wcześniejszą historię.

Życie trwa i właśnie to “trwa” zaczyna mieć w tej książce coraz większy ciężar. Jest praca, BBC, polityka, przemiany w Polsce, upadek komunizmu, powrót do kraju, Dobrzyn, dom, sad, ogród i Wisła. Ten dom z czasem przestaje być zwykłym miejscem zamieszkania. Staje się centrum wspólnego życia i wspólnej pracy. To tam powstają “Listy z naszego sadu”. Dzisiaj patrzę na tę nazwę zupełnie inaczej niż przed lekturą. Wcześniej była dla mnie nazwą strony i projektu, który znam od lat. Teraz widzę w niej dwoje ludzi. Andrzej i Małgorzata codziennie czytają, wybierają, porównują, rozmawiają o tym, co dzieje się na świecie. Polityka nie jest dla nich zainteresowaniem, ale częścią ich codzienności, częścią wspólnego myślenia. Poranne sprawdzanie wiadomości, tekst, który trzeba przeczytać, coś, co warto przetłumaczyć albo opublikować, komentarz drugiej osoby, która natychmiast widzi słabszy punkt argumentu. Po latach trudno nawet powiedzieć, gdzie kończy się praca jednego, a zaczyna drugiego.

Dlatego tak ważne miejsce zajmuje tutaj Izrael. Te fragmenty były mi szczególnie bliskie i chcę to powiedzieć precyzyjnie. We Francji zajmowałam się sprawami Izraela również zawodowo, w Polsce przez lata byłam przede wszystkim autorką wierszy i właśnie w nich Izrael oraz sprawy żydowskie stale powracały. Jestem Żydówką. Ten rodzaj niepokoju, który pojawia się u Andrzeja i Małgorzaty pod koniec lat sześćdziesiątych, znam także z historii własnej rodziny. Moi rodzice zostali zmuszeni do emigracji z Polski po antysemickiej kampanii 1968 roku. Na szczęście sama tego nie pamiętam, nie było mnie jeszcze na świecie, ale dorastałam z wiedzą o tym, co ich stąd wypchnęło i jak szybko państwo może ludziom powiedzieć, że po prostu przestali być u siebie. Późniejsze powroty antysyjonizmu, kolejne zmiany języka i przepisywanie starej nienawiści na nowe słownictwo czytam także przez tę rodzinną pamięć. Gniew, który u Andrzeja narasta po 7 października, jest mi bardzo dobrze znany. Izrael i sprawy żydowskie nigdy nie były dla mnie obcym tematem oglądanym z bezpiecznej odległości.

Andrzej prowadzi czytelnika od roku 1967 przez kolejne podróże do Izraela, fascynację krajem i próby zrozumienia społeczeństwa budowanego przez ludzi pochodzących z bardzo różnych części świata, aż po coraz większe rozczarowanie sposobem, w jaki Izrael jest przedstawiany przez Zachód. Podoba mi się, że sam przyznaje, iż ogląda z Małgorzatą tylko fragmenty rzeczywistości, pocztówki z kraju, którego nie sposób zrozumieć podczas kilku wizyt czy nawet przez przeczytanie wielu książek. Jest fascynacja, jest sympatia, ale nigdy nie ma udawania wszechwiedzy. Ważnym momentem jest Durban w 2001 roku, konferencja ONZ przeciw rasizmowi, która w jego opisie staje się jednym z symboli przywracania antysyjonizmu jako języka akceptowalnego. Andrzej i Małgorzata zaczynają jeszcze uważniej patrzeć na to, skąd czerpią swoje wiadomości. Zmienia się ich poranny przegląd prasy. Coraz częściej zaczynają od źródeł izraelskich, bo rośnie nieufność wobec sposobu, w jaki konflikt opisują media zachodnie. Potem przychodzi 11 września, islamizm, kolejne wojny, Rosja i następne ideologie, które zmieniają wyłącznie nazwy, ale prowadzą do bardzo podobnych rezultatów.

