Saint-Denis, Roubaix i Nowy Jork – czyli demokracja oddana ludziom, którzy gardzą jej wartościami

Bally Bagayoko nowy burmistrz Saint-Denis–Pierrefitte. Zdjęcie: Chang Martin/SIPA


Saint-Denis, Roubaix i Nowy Jork – czyli demokracja oddana ludziom, którzy gardzą jej wartościami

Anna Gabowska (Anne Goldschmid)


Jestem obywatelką Francji i od ćwierć wieku obserwuję degrengoladę francuskiej lewicy. Kiedyś byłam z nią silnie związana, lecz należałam do zupełnie innej tradycji politycznej. Tamta, stara i dobra lewica traktowała poważnie demokrację, świeckość państwa i wartości Republiki. Broniła praw kobiet również wtedy, gdy ich przeciwnikiem był religijny fanatyzm, a obywatelstwo rozumiała jako wspólną przestrzeń przekraczającą pochodzenie. Co prawda bywali w niej ludzie naiwni i błędnie oceniający rzeczywistość, ale nadal istniał jej intelektualny kręgosłup. Ta lewica umarła. Na jej trupie wyrosła skrajna formacja, która przejęła dawne słowa, opróżniła je z sensu i wykorzystuje jak rekwizyty. Dzisiejszy antyrasizm ponownie klasyfikuje człowieka według koloru skóry. Feminizm cichnie, kiedy kobiecie ubliża polityk właściwej partii. Świeckość Republiki ugina się przed islamizmem, ponieważ jego najbardziej agresywnych przedstawicieli skrajna lewica uznała za użyteczny elektorat. Antysemityzm zyskał dziś wyjątkowo skuteczne usprawiedliwienie; wystarczy wypowiedzieć słowo “Palestyna”, żeby pogarda wobec izraelskich Żydów uchodziła za postępową cnotę. Nie mam już naprawdę nic wspólnego tym środowiskiem. Pozostałam po stronie starej lewicy, choć została już niemal całkowicie pogrzebana przez ludzi, którzy mylą demokrację z prawem do zdobycia władzy, a później coraz swobodniej podważają wszystko, dzięki czemu mogli tę władzę otrzymać.

Bally Bagayoko jest nowym merem Saint-Denis–Pierrefitte, dużego miasta na północnych przedmieściach Paryża. W marcu 2026 roku zwyciężył już w pierwszej turze, zdobywając 50,77 procent głosów. Był to najważniejszy samorządowy sukces Francji Niepokornej, choć na szczęście w innych dużych miastach partia Mélenchona osiągnęła znacznie mniej imponujące wyniki. Bagayoko nie pojawił się we francuskiej polityce jako człowiek z zewnątrz. Wychował się w Saint-Denis, działał w SOS Racisme oraz organizacjach studenckich, później przez lata funkcjonował w miejscowym samorządzie, a do LFI dołączył w 2017 roku. Bardzo dobrze zna miasto obciążone biedą, społecznym rozbiciem i wieloletnim osłabieniem państwa. Wie także, że skrajność budowana na frustracji najuboższych potrafi wygrywać wyjątkowo skutecznie. Człowiek mający pracę, poczucie bezpieczeństwa oraz zaufanie do instytucji rzadziej potrzebuje politycznego zbawcy. Znacznie łatwiej zdobyć wyborcę przekonanego, że pozostaje wieczną ofiarą wrogiego kraju. Francja Niepokorna doskonale opanowała zarządzanie właśnie takim poczuciem krzywdy. Nie musi uzdrawiać przedmieść, ponieważ ich kryzys stanowi jej najcenniejszy zasób wyborczy. Mélenchon nazwał tę strategię budowaniem “nowej Francji”, a zwycięstwo Bagayoko potraktował jako jej potwierdzenie. Niedługo po wyborach wygłosił w Saint-Denis przemówienie o wspólnym afrykańskim pochodzeniu ludzkości, które zakończył skierowaną do białych przeciwników drwiną: “Il a bien fallu un jour qu’un ou une se mette debout sur ses pattes, à l’autre bout du continent africain, pour qu’à la fin, ici, vous soyez en train de faire les malins, tout blanc, tout moche que vous êtes”, czyli mniej więcej: “Ktoś kiedyś musiał stanąć na nogach na drugim końcu Afryki, żebyście wy mogli się tutaj wymądrzać, wy – cali biali i brzydcy”. Kontekst mówił o afrykańskich początkach człowieka, lecz absolutnie nie usuwa charakteru końcowej obelgi. Lider partii przedstawiającej się jako sumienie francuskiego antyrasizmu uznał kolor skóry za odpowiedni składnik publicznego szyderstwa. Gdyby prawicowy polityk połączył w podobnym zdaniu czerń z brzydotą, cała LFI domagałaby się krzykliwe jego politycznej egzekucji. W ustach Mélenchona rasowe upokorzenie staje się dowcipem, ponieważ pogarda również ma tam swoją dozwoloną stronę.

Nowy mer bardzo szybko pokazał, jak rozumie powierzony mu urząd. 1 lipca 2026 roku Saint-Denis–Pierrefitte nadało Marwanowi Barghoutiemu honorowe obywatelstwo. Oficjalny komunikat miasta wychwalał jego walkę i przypominał poparcie samorządu dla sprawy palestyńskiej. Bagayoko przedstawiał Barghoutiego jako więźnia politycznego pozbawionego sprawiedliwego procesu oraz nadzieję całego narodu. Dla polskiego czytelnika warto wyjaśnić, że nie chodzi tu o bezsporną postać pokojowego oporu. Barghouti jest jednym z najważniejszych przywódców Fatahu, a izraelski sąd skazał go za 5 zabójstw oraz usiłowanie zabójstwa, wymierzając pięć kar dożywotniego więzienia oraz dodatkowe 40 lat. Marwan Barghouti nie uznał jurysdykcji izraelskiego sądu, a jego obrońcy do dziś podważają uczciwość procesu. Takie zastrzeżenia oczywiście wolno analizować. Nie dają one jednak prawa do wymazania procesu, wyroku ani zabitych ludzi. Saint-Denis zrobiło coś znacznie bardziej odrażającego niż wyrażenie solidarności z palestyńskimi cywilami. Wzięło człowieka skazanego za współodpowiedzialność za śmiercionośną przemoc, oczyściło go przy pomocy kilku politycznie wygodnych określeń i nadało mu oficjalny honor francuskiego miasta. Ratusz nie jest prywatnym klubem Bagayoko ani filią Francji Niepokornej. Należy również do żydowskich mieszkańców, rodzin związanych z Izraelem i obywateli odrzucających gloryfikowanie ludzi obciążonych morde*stwami.

