80 lat temu urodził się Jacek Zieliński, muzyk i wokalista „Skaldów”, autor nazwy zespołu

Jacek Zieliński (w 2022 roku). Fot. PAP/Łukasz Gągulski


80 lat temu urodził się Jacek Zieliński, muzyk i wokalista „Skaldów”, autor nazwy zespołu

Paweł Tomczyk (PAP)


„Śpiewam bo muszę” – zaśpiewał w 1967 roku Jacek Zieliński. Muzyk i wokalista „Skaldów”, autor nazwy zespołu, który podniósł muzykę rockową do rangi sztuki, urodził się 6 września 1946 roku.

„Modne w tamtych latach były kolory: Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary, Złote Struny. Jednak nie chciałem w tym przypadku iść z kierunkiem mody i nazwy poszukiwałem w … staropolszczyźnie wśród wędrownych muzykantów, śpiewaków” – opowiadał PAP Jacek Zieliński w 2011 roku. „Tacy wędrowni śpiewacy, grajkowie to nasz żywot” – wyjaśnił, dodając że nazwa „Skaldowie” kojarzy się też ze skalnym Podhalem. „Upiekliśmy więc dwie pieczenie na jednym ogniu – wędrownych śpiewaków i tych ze skalnego Podhala” – podsumował autor propozycji nazwy zespołu.

„Jakże trafne, zważywszy troskę protoplastów o kunszt literacki języka. Skaldowie o urodę słowa będą dbać ogromnie, w czym wspomagał ich nieustannie krakowski, acz z Suwałk, poeta Leszek Aleksander Moczulski, autor wielu pięknych piosenek, ale i przez lata kierownik literacki zespołu” – napisał Wiesław Krupiński w artykule pt. „Harmonia świata Skaldów” („Dziennik Polski”, 2010).

„Gdyby nie Jacek Zieliński, nie byłoby krakowskich Skaldów” – pisał rok wcześniej Krupiński w artykule „Śpiewam bo muszę”. „Przede wszystkim dlatego, że on tę nazwę wymyślił. Po wtóre – to jego wokal tak idealnie i naturalnie współbrzmiąc z głosem brata Andrzeja, twórcy repertuaru, nadał temu zespołowi wyróżniający go sound. Po trzecie – to on w 1987 roku, po sześciu latach przerwy, wznowił działalność zespołu, doprowadził do nagrania płyty, a wysoką nagrodą na festiwalu w Opolu przypomniał o klasie Skaldów, którą zrodził geniusz starszego o dwa lata Andrzeja Zielińskiego” – wyjaśnił.

Jacek był o dwa lata młodszym bratem Andrzeja. „Nie mając jeszcze dziesięciu lat, obaj podejmowali próby komponowania prostych melodii. W archiwum rodzinnym zachowała się piosenka, do której tekst napisał 9-letni Jacek, a muzykę 11-letni Andrzej” – napisał Andrzej Icha autor fundamentalnej monografii „Skaldowie. Historia i muzyka zespołu” (2004).

Ich rodzicami byli Zofia z domu Cukier (1919-2005), rodowita góralka z Zakopanego i Franciszek Zieliński (1915-75), prawnik i muzyk, posiadający też niezwykłe znajomości.

„Franek Zieliński był najlepszym muzykiem wśród naszej prawniczej braci studenckiej. Był rok młodszy ode mnie” – wspominał Jan Karski (1914-2000) w książce Waldemara Piaseckiego pt. „Jan Karski. Jedno życie” (2015). „Grał na wszystkim, na czym popadło. Przede wszystkim na skrzypcach i innych smykach. Potrafił naśladować różne style muzyczne i różny folklor. Jego popisy miały duże wzięcie” – dodał.