Czytając to wszystko razem, zobaczyłam jeszcze wyraźniej coś, co przy wcześniejszych książkach Andrzeja opisywałam głównie jako cechę jego publicystyki. Potrzeba sprawdzania nie jest wyłącznie warsztatem. Przez lata stało się to ich wspólnym sposobem patrzenia na świat. Andrzej i Małgorzata czytają, spierają się, czasem dochodzą do wspólnego wniosku, czasem zatrzymują się i zostawiają pytanie bez odpowiedzi. W części dotyczącej Gazy pojawia się moment, kiedy zastanawiają się nad rzeczywistym poparciem palestyńskiego społeczeństwa dla kultu przemocy i potrafią powiedzieć: tego uczciwie nie wiemy. Bardzo cenię takie momenty, bo łatwo jest mieć opinię, dużo trudniej zostawić miejsce na niewiedzę. Szczególnie w czasach, kiedy właściwie każdy ma gotową odpowiedź po przeczytaniu jednego nagłówka.

Potem przychodzi 7 października 2023 roku i ton książki się zmienia. Jest masakra, są zakładnicy, Hamas, reakcja świata, demonstracje i media, które bardzo szybko zaczynają przesuwać ciężar opowieści z tego, co wydarzyło się 7 października, na oskarżenia wobec Izraela. Andrzej pisze coraz ostrzej. Jest w nim gniew, czasami wściekłość, którą doskonale rozumiem. Widzę też, jak wszystko, co wydarzyło się przez poprzednie dziesięciolecia, nagle wraca jednocześnie: Marzec, antysemityzm ukrywany pod słowem “antysyjonizm”, Durban, media, instytucje międzynarodowe, to nieustające zdumienie, jak szybko świat potrafi przejść od współczucia Żydom do tłumaczenia im, że przesadzają z własnym strachem. Andrzej pisze, że po 7 października została już tylko obrona przed kłamstwem. Po przeczytaniu całej książki to zdanie ma dla mnie dodatkowy ciężar, bo obrona przed kłamstwem była także częścią ich wspólnej pracy, częścią ich “my”.

I wtedy Małgorzata umiera. Nagle, bez długiego pożegnania, zostawiając gotowy tekst na ekranie. Od tego momentu wszystkie wcześniejsze strony czyta się inaczej, bo przez tę książkę zdążyłam się do jej obecności przyzwyczaić. Do tego, że zaraz coś powie, skomentuje, ostudzi emocję, podważy zbyt szybki wniosek. Andrzej sam pisze później, że Małgorzata pilnowała rzeczowości i chłodziła jego emocje, a przyjaciel zauważa, że po jej śmierci w jego tekstach pojawia się więcej gniewu. Potem tego głosu już nie ma, a zostaje dom, w którym wszystko nadal o niej przypomina. Andrzej siedzi w fotelu, w którym zmarła, robi notatki jej piórem, nosi jej rękawiczki. Długo były za małe, w końcu się rozciągnęły i może je zakładać. Czasami, przygotowując jedzenie, automatycznie wyjmuje dwa talerze. Rozmawia z kotami, czasem sam ze sobą, żeby usłyszeć ludzki głos. Przechodzi z pokoju do pokoju i dotyka przedmiotów, które uruchamiają pamięć. To są dla mnie jedne z najmocniejszych stron tej książki, właśnie przez zwyczajność tych gestów. Żałoba nigdy nie rozgrywa się w nich w wielkich scenach. Jest w talerzu wyjętym odruchowo dla osoby, której już nie ma, w piórze leżącym na biurku, w rękawiczkach, które zachowały jeszcze coś z jej obecności.

I nadal jest praca.