Ich zdanie okazało się jednak mniej istotne niż demonstracja lojalności wobec Palestyny, która na francuskich przedmieściach przynosi głosy. Publiczna instytucja została więc wykorzystana jak partyjny megafon, po czym całe przedstawienie nazwano sprawiedliwością. To jest właśnie bezczelność tej polityki polegającej na tym, że każdy akt zawłaszczenia urzędu natychmiast przyozdabia się aureolą humanitaryzmu. Bagayoko pokazał też swój szacunek dla demokracji podczas posiedzenia rady miejskiej, gdy opozycyjnej radnej Katy Bontinck powiedział, że “ma pani ładny uśmiech, ale proszę już przestać mówić”, a następnie próbował odebrać jej mikrofon. Kobiecie wolno mówić o emancypacji, dopóki nie sprzeciwia się mężczyźnie z właściwego obozu. Wtedy może zostać protekcjonalnie skomentowana i uciszona, a zwykle nadaktywna czujność feministyczna jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po prostu przestaje działać.

Saint-Denis nie stanowi tu odosobnionego wybryku. W Roubaix urząd mera zdobył David Guiraud, kolejny polityk Francji Niepokornej. Już przed wyborami relatywizował przekaz dotyczący zbrodni Hamasu z 7 października, mieszając wydarzenia historyczne w sposób, który po raz kolejny przesuwał ciężar rozmowy z odpowiedzialności terrorystów na winę Izraela. Po objęciu miasta zapowiedział archiwizowanie wypowiedzi osób “szkalujących” Roubaix i kierowanie spraw do sądu. Ochrona samorządu przed zniesławieniem, owszem, jest legalna, lecz świeżo wybrany mer publicznie oznajmiający dziennikarzom i krytykom, że wszystko zapisuje, brzmi raczej jak lokalny nadzorca niż demokratyczny gospodarz. Pytany o antysemityzm związany z LFI odpowiedział, że w Roubaix nie istnieje dyskryminacja Żydów, po czym szybko przeniósł rozmowę na islamofobię oraz społeczne problemy mieszkańców. Właśnie w ten sposób działa partyjny automat – temat antysemityzmu zostaje unieważniony przez przypomnienie, że ktoś inny także cierpi. Nadzwyczaj wymowna okazała się jednak jego odmowa nadania przyszłej szkole imienia Samuela Paty’ego, nauczyciela zamordowanego i ściętego przez islamistę po lekcji dotyczącej wolności słowa. Guiraud uznał propozycję opozycji za polityczne wykorzystywanie tragedii i przypomniał poprzedniej ekipie, że miała sześć lat na podobny gest. Znalazł więc proceduralne usprawiedliwienie dla odrzucenia nazwiska będącego jednym z najważniejszych symboli obrony republikańskiej szkoły przed religijnym terrorem. Kontrast jest ponury. W Saint-Denis oficjalny honor otrzymuje Barghouti. W Roubaix nie znajduje się miejsca dla Paty’ego. Pierwszego otacza się romantyczną legendą oporu, a przy drugim pojawiają się wymówki i partyjne porachunki. Tak wygląda skrajna lewica uginająca kark przed islamizmem. Nazwisk wystarczyłoby na długą listę, jednak mechanizm pozostaje ten sam: dla fanatyzmu zawsze znajdzie wyjaśnienie, a całą bezwzględność kieruje przeciw ludziom broniącym zasad Republiki.

Podobny proces widać przecież poza Francją. Zohran Mamdani został burmistrzem Nowego Jorku 1 stycznia 2026 roku. Jego pochodzenie, kolor skóry ani wyznanie nie stanowią dla mnie problemu. Byłoby równie głupie potępiać go za rodzinne korzenie, jak przyznawać mu z ich powodu polityczny immunitet. Oceniam jego własne poglądy, a te układają się niestety w linię głęboko wrogą izraelskim Żydom. Mamdani uznaje prawo Izraela do istnienia, lecz konsekwentnie odmawia poparcia dla jego istnienia jako państwa żydowskiego. Oznacza to, że może chronić Żydów jako mniejszość mieszkającą pod cudzą władzą, ale odrzuca ich zbiorowe prawo do samostanowienia w jedynym państwie, w którym stanowią większość. Kuriozalne, nieprawdaż ? Takiej ideologicznej próby nie przeprowadza wobec dziesiątek państw określających swoją narodową albo religijną tożsamość. Długo nie chciał jednoznacznie potępić hasła “globalizować intifadę”, choć dla Żydów intifada nie jest niewinną metaforą protestu, lecz pamięcią o rozerwanych autobusach i restauracjach. Z izraelskim premierem rozprawia się natomiast bez najmniejszego wahania. Nazwał Netanjahu zbrodniarzem wojennym, uznał go za osobę niemile widzianą w Nowym Jorku i zapowiadał zatrzymanie na podstawie nakazu Międzynarodowego Trybunału Karnego. Dopiero później przyznał, że miasto nie ma uprawnień do wykonania takiego aresztowania, a kompetencja należałaby do władz federalnych. Cała ta zapowiedź była zatem wyłącznie politycznym widowiskiem, urządzonym kosztem relacji z jedynym państwem żydowskim. A przecież można bez antysemityzmu krytykować Netanjahu, wojnę, osadnictwo i każdą decyzję izraelskiego rządu. Mamdani nie zatrzymuje się jednak na działaniach konkretnego gabinetu. Kwestionuje żydowski charakter państwa, łagodzi sens przemocowych haseł i bez porównania łatwiej odnajduje stanowczość wobec Izraela niż wobec Hamasu. Jest to antysemityzm skrojony na potrzeby współczesnej skrajnej lewicy. Nie mówi o biologii ani religijnej winie Żydów, wystarczy, że odmawia im politycznego prawa przyznawanego innym narodom. W jego najbliższym otoczeniu także pojawiły się treści, których nie da się zbyć wzruszeniem ramion. Żona burmistrza, Rama Duwaji, polubiła wpisy opublikowane po ataku Hamasu, przedstawiające 7 października jako “opór” oraz “przełamywanie murów apartheidu”. Według ujawnionych materiałów zareagowała także pozytywnie na treść podważającą doniesienia o przemocy seksualnej podczas masakry. Mamdani odpowiedział, że żona jest osobą prywatną. Owszem, nie pełni żadnej funkcji w ratuszu i nie odpowiada za jego decyzje. Jednak publiczne okazywanie aprobaty materiałom gloryfikującym dzień masowego mordowania Żydów pozostaje wyborem moralnym. Określenie jej jako osoby prywatnej nie wyjaśnia, dlaczego takie poglądy są najwyraźniej tolerowane w najbliższym świecie człowieka zarządzającego miastem z największą społecznością żydowską poza Izraelem.