„Nie wiedziałem, jak się potoczyły jego losy aż do przyjazdu do Polski w 1974 roku na stypendium Fulbrighta. Wtedy u gospodyni kwatery, gdzie mieszkałem, usłyszałem płytę i song o dworcu w Kansas City, gdzie kiedyś byłem. Potem o wiejskim listonoszu i wreszcie o przepięknej wiolonczelistce. Zapytałem, co to za ansambl śpiewa, a ona podała nazwę »Skaldowie«. Pokazała mi okładkę tej płyty i jeszcze dwie inne. Puściła mi je z gramofonu. Bardzo mi się spodobały. Przy jakiejś okazji dowiedziałem się, że Andrzej i Jacek Zielińscy są synami Franciszka Zielińskiego, który przed wojną studiował we Lwowie, po wojnie został muzykiem. Grał w Orkiestrze Polskiego Radia, a teraz szefuje zespołowi artystycznemu »Desant«” – wspominał kurier Polskiego Państwa Podziemnego. „Od razu pomyślałem o moim koledze ze studiów. W pierwszym odruchu przyszło mi do głowy, żeby się z nim spotkać. Coś mnie jednak tknęło i zapytałem moich warszawskich znajomych, czy to dobry pomysł. Szczerze odradzili. »Możesz narobić człowiekowi kłopotu. Przecież ty jesteś amerykańskim profesorem, na dodatek z katolickiego uniwersytetu. »Desant« to zespół wojskowy. A dookoła jest PRL, kraj, który w Układzie Warszawskim z ZSRR na czele ma zwalczać NATO i przewodzącą mu Amerykę«. Nie trzeba mi było powtarzać. Zielińskiego mogliby wziąć po naszym spotkaniu za »amerykańskiego agenta«. Dałem spokój…” – opowiadał Karski, który niestety nigdy nie miał okazji posłuchać „Skaldów” na żywo.

„Cały wolny czas poza pracą poświęciłem dzieciom. Bawiliśmy się razem, uczyliśmy się razem” – wspominał Franciszek Zieliński („Radar” 1970). „Pomagałem im w nauce i w ćwiczeniu na instrumentach. Obaj chłopcy bowiem od dzieciństwa przejawiali duże zainteresowanie muzyką” – dodał. A tej pracy pan Franciszek miał dużo – obok Filharmonii Krakowskiej grywał też w operetce, „bo wtedy ciężko było wyżyć z jednej pensji”.

„Kiedy przyszedł moment wyboru zawodu, od razu wiedziałem, że muszę iść do szkoły muzycznej” – wspominał Jacek Zieliński w książce Marii Szabłowskiej „Cały ten big beat” (1993). „Ten świat niesamowicie mnie pociągał. Była jeszcze jedna rzecz, może drobna ale ważna dla mnie wtedy. Wszyscy koledzy ojca wydawali mi się wesołymi ludźmi. Ciągle opowiadali dowcipy, żartowali, śmiali się. Myślałem sobie, że muzycy to szczęśliwi ludzie” – dodał.

Bardziej doświadczony życiowo ojciec widział jednak przyszłość młodszego syna inaczej. „Kiedy kończyłem liceum muzyczne, cały czas słyszałem od taty: »Jacuś – wystarczy nam już dwóch muzyków w rodzinie. Jest tyle pięknych zawodów: lekarz czy adwokat« – próbował mnie zniechęcić. Ale ja zdecydowałem się zdawać na Akademię Muzyczną w Krakowie” – opowiadał wykonawca piosenki „Śpiewam bo muszę”.

„Krakowska Akademia Muzyczna miała wykształcić braci Zielińskich na muzyków grających w orkiestrach symfonicznych. Jacek uczył się gry na skrzypcach, a Andrzej – na fortepianie. Młodość ma jednak swoje prawa i obaj studenci zainteresowali się tym, czym słuchali ich rówieśnicy na Zachodzie: najpierw jazzem, a potem big-bitem” – napisał Paweł Gzyl w artykule pt. „Bracia Zielińscy: Big-bitowcy spod Wawelu z góralszczyzną we krwi” („Gazeta Krakowska”, 2022).

„Chęć znalezienia odskoczni od muzyki poważnej i zajęcia się czymś bardziej popularnym. Pojawiła się wtedy moda na gitary elektryczne, wywołana przez brytyjski zespół The Shadows. Potem wielkie sukcesy zaczęli odnosić The Beatles. Słuchaliśmy ich na różnych prywatkach. Pojawiła się więc chęć, by też pograć taką muzykę. Początkowo myśleliśmy, że będzie to tylko chwilowa zabawa młodych ludzi” – wyjaśnił cytowany w artykule Jacek Zieliński.

Miał 19 lat, gdy latem 1965 roku wpadał na próby zespołu tworzonego przez brata. Gdy okazało się, że potrzebny jest wokalista, był oczywistym kandydatem. „Wtedy jako skrzypek w tego typu zespole nie miałem co robić” – opowiadał młodszy Zieliński Wacławowi Krupińskiemu. Pozostawał mi jedynie śpiew, dopiero z czasem zacząłem przemycać trąbkę, a następnie skrzypce” – dodał.

„Skrzypce do muzyki rozrywkowej wyraźnie nie pasowały. Do big-beatu – w ogóle” – wspominał Jacek Zieliński.

