Photo: Le Parisien, Le Figaro, Le Monde, Libération.
Samobójcza religia buntu
Anna Grabowska (Anne Goldschmid)
Nie mam już najmniejszej ochoty słuchać kolejnego wykładu o tym, że przede wszystkim należy “zrozumieć gniew młodzieży”. Rozumiem go doskonale i chyba właśnie dlatego jestem jeszcze bardziej wściekła na to, co widzę. Francuska szkoła od lat się degraduje. Nauczycieli brakuje, a w części placówek faktycznie na zastępstwo można czekać tygodniami. Uczniowie mają przeładowane plany i coraz częściej funkcjonują w budynkach, o których stanie władze przypominają sobie dopiero wtedy, kiedy zaczynają odpadać sufity. Do tego dochodzi Parcoursup, centralny system rekrutacji na studia, który potrafi miesiącami trzymać maturzystę w niepewności, bo młody człowiek składa papiery i później obserwuje, czy uczelnia go przyjmie oraz jak przesuwa się na liście. Tak, przy francuskiej tradycji do manifesowania to wszystko jest wystarczającym powodem, żeby wyjść na ulicę i zrobić politykom piekło. Nie potrafię natomiast zrozumieć, w jaki sposób z braku pieniędzy na szkołę pojawił się pomysł, żeby tę szkołę jeszcze podpalić.
Liceum Nelson-Mandela w Nantes jest chyba najlepszą fotografią francuskiego absurdu roku 2026. Ogień zniszczył całe wejście, przedarł się do wnętrza i do pracowni z komputerami, więc szkoła nie będzie mogła normalnie przyjąć ponad 1700 uczniów i studentów aż do ferii na Wszystkich Świętych. Ludzie wyszli walczyć o lepsze warunki nauki i efektem jest szkoła, w której przez następne tygodnie w ogóle nie da się normalnie uczyć. Jeśli ktoś chciał stworzyć metaforę kraju, który protestuje przeciwko własnej degradacji, degradując się jeszcze szybciej, zrobił to naprawdę perfekcyjnie. Odbudowę będzie trzeba sfinansować z tych samych pieniędzy, których podobno na edukację brakuje, a przecież do rachunku dochodzą jeszcze wszystkie konsekwencje interwencji i późniejszej organizacji nauki. Nie wiem, ile trzeba mieć pogardy dla wspólnego dobra, żeby krzyczeć o braku środków na szkołę, a kilka minut później patrzeć, jak ta szkoła płonie.
A już szczególnie obrzydliwie wygląda to, co wydarzyło się dziś w Belfort. Policjant w cywilu działający w okolicach liceum Gustave-Courbet został zaatakowany, przewrócony na ziemię i bity przez kilku ludzi. Jeden walił go pięściami w głowę, drugi kopał. Funkcjonariusz trafił do szpitala, zostało wszczęte śledztwo o usiłowanie zabójstwa. Jednego podejrzanego zatrzymano. To nie jest już rozbrykany siedemnastolatek przewracający śmietnik, którego zaraz będziemy przez godzinę diagnozować społecznie. Człowiek leżał na ziemi i był kopany w głowę przez grupę napastników. W tle słychać wyzwiska pod adresem policji. I właśnie w takich dniach lider największej partii radykalnej lewicy uznaje, że właściwą rzeczą jest opowiadać młodym ludziom przede wszystkim o “policyjnej dzikości”.
Mélenchon (LFI) mógł wykorzystać ogromny wpływ, jaki ma na młodzież, żeby wyhamować tę sytuację. Doskonale wie, że dla znacznej części młodych Francuzów jest politycznym autorytetem i że jego słowa nie znikną po konferencji prasowej. A mimo to wezwał swoich ludzi do “stawienia czoła policyjskiej dzikości” i dorzucił, że “nie będzie ani zapomnienia, ani przebaczenia”. W tamtym momencie jakoś nie znalazł równie mocnych słów dla przemocy manifestantów. Dopiero następnego dnia, kiedy polityczny smród zrobił się trudny do zniesienia, pojawiło się zapewnienie LFI o “niestosowaniu przemocy”. Znam ten numer. Najpierw należy powiedzieć rozwścieczonym ludziom, kto jest ich wrogiem i dlaczego gniew jest uzasadniony, a następnego dnia, najlepiej małym drukiem, przypomnieć, że właściwie wszyscy jesteśmy zwolennikami pokoju. Jakże wygodna metoda prowadzenia polityki, szczególnie kiedy to cudze dzieci stoją na ulicy, a samemu stoi się przy mikrofonie.