Francja oraz inne państwa Zachodu przez dziesięciolecia pozwalały osiedlać się ludziom pochodzącym z krajów, w których nie znali demokracji, wolności słowa ani ochrony jednostki przed arbitralną władzą. Otrzymywali tutaj bezpieczeństwo, szkołę, opiekę medyczną, pomoc społeczną i możliwość awansu. Wielu przyjęło zasady nowych ojczyzn i stało się ich lojalnymi obywatelami. Sam humanitarny gest nie był błędem. Katastrofa zaczęła się wtedy, gdy Zachód utracił odwagę wymagania wzajemności. Lojalność wobec wspólnoty uznano za podejrzane żądanie, integrację zaczęto mylić z przemocą kulturową, a krytykę radykalnych poglądów natychmiast przenoszono na kolor skóry krytykowanej osoby. W takim klimacie można wejść do polityki dzięki swobodom demokratycznym i później używać urzędu przeciwko wartościom, które tę karierę umożliwiły. Bagayoko otrzymuje francuski ratusz i honoruje Barghoutiego. Guiraud zdobywa Roubaix, a dla Samuela Paty’ego znajduje wyłącznie partyjną wymówkę. Mamdani obejmuje urząd w Nowym Jorku, po czym przemienia go w dodatkową trybunę swojej wojny z Izraelem. Demokracja sama wybiera ludzi, którzy traktują ją instrumentalnie, a następnie boi się ich uczciwie ocenić, żeby nie zostać oskarżoną o nietolerancję. Karta wyborcza nikogo nie czyni demokratą, daje mu władzę, której może użyć również przeciwko demokratycznemu porządkowi. Właśnie na tym polega to ponure oszustwo dzisiejszej skrajnej lewicy. Wychowała się w wolnym świecie, korzysta z jego praw, pieniędzy i instytucji, a następnie wygłasza mu pogardliwe kazania za to, że w ogóle śmie mieć własne zasady. Dawna lewica chciała wydobywać człowieka z biedy i włączać go do wspólnoty obywatelskiej. Jej następcy potrzebują biedy jako zaplecza, podziału jako metody i islamizmu jako partnera, przed którym zawsze można wykonać kolejny uniżony ukłon. Saint-Denis oraz Roubaix pokazują już skutki na poziomie francuskich miast. Nowy Jork dowodzi, że polityczna infekcja przekroczyła Atlantyk. I jakże poniżający jest fakt, że Zachód sam otworzył przed tymi ludźmi drzwi, oddał im własne urzędy i jeszcze oczekuje wdzięczności za możliwość obserwowania, jak jego wartości są przez nich opluwane. Francja nie upada w jednym dramatycznym momencie. Rozkłada się powoli, odkąd kapitulację nazywa tolerancją, tchórzostwo humanitaryzmem, a ludzi używających demokracji przeciwko demokracji przedstawia jako jej najnowsze i najpiękniejsze oblicze.


Źródła:

https://www.saintdenis.fr/actualites/dirigeant-palestinien-marwan-barghouti-devient-citoyen-honneur-saint-denis-pierrefitte⁠

https://www.reuters.com/world/middle-east/far-right-israeli-minister-pays-surprise-visit-jailed-palestinian-leader-2025-08-15/⁠

https://www.lemonde.fr/politique/article/2026/03/17/pour-lfi-un-succes-en-trompe-l-il-dans-les-banlieues-d-ile-de-france-aux-municipales_6671688_823448.html⁠

https://www.lejdd.fr/politique/vous-avez-un-joli-sourire-le-maire-lfi-bally-bagayoko-accuse-de-sexisme-apres-une-remarque-a-une-elue-177498⁠

https://www.lemonde.fr/politique/article/2026/06/29/le-maire-lfi-de-roubaix-david-guiraud-assume-de-ne-pas-baptiser-une-ecole-du-nom-de-samuel-paty_6716967_823448.html⁠

https://www.theguardian.com/us-news/2025/jul/16/zohran-mamdani-israel-gaza-intifada⁠

https://www.reuters.com/legal/litigation/why-new-yorks-mamdani-cannot-have-israels-netanyahu-arrested-2026-07-22/⁠

https://jewishinsider.com/2026/03/zohran-mamdani-wife-rama-duwaji-social-media-oct-7/⁠


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Armed Man Attacks Jewish Day Camp in Queens


Armed Man Attacks Jewish Day Camp in Queens

Corey Walker


New York City Police Department (NYPD) vehicles are seen in Brooklyn, New York, United States, on Oct. 13, 2024. Photo: Kyle Mazza via Reuters Connect

A hammer-wielding man entered a Jewish day camp in Queens on Tuesday and injured an 8-year-old child, further rattling a Jewish community already on edge after a string of violent incidents and amid criticism that Mayor Zohran Mamdani has failed to confront the city’s worsening climate of antisemitism.

The attack occurred at a summer camp operating on the campus of the Lev Leviev School, also known as Queens Gymnasia, in Forest Hills. According to police and witnesses, the suspect entered the property carrying a hammer and shoved the child into a fence, causing a head injury.

The child was transported to a nearby hospital with injuries that authorities said were not life-threatening.

Camp counselors and security personnel quickly confronted the suspect and tackled him before police arrived. During the struggle, officials said, the man bit one of the counselors. Officers recovered the hammer and took the suspect into custody. Charges are pending.

Police are investigating the circumstances of the attack, including whether it was motivated by antisemitic bias, but have not yet established a motive.

Queens Shmira, a volunteer Jewish public-safety organization that responded to the scene, said the suspect appeared to be emotionally disturbed and that there was no immediate evidence the incident constituted a hate crime.

