Hamas: Rozbroimy się, jeśli Izrael zaprzestanie ataków. Netanjahu: Nie ma mowy

Izraelscy żołnierze. (Fot. REUTERS/Mussa Qawasma)


Hamas: Rozbroimy się, jeśli Izrael zaprzestanie ataków. Netanjahu: Nie ma mowy

Robert Stefanicki


Premier Izraela odrzucił plan Rady Pokoju Donalda Trumpa, przewidujący połączenie rozbrojenia Hamasu z wycofywaniem wojsk izraelskich ze Strefy Gazy.

.

Netanjahu na niedzielnym posiedzeniu gabinetu powiedział, że Izrael odrzuca ten dokument.

Izrael: Nie interesuje nas fikcyjne rozbrojenie Hamasu

Porozumienie o zawieszeniu broni, jakie weszło w życie jesienią zeszłego roku, utknęło na pierwszym etapie: wymieniono więźniów i ciała zabitych zakładników. Drugi etap przewidywał wycofywanie się Izraela ze Strefy Gazy i rozbrojenie Hamasu – lecz kością niezgody było to, co ma nastąpić najpierw.

W międzyczasie doszło do podziału Strefy Gazy na część kontrolowaną przez Izrael – to już 60 proc. terytorium enklawy – i pozostałą część w dalszym ciągu kontrolowaną przez Hamas.

Jednocześnie Izrael dokonuje codziennych ataków na Strefę Gazy. Choć ich skala jest znacznie mniejsza od tego, co działo się przed zawieszeniem broni, to i tak przez ostatnie 10 miesięcy zginęło 1257 Palestyńczyków z Gazy, a 4131 zostało rannych. Według palestyńskiego ministerstwa zdrowia w większości są to kobiety i dzieci.

Zgoda Hamasu na rozbrojenie mogła wydawać się przełomem. Donald Trump ogłosił, że jest to „monumentalny krok w kierunku trwałego pokoju i bezpieczeństwa”.

Hamas stwierdził jednak, że przekazanie ciężkiej broni jest uzależnione od zakończenia przez Izrael „wszelkich form agresji” i wycofania swoich sił ze Strefy Gazy. 15-punktowy plan Rady Pokoju – ciała powołanego w ramach rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ do nadzorowania planu Trumpa – zakładał, że Izrael rozpocznie wycofywanie sił zbrojnych równolegle z rozbrojeniem Hamasu. 

Tymczasem na niedzielnym posiedzeniu rządu Netanjahu stwierdził, że Hamas musi się rozbroić, zanim Izrael się wycofa. Dodał, że nie może to być jakieś „fikcyjne rozbrojenie”. Netanjahu stwierdził ponadto, że izraelskie wojsko „nie przeprowadzi żadnego wycofania, dopóki Hamas nie zostanie rzeczywiście rozbrojony i będzie nadal udaremniać zagrożenia dla naszych sił zbrojnych i naszych obywateli”.

Eksperci: Hamas spodziewał się takiej reakcji Netanjahu

Było to oczekiwane. Od razu po ogłoszeniu planu, izraelscy urzędnicy anonimowo przekazywali, że żądają „całkowitej demilitaryzacji Strefy Gazy, jako warunku wstępnego każdego procesu”.

Zgodnie z planem Rady Pokoju, broń oddana przez Hamas miałaby być przechowywana przez Narodowy Komitet Administracji Strefy Gazy, czyli złożone z palestyńskich technokratów ciało, które ma przejąć zarządzanie enklawą zarówno od Izraela, jak i od Hamasu. Jednak Izrael nie wpuszcza jego członków do Strefy Gazy i są oni zmuszeni działać z Kairu. Także z tego powodu rozbrojenie Hamasu jest nierealne. Ponadto Izrael domaga się całkowitego „zniszczenia” broni, a nie tylko złożenia do magazynu.