Bally Bagayoko, mer Saint-Denis z LFI, dostarczył do tego widowiska obrazka, którego nie wymyśliłby nawet wyjątkowo złośliwy satyryk. Mer miasta stoi obok płonącego kosza, jest oklaskiwany przez manifestujących i uradowany tańczy. To człowiek sprawujący władzę samorządową, a wokół niego koszmar. Mnie na jego miejscu nie przyszłoby do głowy podrygiwać jak idiota z zadowoloną miną. Byłabym wściekła, że w moim mieście młodzież podpala wspólną własność i że przed szkołami trzeba ustawiać oddziały policji. Bagayoko później poszedł jeszcze dalej, uznając, że przemoc może być “uzasadniona”. Słowo daję, że trudniej byłoby pokazać, jak bardzo ta część lewicy pomyliła przedstawiciela Republiki z ulicznym radykałem. W sytuacji, w której dorosły polityk powinien młodzieży postawić granicę, daje jej coś dokładnie odwrotnego: poczucie, że po tej właściwej stronie politycznej niemal wszystko da się później wytłumaczyć.
I właśnie dlatego tak bardzo zbrzydła mi lewica. Piszę to jako ktoś, kto właściwie całe dorosłe życie stał po jej stronie i długo uważał, że to tam znajduje się moje polityczne miejsce. Tym większą czuję dziś pogardę dla tego, czym jej radykalna francuska odmiana się stała. Lewica, którą pamiętam, miała emancypować człowieka przez wiedzę i samodzielność. Praca była częścią godności, a szkoła miała być windą wyciągającą z biedy. Świecka Republika nie była czymś, za co trzeba przepraszać człowieka tylko dlatego, że przywiózł ze sobą inną tradycję. Dzisiaj zamiast emancypacji coraz częściej widzę polityczne infantylizowanie ludzi, którym bez końca wyjaśnia się, dlaczego odpowiedzialność za ich własne czyny właściwie nigdy nie spoczywa całkiem na nich. Gdy ktoś coś rozwali, natychmiast pojawia się długa kolejka osób gotowych opowiedzieć każdemu o jego krzywdzie. Znacznie trudniej znaleźć polityka, który bez socjologicznego rozgrzeszenia powie, że prawie dorosły człowiek odpowiada za to, że kopnął leżącego policjanta albo podpalił cudze mienie.
Francja płaci za takie tchórzostwo od dziesięcioleci i płaci coraz więcej również dosłownie. Na koniec drugiego kwartału tego roku dług publiczny wynosił już 3 biliony 595,5 miliarda euro, czyli 119 procent PKB. W zaledwie trzy miesiące urósł o prawie 60 miliardów. Tego rachunku nie zapłaci żadne abstrakcyjne “państwo”, bo państwo samo niczego nie zarabia. Każdy kolejny miliard długu wcześniej czy później wraca do ludzi w podatkach lub składkach, odbija się na jakości usług publicznych albo zostaje przerzucony na następne pokolenie. Przez lata lewica zrobiła bardzo wiele, żeby z politycznego języka zniknęła druga strona tego równania. Świadczenie brzmi pięknie, “socjal” również, a nowe “prawo” jeszcze piękniej. Znacznie mniej ładnie brzmi pytanie, kto będzie na to pracował.
Nie mam nic przeciwko systemowi, który pomaga człowiekowi naprawdę choremu albo komuś, komu życie nagle się zawaliło. Sama uważam takie zabezpieczenie za jedno z osiągnięć europejskiej cywilizacji. Tyle że solidarność traci sens, kiedy politycy boją się wymagać samodzielności od ludzi, którzy są do niej zdolni, bo przez lata dużo łatwiej było dopisać następny wyjątek niż narazić się kolejnemu środowisku wyborców. Uczono ludzi pytać, co jeszcze państwo może im dać, i zadziwiająco rzadko przypominano, że to wszystko finansuje ktoś, kto każdego ranka wstaje do pracy. Kiedy po dziesięcioleciach takiej polityki przychodzi w końcu informacja, że pieniędzy już naprawdę brakuje, reakcją ma być bunt przeciwko samemu istnieniu ograniczeń. Lewica oczywiście natychmiast staje na czele tego buntu, chociaż przez lata uczestniczyła w budowaniu modelu, który właśnie doszedł do finansowej ściany.