According to law-enforcement sources, the suspect has an extensive criminal history, including dozens of prior arrests and documented mental-health incidents. Authorities said he had recently been released following an unrelated arrest.

The attack prompted a large emergency response and heightened concern among parents and staff. Local officials praised the camp’s security personnel and counselors, saying their swift intervention likely prevented more serious injuries.

The incident comes amid a series of attacks that has left many Jewish New Yorkers increasingly fearful.

Last week, two men, one of them Jewish, were stabbed without apparent provocation on Manhattan’s Upper West Side. Witnesses alleged that the attacker shouted “Allahu Akbar” during the assault, though police have not publicly confirmed a bias motive.

Anti-Jewish offenses continued to dominate New York City’s hate-crime statistics during the first half of 2026. The NYPD recorded 178 confirmed anti-Jewish hate crimes, accounting for 55.3 percent of all confirmed hate crimes citywide, even though Jews comprise roughly 10 percent of the city’s population.

By comparison, police recorded 21 anti-Muslim hate crimes and 33 targeting people on the basis of sexual orientation, meaning anti-Jewish incidents outnumbered anti-Muslim offenses by more than eight to one.

The violence has intensified scrutiny of Mamdani’s relationship with the Jewish community. Jewish leaders have repeatedly accused the mayor of contributing to a hostile atmosphere through his rhetoric about Israel and his reluctance to forcefully condemn slogans widely regarded as threatening by Jewish New Yorkers.

Moshe Spern, president of United Jewish Teachers, recently warned that “inflammatory rhetoric” from Mamdani could “incite further hostility or targeting of Jewish institutions.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Netanyahu, Trump meeting in DC ‘positive, productive’


Netanyahu, Trump meeting in DC ‘positive, productive’

Andrew Bernard


It comes amid questions about the direction of the war in Iran, with Trump continuing to pursue negotiations with the Islamic Republic after suggesting last week that he was prepared to carry out a “higher level” of strikes.

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu meets with U.S. President Donald Trump at the White House, July 28, 2026. Credit: Ma’ayan Toaf/GPO.

U.S. President Donald Trump met with Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu in Washington, D.C., on Tuesday before the two leaders are due to attend the funeral of former South Carolina Republican senator Lindsey Graham.

The meeting, which lasted about an hour, comes amid questions about the direction of the war in Iran, with Trump continuing to pursue negotiations with the Islamic Republic after suggesting last week that he was prepared to carry out a “higher level” of strikes.

In a statement after the meeting, Netanyahu said it was “was one of the best conversations I’ve had with the president of the United States.”

“I have just finished an excellent meeting with President Trump,” Netanyahu said. “When I say excellent, it’s not just lip service. It was a conversation of full partnership, of mutual support, with an understanding of the shared goal to ensure that Iran will not have nuclear weapons, and also other goals.”

Trump stated that it was a “very good meeting,” during which “obviously, many important subjects were discussed.”

White House Press Secretary Karoline Leavitt described the meeting between Trump and Netanyahu as “positive and productive.”

A senior source who accompanied Netanyahu to the White House said that Iran was the focus of discussion.

“The prime minister and president held an excellent and comprehensive discussion on the key issues of the day, first and foremost Iran,” the source said. “The leaders reaffirmed their ironclad commitment to ensuring that Iran never has nuclear weapons.”

The meeting did not include questions from the press, which have been a common feature of the past seven meetings between the two leaders in Trump’s second term.

Photos released by the Israeli Prime Minister’s Office show U.S. Vice President JD Vance, Secretary of State Marco Rubio, Secretary of the Treasury Scott Bessent, Secretary of Defense Pete Hegseth and Steve Witkoff, one of the lead negotiators with the Iranians, in the Oval Office with Trump and Netanyahu, as well as Israeli Ambassador to the United States Yechiel Leiter and Caroline Glick, Netanyahu’s international affairs adviser.


Andrew Bernard is the Washington correspondent for JNS.org.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jeremiada ateisty

Fragment obrazu Rembranta przedstawiający Jeremiasza opłakującego zburzenie świątyni. (1630)


Jeremiada ateisty

Andrzej Koraszewski


Józef Tischner zwykł mawiać, że najpierw jest nauczycielem, potem filozofem, a na końcu księdzem. Nasza tożsamość jest składanką, ale to, co w tej składance plasujemy na pierwszym miejscu, a co na ostatnim, może silnie wpływać na to, kim tak naprawdę jesteśmy. Jedno wydaje się pewne: wszelkie próby zapisania się do jakiegoś stowarzyszenia mądrych i dobrych są skazane na niepowodzenie.

Ateizm jest dla mnie wnioskiem z nauk przyrodniczych – przekonaniem, że prawdopodobieństwo istnienia jakiejś inteligencji wcześniejszej niż materia jest tak małe, iż nie mogę podzielać wyobrażeń moich przodków i muszę sobie w życiu radzić bez tej konstrukcji. Nie oznacza to, że jestem mądrzejszy od ludzi wierzących ani tym bardziej, że jestem od nich bardziej moralny. Jeśli idzie o mądrość, to sam ateizm mądrym mnie nie czyni, nie chroni mnie również przed uprzedzeniami, błędami logicznymi ani przed fanatyzmem; do sokratejskiej ostrożności skłania mnie filozofia, a nie sam fakt powątpiewania w nadnaturalną i wszechmocną inteligencję. Wiem, że moja wiedza jest bardzo ograniczona, i zdaję sobie sprawę z tego, że częściej jestem w błędzie, niż sobie to uświadamiam. Religie były całkiem logicznym wnioskiem istot rozumnych, zdolnych do zadawania pytań i konstruowania odpowiedzi na nie w oparciu o dostępną naszym przodkom wiedzę. Stawały się spoiwem ludzkich wspólnot i tworzyły kodeksy moralne, które (przynajmniej w części) powinny być nadal dla nas ważne.