– Oni mają pomysły. Niektóre z nich są dla nas do przyjęcia, a niektóre nie. My umiemy bronić swojego stanowiska w tych sprawach – powiedział.

O ile rozmaici dyplomaci, przynajmniej retorycznie, wzięli ustępstwo Hamasu za dobrą monetę i zwiększenie szansy na pokój, to wielu analityków jest zdania, iż było to tylko zagranie wizerunkowe, bo Hamas dobrze wiedział, że Netanjahu powie „nie”.

Skrajna prawica w Izraelu: Wojnę w Strefie Gazy trzeba wznowić

Na kilkanaście tygodni przed wyborami w Izraelu mało prawdopodobne jest, aby Netanjahu chciał wykonać jakikolwiek ruch, który mógłby zostać odczytany jako ustępstwo wobec Hamasu. Dwuletnia wojna, wywołana brutalną napaścią hamasowców na południowy Izrael, miała przecież doprowadzić do całkowitego zniszczenia tej organizacji.

Mniej chodzi nawet o to, że Netanjahu obawia się wyjść na nieudolnego w oczach wyborców. Groźniejszy jest dlań gniew jego skrajnie prawicowych koalicjantów, od których zależy istnienie jego rządu w obecnej kadencji, a może zależeć też w przyszłej.

Jak poinformował „Israel Hayom”, czwórka ministrów – prawicowi ekstremiści Becalel Smotricz i Orit Strock oraz reprezentujący konserwatywny mainstream Ze’ev Elkin i Awi Diczter – wezwali podczas posiedzenia gabinetu do wznowienia ofensywy wojskowej w Strefie Gazy.

Zaś minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben Gwir powiedział w piątek, że umowa przygotowana przez Radę Pokoju pozwoli „Hamasowi zorganizować kolejną masakrę” i jest „nie do przyjęcia dla Izraela”.

„Celowane zabójstwa w Strefie Gazy muszą być kontynuowane, musi nastąpić zachęcanie [Palestyńczyków] do emigracji, Izrael musi wygrać” – napisał Ben Gwir w poście na X.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Moderate Hawaii Rep. Easily Defeats Anti-Israel Challenger


Moderate Hawaii Rep. Easily Defeats Anti-Israel Challenger

Corey Walker


FILE PHOTO: Rep. Ed Case (D-HI) asks a question as U.S. Attorney General William Barr testifies on the Justice Department’s budget proposal before a House Appropriations Subcommittee hearing on Capitol Hill in Washington, U.S., April 9, 2019. REUTERS/Aaron P. Bernstein/File Photo

Rep. Ed Case (D-HI), a longtime pro-Israel Democrat, defeated a more progressive and younger challenger in Hawaii’s Democratic congressional primary, delivering another setback to efforts by the party’s left wing to unseat established Democrats over their positions on Israel.

Case defeated state Sen. Jarrett Keohokalole by a wide margin, winning roughly 60 percent of the vote to Keohokalole’s mid-30s. The result came as Democrats continue to grapple with an increasingly contentious debate over U.S. support for Israel and the future of American policy toward the Jewish state.

Keohokalole, who mounted his challenge from the party’s progressive flank, had called for reducing U.S. military assistance to Israel. His campaign sought to capitalize on growing criticism of Israel among some Democratic voters, particularly over the war against Hamas in Gaza.

“I don’t think we should give any more money for Israel to wage war,” Keohokalole said.

Keohokalole also took aim at Case for not more stridently opposing US involvement in the war with Iran. His campaign page says the he envisioned his foreign policy approach in Congress as “reimagining the United States’ role on the world stage as a global peace leader by working to end unnecessary and costly conflicts, including opposing escalation toward war with Iran, and strengthening congressional oversight over military action and executive war powers.”