To właśnie tutaj książka poruszyła mnie najmocniej, bo znam Andrzeja dzisiaj. Widzę człowieka, który nadal czyta ogromne ilości tekstów, szuka materiałów, zapisuje je, wybiera, pisze, śledzi wiadomości i wraca do tematów. Potrafi w jednej rozmowie przesłać artykuł, którego jeszcze nie zdążyłam przeczytać, przypomnieć tekst sprzed wielu lat i natychmiast połączyć go z tym, co wydarzyło się rano. Przed lekturą widziałam w tym głównie jego temperament. Teraz widzę również dalszy ciąg tego, co robił z Małgorzatą.

“Póki jestem, musi trwać to, co robiliśmy razem.”

To zdanie jest dla mnie jednym z najważniejszych w całej książce. Dlatego nie chcę pisać, że Andrzej “pracuje za dwoje”. Byłoby w tym coś za bardzo łatwego. On sam nazwał to znacznie trafniej: kontynuuje to, co robili razem. “Listy z naszego sadu” przetrwały, świat jest nadal sprawdzany, materiały nadal trafiają na stronę, teksty nadal powstają, choć po drugiej stronie biurka nie ma już jej fizycznie – jest obecna inaczej. Kiedy to przeczytałam, pomyślałam sobie, ile drugiego człowieka wchodzi przez kilkadziesiąt lat w nasze własne myślenie. Ktoś mówi “ja”, ale po pół wieku wspólnego życia w tym “ja” jest już mnóstwo wspólnych już reakcji, gestów i sposobów patrzenia. Wiemy, co druga osoba powiedziałaby na zbyt mocne zdanie, gdzie by się zatrzymała, czego by nie zaakceptowała, z czego by się roześmiała. I nawet kiedy jej nie ma, ta wiedza nie znika.

Dla mnie “Błękitny kamień Syzyfa” jest przede wszystkim książką o miłości.

O miłości bardzo długiej, zupełnie pozbawionej potrzeby demonstrowania samej siebie. O takim rodzaju bliskości, który z czasem przestaje potrzebować wielkich deklaracji, bo jest już wbudowany w sposób rozmowy, pracy, milczenia, reagowania na wiadomość przeczytaną przy drugim komputerze. Andrzej nie pisze wielkich zdań o uczuciu do Małgorzaty, a ja przez całą książkę to uczucie widzę. Właśnie dlatego jest tak mocne. Jest obecne w ostatnich spacerach, kiedy coraz trudniej jej chodzić, w powrocie do domu, w kawie przyniesionej do biurka, w tym, że po kilkudziesięciu latach wystarcza samo spojrzenie. Jest później w przedmiotach, których Andrzej nie potrafi traktować jak zwykłych rzeczy. W pracy, którą kontynuuje. W tytule strony, którego po jej śmierci nie zmienia, bo “Listy z naszego sadu” pozostają listami z ich sadu.

W książce jest też bardzo dużo starości i chyba również dlatego tak mnie poruszyła. Starość bez lukrowania. Ciało zaczyna przeszkadzać, są operacje, choroby, ból, ograniczenia, coraz krótsze spacery. Małgorzata po nieudanej operacji biodra nie może już chodzić tak jak wcześniej. Andrzej opisuje własne ciało również z ironią – dobrze wie, że biologii nie interesują nasze dalsze plany. A jednak umysł nadal jest zajęty. Jest tekst do poprawienia, materiał do przeczytania, coś do sprawdzenia. Po śmierci Małgorzaty ta aktywność nabiera jeszcze innego znaczenia, bo staje się także formą trwania ich wspólnej pracy. Dopiero pod koniec tytuł naprawdę odsłania wszystkie swoje warstwy. “Błękitny kamień” pojawił się u Andrzeja znacznie wcześniej, w książce związanej z Joanną. Po latach ten kamień wraca już jako kamień Syzyfa. Błękit ma kilka znaczeń. Andrzej pisze o nim jako o kolorze boskim, zaraz potem pojawia się również błękit izraelskiej flagi, Izraela obecnego w jego życiu i pisaniu od dziesięcioleci. Jest w tym także wcześniejszy błękit Joanny, więc jeden kolor łączy nagle bardzo odległe miejsca tej biografii.