W młodości nie zawsze przyznawałem się do ateizmu, ponieważ ateizm był w państwie komunistycznym religią państwową. Kiedy Ayaan Hirsi Ali ogłosiła publicznie, że porzuciła ateizm i została chrześcijanką, byłem przekonany, że miała dość oglądania miłujących ludobójczy islam ateistów w kefijach. Wychowana w islamie i we wczesnej młodości zradykalizowana, doszła do wniosku, że jedyną alternatywą religijnego fanatyzmu jest ateizm. Podczas debaty z Richardem Dawkinsem okazało się jednak, że prawdziwym powodem powrotu do wiary religijnej i wyboru chrześcijaństwa były długotrwała depresja, poczucie duchowego bankructwa oraz potrzeba transcendencji. Ta fascynująca rozmowa przypomniała mi się podczas lektury bardzo obszernego eseju, napisanego przez również wychowanego w islamskiej tradycji Egipcjanina Husseina Aboubakra Mansoura oraz amerykańskiego ortodoksyjnego rabina Shnayora Burtona.

W podpisanym przez dwóch autorów tekście nie sposób powiedzieć, które poglądy są czyje, ale mamy prawo zakładać, że obaj całkowicie zgadzają się z tezami zawartymi w opublikowanym eseju.

Autorzy zaczynają od opisu procesu rozpadu autorytetów i tradycyjnych więzi społecznych.

„Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. To zdanie było cytowane tak często, że samo również się rozpłynęło, rozpuściło w atmosferze, którą miało opisywać. Rozpad i upłynnienie należą dziś chyba do najczęściej używanych pojęć socjologicznych.

Małżeństwa rozpadają się przy pierwszym wstrząsie wywołanym niezadowoleniem, a te, które przetrwają, nawiedza podejrzenie, że trwają jedynie z tchórzostwa, a nie z przekonania. Dzieci, wychowywane przez rodziców, którzy nie potrafią powiedzieć, jakich ludzi chcą wychować, uczą się w szkołach, które nie potrafią wyjaśnić, ku czemu właściwie prowadzi ich edukacja, i dorastają w świecie, który pytanie: „Co stanowi dobre życie?” zastąpił pytaniem: „Czego chcesz?”, jak gdyby samo pragnienie było wystarczającym uzasadnieniem.

Narody, które jeszcze pięćdziesiąt lat temu mogły odwoływać się do wspólnego dziedzictwa, dziś uważają samą taką sugestię za coś głęboko żenującego i kontrowersyjnego. Czyjego dziedzictwa? Określonego przez kogo? Narzuconego komu? A poza tym zapewne będącego fikcją stworzoną po to, by służyć określonym interesom, które należy teraz zdemaskować i napiętnować.

Na kolejnych dwudziestu stronach eseju autorzy przekonują, że jest to efekt laicyzacji, odrzucenia idei Boga, zgubienia zewnętrznej siły łączącej autorytet i kodeks moralny. Pierwszy zarzut wobec tego rozumowania dotyczy podejrzenia, że mamy do czynienia z próbą jednoczynnikowego wyjaśniania historii. To podejście pomija efekty urbanizacji, wzrostu ruchliwości społecznej, rewolucji w systemach komunikacyjnych i wielu innych zmiennych występujących niezależnie od procesu laicyzacji. Poczucie ciągłości oraz osadzonych w tradycji systemów wartości rozpływa się pod naporem przyspieszonych zmian na wielu polach życia społecznego. Równocześnie racjonalizm, jako idea mogąca teoretycznie zastąpić zewnętrzny autorytet Boga, okazał się utopią.

Autorzy tego eseju stwierdzają:

„Narasta więc hałas – nieustanny, gorączkowy, wyczerpujący hałas człowieka próbującego samą tylko obfitością słów, niekończącym się wytwarzaniem kiczu stworzyć autorytet i znaczenie, które kiedyś wypływały ze źródła niewymagającego żadnych uzasadnień.

Czym były te nadrzędne prawdy i w jaki sposób utraciły swoją moc?

Odpowiedź jest jednocześnie oczywista i zaskakująco trudna do sformułowania, ponieważ utrata okazała się tak całkowita, że sam język, którym można by opisać to, co utracono, również uległ degradacji”.

Zdaniem autorów tego eseju:

„Kultura Zachodu przeszła nie tylko proces sekularyzacji, lecz znacznie głębszą przemianę: dewaluację biblijnych źródeł sensu, wartości i porządku.

Ta dewaluacja – odmienna od zwykłej utraty wiary – doprowadziła do niestabilności charakterystycznej dla późnej nowoczesności: rozpadu instytucji, rodzin, edukacji, narodów, a nawet samego ciała. Rozmywa każdą granicę i usuwa wszelką pewność.

Nasze niegdyś nadrzędne prawdy nie zostały jedynie utracone – z tym można byłoby jeszcze żyć. Stało się coś znacznie gorszego: zostały gruntownie pozbawione wartości”.

Wypada się zgodzić, iż wiara w siłę rozumu okazała się złudna. Istotnie – jak sami stwierdzają – ludzie Oświecenia nie zamierzali odchodzić od prawdy i dobra, ale chcieli je oprzeć na bardziej racjonalnych podstawach, uwolnić od przesądów i fanatyzmu kapłanów. „Rozum miał dawać prawdzie pewniejszy fundament niż objawienie. Natura miała lepiej uzasadnić dobro niż teologia”.

Tak się nie stało. Świeckie instytucje zawodzą w równym stopniu jak instytucje religijne. Stany Zjednoczone – moim zdaniem najbardziej udany eksperyment Oświecenia – mimo iż twórcy amerykańskiej konstytucji byli całkowicie świadomi podstępnej natury ludzkiej i wszelkimi siłami próbowali stworzyć instytucje odporne na ludzką skłonność do nieuczciwości, dominacji i przemocy, przechodzą dziś kryzys, którego przyczyn szuka na amerykańskiej ziemi egipski racjonalista i żydowski rabin.

Szukając jej w żydowskiej Torze, piszą:

„Kiedy upadają nadrzędne prawdy, nie następuje spokojny nihilizm ludzi pogodzonych z bezsensem. Następuje gorączkowy, niewyczerpany wysiłek, aby wyłącznie ludzkimi środkami wytworzyć sens, który wcześniej był otrzymywany z zewnątrz.

Tym właśnie jest nasz niekończący się kicz.

Jego zakres wykracza daleko poza estetykę.

Kicz jest próbą wywołania poczucia kontaktu z sensem poprzez systematyczne wytwarzanie znaków tego poczucia: więcej sentymentalizmu, więcej widowiska, więcej moralnego uniesienia, więcej terapeutycznej głębi, więcej inspirujących treści – więcej wszystkiego, co wygląda, brzmi i porusza się tak, jak sens”.