He has also stated that he would have voted in favor of the amendment to the 2027 State Department appropriations bill, which would have effectively stripped over $3 billion in aid from Israel. The amendment, introduced by Rep. Thomas Massie (R-KY), failed by a vote of 314–104, with Democrats comprising 103 of the votes. The proposal would have barred any funding appropriated under the State Department spending bill from being “obligated or expended for Israel” and separately reduced the foreign-military-financing account by $3.3 billion—the amount allocated for Israel’s annual security assistance.

Case, by contrast, has maintained a substantially more supportive position toward Israel. He has consistently backed the U.S.-Israel alliance and U.S. security assistance to Israel, placing him among the more reliably pro-Israel Democrats in Congress. However, Case has issued criticism with the way that Israel has approached the ongoing war in Gaza, issuing criticism towards the humanitarian situation in Gaza and condemning Israeli leadership.

“I definitely did disagree with Israel’s response to the attack on Israel — the severity, the disproportionality, the incredible tragedy of so many civilian deaths,” Case said in an interview. “I am a straight-up opponent of the current leadership of Israel.”

The Hawaii contest underscores the difficulty progressive activists face when attempting to translate growing Democratic criticism of Israel into primary victories against established incumbents.

The result is particularly notable because Hawaii’s Democratic electorate is overwhelmingly blue, meaning the primary effectively determines the winner of the congressional seat. Despite the increasingly prominent role of the Israel debate within Democratic politics, voters rejected a challenger who sought to move the incumbent significantly to the left on the issue.

Case’s victory also comes amid a series of Democratic primaries that have produced mixed results for both sides of the party’s Israel debate.

In Michigan, progressive Democrat Abdul El-Sayed won the Democratic nomination for Senate, while state Rep. Donovan McKinney defeated incumbent Rep. Shri Thanedar in a House primary after campaigning on a more critical approach to U.S. support for Israel. Both victories demonstrated the continuing strength of the party’s anti-Israel and pro-Palestinian wing.

In New York City, anti-Israel insurgents state Assemblymember Claire Valdez, Darializa Avila Chevalier, and Comptroller Brad Lander, all defeated incumbents which were perceived as being more supportive of the Jewish state. In each of these races, whether the US should continue to send aid to Israel, and whether the Israel-Hamas war should be considered “genocide,” became major points of contention.

However, other contests have produced the opposite outcome. In Missouri, Wesley Bell defeated progressive incumbent Cori Bush in a Democratic primary, with Israel policy emerging as one of the major dividing lines in the race. Bell was supported by pro-Israel political groups such as AIPAC. Bush tried, but failed, to defeat Bell by tying his campaign to the pro-Israel lobbying group.

According to a July Associated Press-NORC Center for Public Affairs Research poll, 56 percent of Democrats say they sympathize more with the Palestinian people, while just 14 percent say they sympathize more with Israelis. Among Republicans, by contrast, 71 percent say they are more sympathetic to Israel, compared with just 7 percent who identify more closely with the Palestinians.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Jedyne prawo człowieka, którego nikt nie domaga się dla Palestyńczyków


Jedyne prawo człowieka, którego nikt nie domaga się dla Palestyńczyków

Elder of Ziyon


Państwa arabskie go nie przyznają. Autonomia Palestyńska go nie definiuje. A organizacje praw człowieka, które w tym tygodniu domagają się jego poszanowania od Trumpa, ani razu nie domagały się go.

W czwartek prezydent Trump podpisał dwa kolejne rozporządzenia wykonawcze ograniczające prawo do obywatelstwa z tytułu urodzenia, a środowisko organizacji praw człowieka zareagowało oburzeniem. Amnesty International USA stwierdziła w lutym, że zniesienie obywatelstwa z tytułu urodzenia jest „zakorzenione w rasizmie i białej supremacji”. Human Rights Watch opublikowała szereg komunikatów prasowych krytykujących próby Trumpa zmierzające do zniesienia obywatelstwa z tytułu urodzenia dla dzieci nielegalnych imigrantów. ACLU wniosła pozew w ciągu kilku godzin od podpisania pierwszego rozporządzenia wykonawczego w styczniu 2025 roku i w czerwcu wygrała przed Sądem Najwyższym – w orzeczeniu 6 do 3 w sprawie Trump v. Barbara, które potwierdziło obowiązywanie Czternastej Poprawki. Demokratyczni senatorowie i znaczna część środowiska prawników zajmujących się prawem imigracyjnym uznali próbę odmówienia obywatelstwa dzieciom urodzonym w Ameryce za atak na fundamentalne prawo, a środowisko organizacji praw człowieka podzieliło tę ocenę.