Za jedno z najdroższych państw w Europie Francuzi coraz częściej dostają usługę, której jakość trudno uznać za europejski luksus. Francuski Rzecznik Praw ustalił, że już 61% osób ma trudności z przejściem przez procedury administracyjne, podczas gdy w 2016 r. mówiło o tym 39%. Prawie co czwarty człowiek rezygnuje w końcu z należnego mu prawa, bo nie potrafi przebić się przez system. Kto mieszka tutaj od zawsze, nie potrzebuje tabelki, żeby wiedzieć, o czym mowa. Prosta sprawa potrafi utknąć na kilka miesięcy, a dokument wysłany dwukrotnie nadal bywa dokumentem, którego urząd podobno nigdy nie widział. W ochronie zdrowia coraz trudniej znaleźć część specjalistów, szpitale od dawna mówią o kryzysie kadrowym, a teraz szkoła pokazuje nam następny fragment tego samego obrazu. Państwo jest potwornie drogie, zadłużone po szyję i zachowuje się wobec obywatela jak firma, która pobrała abonament z góry, po czym wyłączyła telefon.
Do tego doszła integracja, temat, który przez lata obłożono we Francji tyloma zakazami językowymi, że każda poważna rozmowa kończyła się podejrzeniem o rasizm. Nie chodzi mi o kolor skóry człowieka oglądanego przez kilka sekund w telewizji i nie potrzebuję zgadywać czyjegoś pochodzenia po twarzy. Chodzi o to, że państwo przyjmowało bardzo wielu ludzi, a później zbyt często zachowywało się tak, jakby dokument pobytowy i mieszkanie wystarczyły do stworzenia wspólnoty. Nie wystarczą. Integracja wymaga pracy przede wszystkim od państwa, które musi zapewnić sprawną szkołę i możliwość wejścia na rynek pracy, ale wymaga również wysiłku od tego, kto tutaj przyjechał. Francja nie ma obowiązku przepraszać za własne zasady. Równość kobiet nie jest propozycją do negocjacji, a rodzinna tradycja nie może być wiecznym argumentem usprawiedliwiającym życie poza regułami wspólnoty. Przez zbyt wiele lat łatwiej było finansować skutki porażki integracyjnej, niż przyznać, że samo stawianie wymagań nie jest żadną formą opresji.
Wystarczy zresztą włączyć dziś telewizor, żeby zobaczyć, jak bardzo protest dotyczący francuskich szkół został już oblepiony konfliktami, które początkowo nie miały z nim nic wspólnego. Obok haseł o nauczycielach pojawiają się palestyńskie flagi. Widzimy także algierskie. Co mają wspólnego z Parcoursup, stanem liceum albo godzinami lekcji? Nic. Za to doskonale pasują do politycznego świata, który przez ostatnie lata zrobił z Palestyny uniwersalny emblemat każdej możliwej rewolty. W Roanne również informowano o ludziach przybyłych spoza miasta z flagami algierskimi i palestyńskimi, którzy włączyli się w protesty.
W Carpentras przekroczono jeszcze jedną granicę, bo podczas blokady liceum padły słowa: “Kim są Żydzi? Depczemy ich”. Nie interesuje mnie już później żaden wykład o tym, że wszystko to jest krytyką Netanjahu, Izraela albo wojny. Kiedy ktoś mówi “Żydzi”, mówi o Żydach. Antysemityzm nie przestaje nim być dlatego, że człowiek trzyma w drugiej ręce palestyńską flagę. Dla mnie to jest szczególnie odrażające, bo widzę od trzech lat, z jaką obsesją część francuskiej skrajnej lewicy pompuje ten temat w młode pokolenie, jak sprawnie zrobiła z niego język politycznej identyfikacji i jak chętnie korzysta z niego LFI. Potem przychodzi dzień protestu o nauczycieli, a przed szkołą ktoś zaczyna krzyczeć o Żydach. Naprawdę trudno udawać zaskoczenie, jeżeli przez lata przesuwało się granice tego, co wolno powiedzieć.
Prawica oczywiście na tym wygrywa i będzie wygrywać dalej, dopóki lewica będzie prowadzić dla niej darmową kampanię. Bruno Retailleau doszedł już do punktu, w którym publicznie mówi o możliwości rozwiązania LFI. Jeszcze kilka lat temu sama obecność takiego pomysłu w poważnej debacie politycznej wydawałaby się absurdalna. Dzisiaj ludzie słuchają tego po obejrzeniu płonącej szkoły, pobitego policjanta i mera z LFI tańczącego obok płonącego kosza. Później słyszą Mélenchona opowiadającego o “policyjnej dzikości”. Następnego dnia wracają do własnego życia, próbują znaleźć lekarza albo przebić się przez biurokrację, po czym ktoś im jeszcze tłumaczy, że jeśli przesuwają się w prawo, najwyraźniej dali się uwieść “faszyzacji”. Naprawdę potrzeba wyjątkowej pogardy dla inteligencji własnych wyborców, żeby przez lata produkować powody ich wściekłości, a później obrażać się na sposób, w jaki głosują.