W eseju nieustannie powraca problem wieczności – o której nie bardzo wiadomo, czy dotyczy wiary w życie wieczne, zewnętrznego osądu naszego życia czy ponadczasowych wartości moralnych. Mamy tu również powracające proroctwa Jeremiasza.

Jeremiasz, który ponad dwa i pół tysiąca lat temu, w obliczu klęski przegranej wojny i wygnania do Babilonu, dawał – jako słowo Pana – zalecenie, by trwać przy wierze, nie poddawać się rozpaczy i budować codzienność w nowych warunkach. Modlitwa pozwalała zachować tożsamość i była fundamentem zbiorowych wartości.

Autorzy eseju sugerują, że w tamtych czasach prorocy mieli bezpośredni kontakt z Bogiem, że Go doświadczali, że później Bóg zamilkł oraz że nie mają ani nie mogą dostarczyć dowodów Jego istnienia. Piszą również, że w postchrześcijańskim świecie następuje rozproszenie, dewaluacja wartości i tragiczne zagubienie jednostki skazanej na dobrowolne wybory. Przypominają słowa z Miszny, spisanej w II wieku naszej ery:

„Módlcie się o pomyślność królestwa, bo gdyby nie bojaźń przed nim, jeden człowiek pożarłby drugiego żywcem.”

— Miszna, Pirke Awot 3,2

To świadomość natury ludzkiej, która bez pielęgnacji, wspartej przymusem, powraca do brutalnej dzikości i przemocy. Mimo upływu wieków i postępów naszej wiedzy natura ludzka nie zmieniła się. Jeremiasz pisał swoje proroctwa w czasach chaosu i zagubienia. Jego rady były rozsądne i opierały się na fundamencie, który nie był kwestionowany.

Podejrzewam, że autorzy eseju popełniają dwa błędy. Podczas gdy sekularyzacja to przede wszystkim gwarancja swobody sumienia, laicyzacja jest procesem zastępowania wiary religijnej nowymi formami wspólnotowych fundamentów. Opisywane przez nich zjawiska są faktem. Nie są jednak zjawiskiem nowym. Przypomnijmy okres reformacji i wojen religijnych, zarówno w ramach chrześcijaństwa, jak i islamu czy innych wyznań religijnych. Wyższy porządek, do którego można się odwołać, nie był nigdy ani wewnętrznie jednorodny, ani uniwersalny. Uniwersalna wydaje się natomiast tęsknota do zewnętrznego autorytetu, który uwolniłby nas od dylematu samodzielnych wyborów. Jeśli jesteśmy produktem ewolucji gatunków, pytanie o sens życia zmienia się w pytanie: co robimy z naszym życiem?

Ateizm może być przymierzem z humanizmem, ale może być również przymierzem z utopią, nierzadko z taką czy inną zbrodniczą ideą totalitarną. Nie brak fałszywych proroków wśród ateistów. Nasze wartości, również te sprawdzone w długiej tradycji, nieustannie podlegają interpretacjom i mogą zmieniać sens. Możemy ulec potrzebie zewnętrznego autorytetu, ale nieodmiennie będzie się okazywać, że potrzebujemy kogoś, kto zinterpretuje go dla nas na potrzeby rzeczywistości, w której wylądowaliśmy.

We wspomnianej na początku rozmowie Richarda Dawkinsa z Ayaan Hirsi Ali Ayaan mówi, że musimy pozostać przy ramach moralności, które otrzymaliśmy w dziedzictwie od judeochrześcijaństwa. Na to Dawkins odpowiada, że nie potrzebujemy do tego wiary w nonsens istnienia nadnaturalnych bytów. Ayaan mówi o kryzysie – o tym samym kryzysie, który opisują również autorzy omawianego eseju. Przypomina, że kiedy porzuciła islam i została ateistką, była przekonana, iż chrześcijaństwo jest równie złe jak islam, ale był to błąd. Odrzucenie tradycji judeochrześcijańskiej w oświacie i wychowaniu młodego pokolenia prowadzi do próżni i chaosu.

To ciekawa historia, bo sam Dawkins określił się w pewnym momencie jako niewierzący kulturowy chrześcijanin. Nie odwoływał się jednak do kodeksu moralnego, lecz do świata, w którym dorastał i który nadal lubi. Ta rozmowa jest rozmową przyjaciół, którzy nie przestają być przyjaciółmi z powodu różnicy poglądów, ponieważ nadal łączy ich więcej, niż dzieli.

Ja sam wielokrotnie zastanawiałem się nad pytaniem, czy chrześcijańscy rodzice mogą pogodzić się z odejściem ich dzieci od wiary w istoty nadprzyrodzone i wychować je w poszanowaniu tradycji oraz akceptacji, że wierzących i niewierzących może łączyć więcej, niż ich dzieli.

Czy tajemnica ukrywa się w umiejętności rozmowy?

Ayaan mówi, że w imię walki o wolność słowa, wolność wyznania i wolność stowarzyszeń daliśmy przyzwolenie na kult przemocy i szerzenie totalitarnej ideologii islamistycznej, dodając, że nie mamy na to zjawisko odpowiedzi i widzimy, jak ten kult dąży do zniszczenia naszych wolności i rozszerza swoje wpływy. Ona sama podkreśla, że nikogo nie zamierza nawracać na chrześcijaństwo, a jedynie odpowiada na pytanie, dlaczego z przyczyn osobistych porzuciła ateizm dla chrześcijaństwa. Richard Dawkins w ostatnim słowie mówi, że religia nie jest odpowiedzią na zagrożenie, któremu absolutnie nie przeczy.

Autorzy omawianego tu eseju przywołują słowa Jeremiasza:

Tak mówi PAN Zastępów, Bóg Izraela, do wszystkich wygnańców, których zesłałem z Jerozolimy do Babilonu: Budujcie domy i mieszkajcie w nich; zakładajcie ogrody i spożywajcie ich owoce. Bierzcie sobie żony i płódźcie synów i córki; znajdźcie żony swoim synom i wydawajcie córki za mąż, aby rodziły synów i córki. Rozmnażajcie się tam i nie zmniejszajcie swojej liczby. Zabiegajcie o pokój miasta, do którego zesłałem was na wygnanie, i módlcie się za nie do PANA, bo w jego pokoju będzie i wasz pokój. Tak bowiem mówi PAN Zastępów, Bóg Izraela: Nie dajcie się zwodzić prorokom i wróżbitom, którzy są pośród was, i nie słuchajcie snów, które śnią. Fałszywie prorokują wam w moim imieniu. Nie posłałem ich — wyrocznia PANA.