Mają rację, że obywatelstwo z tytułu urodzenia jest uznawane za prawo fundamentalne. Jest ono zapisane nie tylko w Czternastej Poprawce, lecz także w Konwencji o ograniczaniu bezpaństwowości z 1961 roku, która zobowiązuje państwa do przyznania obywatelstwa dziecku urodzonemu na ich terytorium, jeśli w przeciwnym razie byłoby ono bezpaństwowcem, oraz w Konwencji o prawach dziecka, ratyfikowanej przez każde państwo arabskie, Państwo Palestyna oraz wszystkie pozostałe kraje na Ziemi z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych.

To bardzo interesujące. Bo jeśli chodzi o Palestyńczyków, żadne państwo arabskie nie pozwala dzieciom urodzonym na swoim terytorium uzyskać obywatelstwa, chyba że jedno lub oboje ich rodziców już je posiada. A organizacje praw człowieka milczą na ten temat bardzo, bardzo wymownie.

Konwencja o prawach dziecka nie wymaga, aby każde państwo przyznawało obywatelstwo każdemu, kto urodzi się w jego granicach. Jeśli istnieje droga do uzyskania obywatelstwa, zazwyczaj z racji obywatelstwa rodziców, państwo nie ma obowiązku przyznawania dziecku własnego obywatelstwa. Artykuł 7 nakłada jednak szczególny obowiązek „w szczególności w przypadku, gdyby brak tych działań spowodował, iż dziecko zostałoby bezpaństwowcem”, co oznacza, że jeśli dziecko nie ma innej możliwości uzyskania obywatelstwa jakiegokolwiek państwa, powinno zostać obywatelem kraju, w którym się urodziło.

Dokładnie tak wygląda sytuacja Palestyńczyków: żadne państwo arabskie nie pozwala dziecku urodzonemu na swoim terytorium uzyskać obywatelstwa, chyba że jedno z rodziców już je posiada, a palestyński rodzic nie ma innego obywatelstwa, które mógłby przekazać dziecku, ponieważ żadne państwo – w tym to, które twierdzi, że reprezentuje Palestyńczyków – nigdy takiego obywatelstwa nie ustanowiło. Amnesty i Human Rights Watch, tak skore do ochrony prawa dzieci nielegalnych imigrantów do obywatelstwa Stanów Zjednoczonych, ani razu nie zażądały, by państwa arabskie respektowały to prawo w odniesieniu do palestyńskich dzieci.

Miliony Palestyńczyków urodziły się w Libanie, Syrii, Jordanii i Iraku na przestrzeni czterech pokoleń, a państwa, które ich przyjęły, nigdy nie zaoferowały im obywatelstwa. Amnesty i HRW, które z całą pewnością popierają tę Konwencję, nigdy nie zażądały od państw arabskich przestrzegania Konwencji, którą same podpisały, i przyznania obywatelstwa palestyńskim dzieciom.

Czy jest to zatem prawo człowieka, czy nie?