A Syzyf? Ja czytam go jako Andrzeja.

Człowieka, który wie, że kamień znowu spadnie. Wie, że kolejny tekst nie sprawi, że następnego dnia świat przestanie produkować kłamstwa, że żadna liczba argumentów nie wyleczy ludzi z potrzeby nienawiści, że śmierci Joanny nie można cofnąć, Małgorzata nie wróci do drugiego komputera, a kamień i tak znajdzie się znowu na dole. Mimo tego trzeba po niego zejść. I właśnie tu pojawia się jedna z najpiękniejszych scen tej książki. Syzyf schodzi ze zbocza i po drodze widzi kwitnące krzewy, ptaka kąpiącego się w wodzie zgromadzonej po deszczu, obserwuje harce małych lisów, stara się ich nie spłoszyć, szuka słowika, którego słyszy gdzieś nad sobą. Na dole leży kamień i za chwilę znowu trzeba będzie go pchać. To jest dla mnie bardzo ‘Koraszewskie’. Bez metafizycznego pocieszenia, bez obietnicy, że wszystko wydarzyło się po coś. Absurd pozostaje absurdem. Kamień spada. Człowiek traci ludzi, których kochał, starzeje się, ciało coraz gorzej współpracuje, świat nadal bywa potwornie głupi. Jednak po drodze nadal można zobaczyć coś, co na chwilę odrywa wzrok od kamienia. Jest coś do przeczytania, coś do napisania, człowiek, z którym warto porozmawiać. Można przez chwilę zobaczyć kwitnący sad i być szczęśliwym, wiedząc doskonale, co czeka na dole.

Będę do tej książki wracać. Do mojego nad tą książką wzruszenia. Jest na mojej półce wiele książek, które przeczytałam z zainteresowaniem, kilka takich, które uważam za bardzo ważne, ale bardzo niewiele takich, o których już po skończeniu wiem, że nie przeczytałam ich po raz ostatni. “Błękitny kamień Syzyfa” należy do tej ostatniej grupy. Zmienił mi sposób patrzenia na człowieka, którego już wcześniej znałam. Przy poprzednich książkach widziałam przede wszystkim jego umysł, tutaj zobaczyłam, z czego ten umysł wyrósł i jakie życie stoi za dzisiejszym sposobem myślenia Andrzeja. Zobaczyłam dzieciństwo, młodość, ludzi, którzy go ukształtowali, polityczne błędy i rozczarowania, Joannę i ranę, która nigdy się nie zamknęła, Małgorzatę i kilkadziesiąt lat wspólnej rozmowy, a potem samotność człowieka, który po tym wszystkim nadal rano otwiera komputer.

Kiedy będziemy rozmawiać o Izraelu, pewne jego zdania będę słyszała inaczej, pamiętając Małgorzatę z roku 1967. Kiedy Andrzej zirytuje się nierzetelnym artykułem, będę wiedziała, że przez dziesięciolecia obok niego siedziała osoba, która potrafiła tę złość schłodzić. Kiedy przyśle mi następny tekst albo link, zapewne przypomnę sobie jego własne zdanie, że póki jest, musi trwać to, co robili razem. I może właśnie na tym polega dla mnie sens całego tytułu. Kamień spada, Andrzej po niego wraca, a po drodze nadal patrzy na świat.

Z przyjaźnią i ogromnym wzruszeniem.


Anne Goldschmid, Paryż, 17 września 2026 r.

P.S. „Błękitny Kamień Syzyfa” e-booka jest już w sprzedaży i można go kupić tu; https://www.legimi.pl/ebook-blekitny-kamien-syzyfa-andrzej-koraszewski,b1711500.html. Premiera papierowego wydania odbędzie 1 października w dobrzyńskim Domu Kultury o godzinie 18:00. Potem książka będzie dostępna w sklepie Wydawnictwa „Stapis” i w innych miejscach.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Terrorist kills Netanel Shakron, father of six, in Samaria on Yom Kippur eve


Terrorist kills Netanel Shakron, father of six, in Samaria on Yom Kippur eve

JNS Staff


“Today, six young Israeli children lost their father to heinous terrorism,” the Israeli government stated. “May his memory be a blessing.”