— Jeremiasz 29,4–9

Interpretują te słowa jako ostrzeżenie przed marzycielami, którzy często, w najlepszych intencjach, dostarczają nam kiczu. Terapeutyczny guru dostarcza nam wartości jako produktu stylu życia, przywódca polityczny występuje w roli proroka w ramach swojej kampanii wyborczej, aktywista używa pojęć sprawiedliwości i współczucia, namawiając nas do akceptacji tyranii, a artysta dostarcza głębi, która jest zaledwie gładkością powierzchni – zazwyczaj w szczerym przekonaniu, że głosi prawdę.

W ostatnim akapicie autorzy eseju piszą:

„Z postchrześcijańskiej pustyni nie wyjdziemy przez wytworzenie lub wymuszenie nowego fundamentu, stworzenie nowego mitu, odzyskanie prorockiej pewności ani przez wtłoczenie odkupienia w historię, lecz przez odmowę pozwolenia, by nieobecność stała się dewaluacją. Modlitwa zachowuje tę odmowę jako przeżywaną dyscyplinę przyjmowania; to, co zwyczajne, staje się polem jej wierności, a królestwo — jej konieczną, lecz nieodkupioną formą polityczną”.

Pozostaję nieprzekonany. Tak, ateizm nie jest odpowiedzią na zgiełk fałszywych proroków. Nie można również kupić prawdy przez małe „p” w kiosku z gazetami. Przedzieramy się po nią przez dżunglę, budując wspólnoty niepokornych, umiejących rozmawiać mimo odmienności poglądów.

Na pytanie, kim jestem, odpowiadam, że najpierw jestem bliźnim lub – jak wolisz – sąsiadem, potem dziedzicem tych, którzy szukali drogi przede mną, bywam mówcą w gigantycznym Hyde Parku, a na samym końcu jestem ateistą.

Nie dziwi mnie modlitwa o królestwo troszczące się o to, byśmy się wzajemnie nie pożerali żywcem. Może pomagać, chociaż brak mi wiary, że zostanie wysłuchana. Nie tęsknię do pewności (niech mnie przed nią Bóg broni), podzielam obawy i nie mam recepty innej niż szukanie drogi. Z wielu względów najbliżej mi do Ayaan Hirsi Ali.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Trump’s Saudi Nuclear Horror ShowWhy Trump and Congress Should Reject the US-Saudi Nuclear Deal


Trump’s Saudi Nuclear Horror Show
Why Trump and Congress Should Reject the US-Saudi Nuclear Deal

Khaled Abu Toameh


  • The [US-Saudi civilian nuclear] agreement threatens to weaken decades of US non-proliferation policy, ignite a regional arms race, embolden America’s adversaries, and create security risks that future generations may be powerless to reverse.
  • The most controversial aspect of the proposed agreement is that it reportedly allows Saudi Arabia to develop domestic uranium enrichment capabilities under safeguards that fall short of the stringent standards previously demanded by Washington. While low-enriched uranium is used to fuel civilian nuclear reactors, the same technology can eventually produce highly enriched uranium suitable for nuclear weapons.
  • “[W]ithout a doubt, if Iran developed a nuclear bomb, we will follow suit as soon as possible.” — Saudi Crown Prince Mohammed bin Salman, CBS News, March 15, 2018.
  • These words should have ended any discussion about permitting uranium enrichment on Saudi soil. They reveal that Riyadh views civilian nuclear capabilities not merely as an energy project but also as a potential strategic hedge against Iran.
  • [G]overnments change, regimes fall, alliances split, and today’s friend — even as a member of the Abraham Accords — may not be tomorrow’s ally.
  • [E]xtremist Islamist organizations continue to view the kingdom as both a battlefield and a prize. No one can predict Saudi Arabia’s political landscape 20 or 30 years from now. A future period of instability, succession crisis, or regime collapse could deliver sensitive nuclear facilities, technology, or materials to actors whose goals are fundamentally hostile to the United States and its allies.
  • The greatest danger, therefore, is not Crown Prince Mohammed bin Salman or the current Saudi leadership. The greatest danger is the uncertainty surrounding whoever may rule the kingdom decades from now. Nuclear technology lasts far longer than political regimes.
  • The proposed agreement also abandons the “gold standard” that has guided US civilian nuclear cooperation for decades. Under the 2009 US-United Arab Emirates (UAE) nuclear agreement, Abu Dhabi accepted strict conditions that prohibited domestic uranium enrichment and spent-fuel reprocessing while granting comprehensive international oversight. These restrictions significantly reduced proliferation dangers.
  • The Saudi agreement reportedly discards many of these safeguards. It also reportedly does not require Riyadh to adopt the International Atomic Energy Agency’s Additional Protocol, which allows inspectors short-notice access to undeclared facilities to detect clandestine nuclear activities.
  • The UAE would likely seek to renegotiate its own agreement. Turkey and Egypt would almost certainly demand similar privileges. Russia and China could use the American precedent to justify weaker safeguards in their own nuclear partnerships across the Middle East and beyond.
  • Instead of strengthening the global non-proliferation regime, the United States would be weakening it with its own hands.
  • Peace with Israel is not a prize awarded by Arab or Muslim countries. It is not something that should require American bribes in the form of nuclear technology or strategic incentives.
  • Peace serves Saudi Arabia’s own interests. It enhances regional stability, strengthens economic development, attracts foreign investment, and improves security for all parties. Arab and Muslim states should pursue peace with Israel because it benefits their own people — not because Washington offers dangerous concessions.
  • The United States should not become the architect of the next Middle East nuclear arms race.

The US-Saudi civilian nuclear agreement threatens to weaken decades of US non-proliferation policy, ignite a regional arms race, embolden America’s adversaries, and create security risks that future generations may be powerless to reverse. Pictured: US President Donald Trump greets Saudi Crown Prince Mohammed bin Salman the White House in Washington, DC on November 18, 2025. (Photo by Saul Loeb/AFP via Getty Images)

US President Donald J. Trump’s proposed civilian nuclear agreement with Saudi Arabia risks becoming one of the most dangerous strategic mistakes in recent American Middle East policy. Although supporters portray the agreement as a peaceful energy partnership designed to strengthen relations with a key Arab ally, the long-term consequences could be devastating. The agreement threatens to weaken decades of US non-proliferation policy, ignite a regional arms race, embolden America’s adversaries, and create security risks that future generations may be powerless to reverse.