Pytam o to co najmniej od 2019 roku, kiedy zadałem to pytanie bezpośrednio Sarit Michaeli z B’Tselem na Twitterze: czy zgadza się, że Palestyńczycy powinni mieć możliwość uzyskania pełnego obywatelstwa w arabskich państwach, które ich przyjęły, jeśli tego chcą? Nigdy nie odpowiedziała, ponieważ szczera odpowiedź ujawniłaby stanowisko podzielane przez B’Tselem, HRW i Amnesty, że fikcyjne „prawo do powrotu” prawnuków uchodźców z 1948 roku jest ważniejsze niż rzeczywista bezpaństwowość ludzi żyjących obecnie. (A swoje prawne uzasadnienie „prawa do powrotu” opierają na czymś, co musi być celowym przeinaczeniem rzeczywistej sprawy rozpatrywanej przez MTS.)

A co z samym „Państwem Palestyna”?

Tu robi się jeszcze ciekawiej.


Link do oryginału:

Elder’s Substack
The One Human Right That No One Demands For Palestinians
On Thursday, President Trump signed two more executive orders narrowing birthright citizenship, and the human rights world erupted. Amnesty International USA said in February that ending birthright citizenship was “rooted in racism and white supremacy.” Human Rights Watch has a number of…
Read more

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Koszmar pomysłu Trampa z nuklearną Arabią Saudyjaską

Na zdjęciu: Prezydent USA Donald Trump wita saudyjskiego następcę tronu Mohammeda bin Salmana w Białym Domu w Waszyngtonie, 18 listopada 2025 r. (Zdjęcie: Saul Loeb/AFP via Getty Images)


Koszmar pomysłu Trampa z nuklearną Arabią Saudyjaską

Khaled Abu Toameh
Tłumaczenie: Andrzej Koraszewski


Proponowana przez prezydenta USA Donalda J. Trumpa umowa o cywilnej współpracy nuklearnej z Arabią Saudyjską może okazać się jednym z najniebezpieczniejszych błędów strategicznych w najnowszej amerykańskiej polityce wobec Bliskiego Wschodu. Choć zwolennicy przedstawiają ją jako pokojowe partnerstwo w dziedzinie energetyki, mające na celu wzmocnienie relacji z kluczowym arabskim sojusznikiem, jej długofalowe konsekwencje mogą być katastrofalne. Umowa grozi osłabieniem dekad amerykańskiej polityki nierozprzestrzeniania broni jądrowej, wywołaniem regionalnego wyścigu zbrojeń, ośmieleniem przeciwników Stanów Zjednoczonych oraz stworzeniem zagrożeń dla bezpieczeństwa, których przyszłe pokolenia mogą nie być w stanie odwrócić.

Kongres i amerykańska opinia publiczna powinni odrzucić tę umowę, zanim stworzy ona precedens, który może podważyć światowe wysiłki na rzecz zapobiegania rozprzestrzenianiu broni jądrowej.

Najbardziej kontrowersyjnym elementem proponowanej umowy jest to, że – jak donoszą media – pozwala ona Arabii Saudyjskiej rozwijać krajowe zdolności do wzbogacania uranu w ramach zabezpieczeń, które nie spełniają rygorystycznych standardów dotychczas wymaganych przez Waszyngton. Choć nisko wzbogacony uran służy jako paliwo dla cywilnych reaktorów jądrowych, ta sama technologia może ostatecznie zostać wykorzystana do produkcji wysoko wzbogaconego uranu nadającego się do budowy broni jądrowej.

To zagrożenie nie jest wyłącznie teoretyczne.

Saudyjski następca tronu Mohammed bin Salman już kilka lat temu wyraził swoje intencje w sposób jednoznaczny. “Arabia Saudyjska nie chce zdobyć żadnej bomby atomowej” – powiedział w 2018 roku. “Ale bez wątpienia, jeśli Iran opracuje bombę atomową, my zrobimy to samo tak szybko, jak to będzie możliwe.”

Te słowa powinny były zakończyć wszelką dyskusję na temat dopuszczenia wzbogacania uranu na terytorium Arabii Saudyjskiej. Ujawniają one, że Rijad postrzega cywilne zdolności nuklearne nie tylko jako projekt energetyczny, lecz również jako potencjalne strategiczne zabezpieczenie przed Iranem.