“Today, six young Israeli children lost their father to heinous terrorism,” the Israeli government stated. May his memory be a blessing.”

A Palestinian terrorist shot and killed Netanel Shakron, a father of six, near Neveh Tzuf in the Binyamin region of Samaria on Sunday, on the eve of Yom Kippur, the holiest day on the Jewish calendar, the Israeli Foreign Ministry said.

“Today, six young Israeli children lost their father to heinous terrorism,” the ministry stated, of the attack in the area which is also known as Halamish. “May his memory be a blessing.”

Shakron was reportedly in his 40s.

In the past, news outlets, international organizations and Palestinian leaders have highlighted what they say is Israeli aggression on and leading up to Muslim holidays and holy months. The Oct. 7 terror attack took place on a Jewish holiday.

The gunman reportedly shot at Israeli civilians from a vehicle near a natural spring in the area. The victim’s son saw him get shot, according to reports. Shakron was later pronounced dead at Beilinson Hospital in Petach Tikvah.

Minutes after the shooting, an Israeli soldier near the scene arrived and shot at the attacker, injuring the latter, who fled, the Israeli military said.

Israeli troops later caught the terrorist after he sought treatment at a nearby hospital, according to the Israel Defense Forces. Israeli special forces assisted in the search, and Israeli Air Force craft were deployed to support the operation.

“No terrorist is immune, nor are those who aided them. We will settle the score with all of them. In Gaza, in Lebanon and in Judea and Samaria,” Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu stated on Sunday.

.
Israeli soldiers and police officers near the scene of an attack, in which a terrorist shot and killed Netanel Shakron, a father of six, at a spring near Neve Tzuf in the Binyamin region of Samaria, Sept. 20, 2026. Credit: Hilel Ben Or/Flash90.

“I have instructed the IDF and the Shin Bet to operate in Judea and Samaria with reinforced forces, impose closures and conduct offensive operations and arrests to safeguard the security of Israel’s citizens,” he stated. “I have ordered immediate action to demolish the terrorist’s home.”

“On behalf of all the citizens of Israel, my wife and I extend our heartfelt condolences to the family of the victim murdered in the attack and share in their profound grief,” Netanyahu said.

Israeli President Isaac Herzog said on Sunday that the deadly terrorist attack comes just before Yom Kippur, when Israeli Jews gather for the holiest day of the year.

“I bow my head in memory of the victim murdered in the terror attack. I share wholeheartedly in the grief of his family and community and pray for the recovery of the wounded,” he stated.

“On the eve of this sacred festival, let it be stated clearly, ‘Terror will not break us, and it will not shake our spirit,’” he stated. “We will stand against terror together, united, resolute and full of faith.”

Binyamin Regional Council head and Yesha Council chairman Yisrael Ganz said while touring the scene that residents had come to the spring to immerse themselves ritually ahead of Yom Kippur. A terrorist armed with an M16 rifle opened fire on them, he said.

“This is a very difficult incident, but we are strong and we will get through this as well,” he stated. “With God’s help, during Sukkot, this place will once again be filled with visitors. No one will drive us away from here.” (Sukkot is an upcoming holiday, which begins on Oct. 2 at night.)

Israeli soldiers also killed a terrorist, who the military said tried to drive into troops operating near Ganim in northern Samaria, the military said on Sunday. No Israeli soldiers were wounded.

The Jewish state has arrested about 230 wanted Palestinians and seized more than 100 weapons during counterterror operations in Judea and Samaria in recent months, the IDF said on Thursday.

Troops conducted searches at more than 1,200 locations, including a facility used to manufacture explosive devices, according to the military. The IDF said that it would “continue to operate to thwart terrorism and maintain security in Judea and Samaria.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com