Congress and the American public should reject the agreement before it sets a precedent that could undermine global efforts to prevent the spread of nuclear weapons.

The most controversial aspect of the proposed agreement is that it reportedly allows Saudi Arabia to develop domestic uranium enrichment capabilities under safeguards that fall short of the stringent standards previously demanded by Washington. While low-enriched uranium is used to fuel civilian nuclear reactors, the same technology can eventually produce highly enriched uranium suitable for nuclear weapons.

The danger is not theoretical.

Saudi Crown Prince Mohammed bin Salman made his intentions unmistakably clear several years ago. “Saudi Arabia does not want to acquire any nuclear bomb,” he said in 2018. “But without a doubt, if Iran developed a nuclear bomb, we will follow suit as soon as possible.”

These words should have ended any discussion about permitting uranium enrichment on Saudi soil. They reveal that Riyadh views civilian nuclear capabilities not merely as an energy project but also as a potential strategic hedge against Iran.

Supporters of the agreement argue that the kingdom remains a close American partner and that the deal contains sufficient safeguards. History, however, teaches a different lesson: governments change, regimes fall, alliances split, and today’s friend — even as a member of the Abraham Accords — may not be tomorrow’s ally.

Saudi Arabia has experienced repeated terrorist attacks by al-Qaeda and ISIS. It is also the birthplace of Osama bin Laden, and 15 of the 19 terrorists who carried out the September 11, 2001 attacks were Saudi citizens. Although the Saudi government has consistently denied any involvement in those attacks, the kingdom’s history suggests otherwise.

The persistent threat posed by Islamist extremism still exists.

Between 2003 and 2006, al-Qaeda launched a deadly insurgency inside the kingdom, targeting government institutions, foreign residents, and critical infrastructure. ISIS has claimed responsibility for attacks on mosques, security forces, and civilians inside Saudi Arabia.

Although Saudi authorities have largely succeeded in suppressing these groups, their existence underscores an enduring reality: extremist Islamist organizations continue to view the kingdom as both a battlefield and a prize. No one can predict Saudi Arabia’s political landscape 20 or 30 years from now. A future period of instability, succession crisis, or regime collapse could deliver sensitive nuclear facilities, technology, or materials to actors whose goals are fundamentally hostile to the United States and its allies.

The greatest danger, therefore, is not Crown Prince Mohammed bin Salman or the current Saudi leadership. The greatest danger is the uncertainty surrounding whoever may rule the kingdom decades from now. Nuclear technology lasts far longer than political regimes.

No American president can guarantee that the House of Saud will rule forever. Political upheaval, internal instability, or even a violent overthrow of the monarchy could one day place uranium enrichment facilities, nuclear scientists, sensitive technologies, and weapons-grade materials into the hands of Islamist terrorists.

Once sensitive nuclear technology escapes state control, it cannot simply be recovered. Terrorist organizations could exploit nuclear expertise or materials themselves or sell them on the global black market to rogue regimes or other non-state actors. Such a scenario would represent an irreversible nightmare for international counterterrorism and non-proliferation efforts.

The proposed agreement also abandons the “gold standard” that has guided US civilian nuclear cooperation for decades. Under the 2009 US-United Arab Emirates (UAE) nuclear agreement, Abu Dhabi accepted strict conditions that prohibited domestic uranium enrichment and spent-fuel reprocessing while granting comprehensive international oversight. These restrictions significantly reduced proliferation dangers.

The Saudi agreement reportedly discards many of these safeguards. It also reportedly does not require Riyadh to adopt the International Atomic Energy Agency’s Additional Protocol, which allows inspectors short-notice access to undeclared facilities to detect clandestine nuclear activities.

If Washington lowers its own standards for Saudi Arabia, other countries will inevitably demand identical treatment.

The UAE would likely seek to renegotiate its own agreement. Turkey and Egypt would almost certainly demand similar privileges. Russia and China could use the American precedent to justify weaker safeguards in their own nuclear partnerships across the Middle East and beyond.

Instead of strengthening the global non-proliferation regime, the United States would be weakening it with its own hands.

The agreement also undermines Washington’s ability to confront Iran over its nuclear ambitions. For years, successive American administrations have insisted that Iran must never be allowed to enrich uranium without stringent international oversight because enrichment provides a pathway to nuclear weapons. If Saudi Arabia is granted that same capability under less demanding conditions, Tehran will immediately accuse Washington of double standards.

Indeed, Iranian officials have already begun making precisely that argument. Iranian Interior Ministry spokesman Ali Zeinivand recently declared that if a regional arms race begins, Iran would have “more freedom of action than anyone else,” while accusing the United States of discrimination by permitting some countries to pursue nuclear capabilities while denying others the same right.

The United States cannot credibly demand that Iran abandon capabilities it is simultaneously willing to grant Saudi Arabia.

The agreement also threatens to trigger a dangerous regional nuclear arms race. Iran has repeatedly indicated that it would respond to Saudi nuclear advances. Turkey has already warned that it may be forced to pursue similar capabilities if Iran acquires nuclear weapons. Egypt would undoubtedly come under pressure to do the same.

Perhaps the most troubling aspect of the agreement is that it separates civilian nuclear cooperation from broader diplomatic objectives.

The Trump Administration views civilian nuclear assistance as leverage to advance normalization between Saudi Arabia and Israel under the Abraham Accords.

Peace, however, should never be purchased through strategic concessions that jeopardize international security.

Peace with Israel is not a prize awarded by Arab or Muslim countries. It is not something that should require American bribes in the form of nuclear technology or strategic incentives.

Peace serves Saudi Arabia’s own interests. It enhances regional stability, strengthens economic development, attracts foreign investment, and improves security for all parties. Arab and Muslim states should pursue peace with Israel because it benefits their own people — not because Washington offers dangerous concessions.

Once uranium enrichment spreads across the Middle East, it cannot easily be contained. Once regional powers begin competing for nuclear capabilities, there may be no turning back. The United States should not become the architect of the next Middle East nuclear arms race.


Khaled Abu Toameh is an award-winning journalist based in Jerusalem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com