Zwolennicy umowy argumentują, że królestwo pozostaje bliskim partnerem Stanów Zjednoczonych, a porozumienie zawiera wystarczające zabezpieczenia. Historia uczy jednak czegoś innego: rządy się zmieniają, reżimy upadają, sojusze się rozpadają, a dzisiejszy przyjaciel – nawet jeśli jest uczestnikiem Porozumień Abrahamowych – jutro może już nie być sojusznikiem.

Arabia Saudyjska wielokrotnie padała ofiarą ataków terrorystycznych Al-Kaidy i ISIS. Jest także krajem urodzenia Osamy bin Ladena, a 15 z 19 terrorystów, którzy przeprowadzili zamachy z 11 września 2001 roku, było obywatelami Arabii Saudyjskiej. Choć rząd saudyjski konsekwentnie zaprzeczał jakiemukolwiek udziałowi w tych zamachach, historia królestwa sugeruje coś innego.

Utrzymujące się zagrożenie ze strony islamistycznego ekstremizmu nadal istnieje.

W latach 2003–2006 Al-Kaida prowadziła krwawą rebelię na terytorium królestwa, atakując instytucje państwowe, cudzoziemców oraz infrastrukturę krytyczną. ISIS przyznało się do przeprowadzenia ataków na meczety, siły bezpieczeństwa i ludność cywilną w Arabii Saudyjskiej.

Choć saudyjskim władzom w dużej mierze udało się stłumić działalność tych organizacji, sam fakt ich istnienia podkreśla trwałą rzeczywistość: ekstremistyczne ugrupowania islamistyczne nadal postrzegają królestwo zarówno jako pole walki, jak i cenną zdobycz. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądał krajobraz polityczny Arabii Saudyjskiej za 20 lub 30 lat. Przyszły okres niestabilności, kryzys sukcesyjny lub upadek reżimu może doprowadzić do przejęcia wrażliwych obiektów nuklearnych, technologii lub materiałów przez podmioty, których cele są zasadniczo wrogie Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom.

Największym zagrożeniem nie jest zatem następca tronu Mohammed bin Salman ani obecne saudyjskie przywództwo. Największym zagrożeniem jest niepewność dotycząca tego, kto będzie rządził królestwem za kilkadziesiąt lat. Technologia jądrowa przetrwa znacznie dłużej niż jakikolwiek ustrój polityczny.

Żaden amerykański prezydent nie może zagwarantować, że ród Saudów będzie rządził wiecznie. Przewrót polityczny, wewnętrzna niestabilność, a nawet gwałtowne obalenie monarchii mogą pewnego dnia sprawić, że instalacje do wzbogacania uranu, naukowcy zajmujący się energetyką jądrową, wrażliwe technologie i materiały nadające się do produkcji broni trafią w ręce islamistycznych terrorystów.

Gdy wrażliwa technologia jądrowa wymknie się spod kontroli państwa, nie da się jej po prostu odzyskać. Organizacje terrorystyczne mogłyby same wykorzystać wiedzę lub materiały jądrowe albo sprzedać je na światowym czarnym rynku zbójeckim reżimom lub innym aktorom niepaństwowym. Taki scenariusz stanowiłby nieodwracalny koszmar dla międzynarodowych działań w zakresie zwalczania terroryzmu i nierozprzestrzeniania broni jądrowej.

Proponowana umowa odchodzi również od “złotego standardu”, który od dziesięcioleci wyznacza amerykańską współpracę cywilną w dziedzinie energetyki jądrowej. Na mocy amerykańsko-emirackiej umowy nuklearnej z 2009 roku Abu Zabi zaakceptowało surowe warunki zakazujące krajowego wzbogacania uranu i przerobu wypalonego paliwa, jednocześnie zgadzając się na kompleksowy międzynarodowy nadzór. Ograniczenia te znacząco zmniejszyły ryzyko proliferacji.