Mnie ta lewica zbrzydła chyba właśnie dlatego, że przez tak wiele lat była również moja. Nie mam wobec niej komfortu dawnego przeciwnika, który może z satysfakcją powiedzieć, że zawsze miał rację. Patrzę na własne dawne środowisko polityczne i widzę, jak z emancypacji zrobiło kult usprawiedliwiania, z solidarności coraz częściej robi klientelizm, a z buntu przeciwko niesprawiedliwości zrobiło permanentną potrzebę konfliktu. Najgorszy jest widok polityków, którzy wiedzą doskonale, że siedemnasto- i osiemnastolatkowie są rozgrzani do czerwoności, i zamiast zachować się jak dorośli, próbują wycisnąć z tej temperatury kilka kolejnych punktów poparcia. Mélenchon wskazuje policję. Bagayoko bawi się w tłumie. Potem wszyscy razem zapewniają, że przemoc oczywiście nie jest ich metodą. Cynizm byłby nawet imponujący, gdyby jego skutkiem nie byli prawdziwi ludzie bici i kopani oraz szkoły stojące w ogniu.
Jeśli Marine Le Pen albo ktoś z jej obozu rzeczywiście wejdzie do Pałacu Elizejskiego, chciałabym oszczędzić sobie późniejszego wielkiego przedstawienia francuskiej lewicy z pytaniem, jak mogło do tego dojść. Wystarczy zachować nagrania z tych kilku dni. Wystarczy przypomnieć sobie płonące liceum w Nantes, policjanta leżącego na ziemi w Belfort, Mélenchona mówiącego o “policyjskiej dzikości” i mera Saint-Denis tańczącego przy rozpalonym koszu. To będzie wystarczająco dokładna odpowiedź.
Od lat sami na ten wynik pracujecie.
Jeszcze jedna rzecz – patrząc na Francję z pozycji Polski, proszę tylko nie pocieszać się, że to wszystko dzieje się “gdzieś daleko”. Polska jest po prostu na tej samej drodze cofnięta o 20-30 lat. Przyjąć ludzi jest przecież bardzo łatwo, szczególnie kiedy robi się to w atmosferze moralnego uniesienia i każdy, kto pyta o koszty, integrację albo rynek pracy, natychmiast zostaje podejrzany o brak serca i moralne zepsucie. Jednak prawdziwy problem zaczyna się później, kiedy trzeba tych ludzi rzeczywiście włączyć do społeczeństwa, nauczyć języka, wprowadzić na rynek pracy i sprawić, żeby system świadczeń nie zastąpił samodzielności. W Polsce było to dobrze widać choćby przy Ukraińcach. Najpierw ogromna fala solidarności, później coraz więcej pytań o świadczenia, mieszkania, szkoły i koszty. A mówimy przecież o społeczności, w której bardzo wiele osób pracuje i kulturowo oraz językowo jest Polsce znacznie bliżej. Tym bardziej to naiwne przekonanie, że przy migracji z krajów, gdzie model rodziny, pozycja kobiet i udział kobiet w rynku pracy bywają zupełnie inne, wszystko “jakoś się ułoży”. No niestety nie, samo się nie ułoży. Jeśli państwo nie postawi od początku jasnych wymagań dotyczących języka, pracy, szkoły i odpowiedzialności, po latach dostanie nie integrację, tylko równoległe światy utrzymywane z jednego budżetu. Francja przerabia ten eksperyment od dawna i rezultat właśnie oglądamy w telewizji. Można oczywiście dalej nazywać każde ostrzeżenie “prawicowym straszeniem”. To jest znacznie wygodniejsze niż późniejsze płacenie rachunku.
Źródła:
https://www.leparisien.fr/…/la-violence-peut-etre…
https://www.lemonde.fr/…/presidentielle-2027-les…
https://www.publicsenat.fr/…/colere-lyceenne-bruno…
https://www.i24news.tv/…/artc-c-est-qui-les-juifs-on…
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com