Według doniesień umowa z Arabią Saudyjską rezygnuje z wielu z tych zabezpieczeń. Podobno nie wymaga również od Rijadu przyjęcia Protokołu dodatkowego Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), który umożliwia inspektorom przeprowadzanie niezapowiedzianych kontroli w niezgłoszonych obiektach w celu wykrywania tajnych działań nuklearnych.

Jeżeli Waszyngton obniży własne standardy wobec Arabii Saudyjskiej, inne państwa nieuchronnie zażądają identycznego traktowania.

Zjednoczone Emiraty Arabskie prawdopodobnie będą chciały renegocjować własną umowę. Turcja i Egipt niemal na pewno zażądają podobnych uprawnień. Rosja i Chiny mogą wykorzystać amerykański precedens jako uzasadnienie dla słabszych zabezpieczeń we własnych partnerstwach nuklearnych na Bliskim Wschodzie i poza nim.

Zamiast wzmacniać światowy reżim nierozprzestrzeniania broni jądrowej, Stany Zjednoczone osłabiłyby go własnymi rękami.

Umowa podważa również zdolność Waszyngtonu do przeciwstawiania się ambicjom nuklearnym Iranu. Od lat kolejne amerykańskie administracje podkreślają, że Iran nigdy nie powinien mieć prawa do wzbogacania uranu bez rygorystycznego międzynarodowego nadzoru, ponieważ wzbogacanie stanowi drogę do pozyskania broni jądrowej. Jeśli Arabia Saudyjska otrzyma takie same możliwości na mniej wymagających warunkach, Teheran natychmiast oskarży Waszyngton o stosowanie podwójnych standardów.

Rzeczywiście, irańscy urzędnicy już zaczęli wysuwać dokładnie taki argument. Rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Ali Zeinivand oświadczył niedawno, że jeśli rozpocznie się regionalny wyścig zbrojeń, Iran będzie miał “większą swobodę działania niż ktokolwiek inny”, jednocześnie oskarżając Stany Zjednoczone o dyskryminację polegającą na pozwalaniu niektórym państwom rozwijać zdolności nuklearne przy jednoczesnym odmawianiu tego prawa innym.

Stany Zjednoczone nie mogą wiarygodnie domagać się od Iranu rezygnacji z możliwości, które jednocześnie są gotowe przyznać Arabii Saudyjskiej.

Umowa grozi również wywołaniem niebezpiecznego regionalnego wyścigu zbrojeń nuklearnych. Iran wielokrotnie sygnalizował, że odpowie na saudyjskie postępy w dziedzinie energetyki jądrowej. Turcja już ostrzegła, że może zostać zmuszona do rozwijania podobnych zdolności, jeśli Iran wejdzie w posiadanie broni jądrowej. Egipt bez wątpienia znalazłby się pod presją, by uczynić to samo.

Być może najbardziej niepokojącym aspektem tej umowy jest to, że oddziela ona cywilną współpracę nuklearną od szerszych celów dyplomatycznych.

Administracja Trumpa postrzega cywilną pomoc nuklearną jako narzędzie nacisku mające doprowadzić do normalizacji stosunków między Arabią Saudyjską a Izraelem w ramach Porozumień Abrahamowych.

Pokoju nie powinno się jednak kupować za cenę strategicznych ustępstw zagrażających bezpieczeństwu międzynarodowemu.

Pokój z Izraelem nie jest nagrodą przyznawaną przez państwa arabskie czy muzułmańskie. Nie jest czymś, co powinno wymagać amerykańskich “łapówek” w postaci technologii nuklearnych lub strategicznych zachęt.

Pokój leży w interesie samej Arabii Saudyjskiej. Zwiększa stabilność regionalną, wzmacnia rozwój gospodarczy, przyciąga zagraniczne inwestycje i poprawia bezpieczeństwo wszystkich stron. Państwa arabskie i muzułmańskie powinny dążyć do pokoju z Izraelem dlatego, że przynosi on korzyści ich własnym społeczeństwom – a nie dlatego, że Waszyngton oferuje niebezpieczne ustępstwa.

Gdy wzbogacanie uranu rozprzestrzeni się na Bliskim Wschodzie, jego powstrzymanie nie będzie łatwe. Gdy regionalne mocarstwa rozpoczną rywalizację o zdolności nuklearne, może już nie być odwrotu. Stany Zjednoczone nie powinny stać się architektem kolejnego bliskowschodniego wyścigu zbrojeń nuklearnych.


Khaled Abu Toameh jest wielokrotnie nagradzanym dziennikarzem mieszkającym w Jerozolimie.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


In upset, anti-Israel democratic socialist loses Wisconsin governor primary


In upset, anti-Israel democratic socialist loses Wisconsin governor primary

Andrew Bernard


State Assembly member Francesca Hong, who has accused Israel of “genocide,” lost the Democratic primary after polls suggested that she held a double-digit lead.

Wisconsin Democratic gubernatorial candidate Francesca Hong speaks to supporters during an election-night party on Aug. 11, 2026 in Madison, Wis. Credit: Scott Olson/Getty Images

Milwaukee County executive David Crowley won an upset victory over state Assembly member Francesca Hong in the Wisconsin Democratic gubernatorial primary after pre-election polling suggested that Hong, a member of the Democratic Socialists of America, held a double-digit lead.

Hong, 37, had accused Israel of “genocide” and appeared on podcasts with anti-Israel left-wing influencers, including Hasan Piker.

As a state lawmaker, she introduced legislation to repeal Wisconsin’s law opposing the movement to boycott Israel and opposed the state’s adoption of the International Holocaust Remembrance Alliance’s working definition of Jew-hatred.

With an estimated 98% of votes counted, Crowley had 313,321 votes (39.8%) to Hong’s 310,110 votes (39.4%), according to the Associated Press, which called the race early in the morning on Wednesday.

In the closing days of the campaign, Hong disavowed some of her previously held far-left positions, including police abolition and calling Thanksgiving a “colonizer holiday,” and did not make her views on Israel a focus of the campaign.

She nonetheless held to a “tax the rich” platform with calls for abolishing the U.S. Immigration and Customs Enforcement agency and a one-year ban on data-center construction.

Hong’s record of outlandish views prompted the Republican Governors Association to spend $3.6 million backing her in the final days of the primary in the apparent belief that she would be the weakest Democratic candidate in the general election.

Her defeat will likely raise further questions about the electability of anti-Israel progressives in statewide races after Dr. Abdul El-Sayed, former Detroit health director, eked out a win in the Democratic Senate primary in Michigan last week by about 15,000 votes.

Crowley, a more moderate candidate who has not repeatedly condemned the Jewish state and who briefly withdrew from the race in July, will now face off against Rep. Tom Tiffany (R-Wis.) in November in the race to succeed Gov. Tony Evers, a Democrat who decided not to seek a third term.

Garren Randolph, Crowley’s campaign manager, stated on Wednesday morning that “from day one, this campaign has been about what comes next for Wisconsin: making life more affordable, strengthening our schools, creating good-paying jobs and making sure opportunity reaches every corner of our state.”

“The choice in November has always been clear,” he added. “We can move Wisconsin forward with leadership focused on solving problems, or we can bring the division and extremism of Tom Tiffany and Donald Trump to Wisconsin.”

Tiffany stated that “this fight is bigger than any one party. It’s bigger than any one candidate.”

“This fight is about Wisconsin and protecting the state we know and love,” he said. “Let’s move Wisconsin forward, together.”

After midnight local time, it was reported that Milwaukee County had misplaced absentee vote tallies, which were supposed to be recorded on five memory drives. Results were delayed due to that mishap.

Tiffany, the only substantial Republican in the primary race, had 465,948 votes (95.3%) at press time, with about 98% of votes counted.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com