„Skrzypce był to taki instrument wówczas w Polsce, że wstyd było iść z futerałem po ulicy, bo można było dostać” – przypomniał Andrzej Zieliński w radiowej „Trójce” (1990)

Prócz nietypowych dla rocka instrumentów Jacek Zieliński wniósł do zespołu swój głos. „Dysponując barytonem, musiał nieraz w piosenkach brata śpiewać i wysoko, na co pozwalała mu niemal trzyoktawowa rozpiętość głosu” – przypomniał Wacław Krupiński. „Jacek zawsze dźwigał na sobie ciężar głównego wokalu, co wymaga wielkiej kondycji fizycznej. A Jacek zawsze był bardzo mocny i został taki do dzisiaj, jego potężne płuca pozwalały mu śpiewać i równocześnie grać na trąbce” – przywołał opinię Andrzeja Zielińskiego.

„Skaldowie” przemycili też odniesienia do polskiego folkloru, konkretnie góralskiego. „Mieliśmy to we krwi – bo nasza mama jest rodowitą góralką i często podrzucała nam różne melodie z tego regionu. Szybko okazało się, że podhalański folklor miał najwięcej tego »bitu«, który pasował do muzyki popowej czy rockowej. Te skrzypce i basy powodowały, że to było bardzo rytmiczne granie. Kiedy zagra kapela góralska, to przecież aż noga sama chodzi” – wyjaśnił Jacek Zieliński Pawłowi Gzylowi.

O artystycznych dokonaniach „Skaldów” z udziałem Jacka Zielińskiego napisano wiele – zwyczajnie brakuje miejsca by to wszystko tutaj powtórzyć.

„Skaldowie są pierwszym polskim zespołem, który podniósł muzykę rockową do rangi sztuki” – ocenił Andrzej Ibis-Wróblewski w artykule pt. „Poetyka Skaldów” („Życie Warszawy”, 1972). „Jak zawsze dopisuje im inwencja melodyczna (…) i jak zawsze są polscy” – podkreślił 54 lata temu. I chyba nic się od tamtej pory niewiele się zmieniło.

Tyle tylko, że Jacek Zieliński zmarł dwa lata temu, 6 maja 2024 roku, w wyniku choroby nowotworowej – miał 77 lat.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Libijczykom grozi kara śmierci za przejście na chrześcijaństwo


Libijczykom grozi kara śmierci za przejście na chrześcijaństwo

Uzay Bulut


Od tłumacza – to tekst z marca 2025 roku. Nie tylko nie stracił aktualności, ostatecznie już wtedy traktował o wydarzeniu sprzed 10 lat, jest kolejnym przypomnieniem, że wojna islamu z niewiernymi nie jest tylko wojną z Żydami, którą oklaskuje tak wielu zachodnich chrześcijan i ateistów. Uzay Bulut – turecka dziennikarka, która wychowała się w muzułmańskiej rodzinie i w muzułmańskim kraju, widzi to wyraźniej niż nasi Betlejewscy.


15 lutego minęła dziesiąta rocznica egzekucji 20 koptyjskich chrześcijan i jednego Ghańczyka dokonanej przez Państwo Islamskie (IS) na plaży w Libii.

W 2015 roku ISIS zamieściło na YouTube nagranie zatytułowane „Przesłanie podpisane krwią do narodu Krzyża”. 20 koptyjskich chrześcijan oraz ghański chrześcijanin, ubrani w pomarańczowe kombinezony, zostali przeprowadzeni wzdłuż libijskiej plaży przez swoich porywaczy, którzy wkrótce mieli stać się ich katami. Mężczyznom dano ostatnią szansę na wyrzeczenie się wiary, zanim zostali ścięci.

Organizacja praw człowieka Open Doors poinformowała:

„Kiedy IS ścięło 21 mężczyzn, odmówiono im godnego pochówku. Ich ciała wrzucono do masowego grobu. Trzy lata później jeden ze schwytanych bojowników ujawnił miejsce, w którym ukryto męczenników, a ich szczątki zostały w końcu sprowadzone do Egiptu. W ich rodzinnej miejscowości zbudowano kościół, aby uczcić ich pamięć. Ich ciała spoczywają obecnie w jego wnętrzu, gdzie umieszczono również ich portrety i świadectwa ich męczeńskiej śmierci.”

Większość koptyjskich chrześcijan z Egiptu, którzy mieszkali i pracowali w Libii, powróciła od tamtej pory do ojczyzny. Tendencja ta nasiliła się po masakrze z 2015 roku, a następnie po kolejnej masakrze dokonanej przez ISIS, w której w kwietniu 2015 roku zamordowano 30 etiopskich chrześcijan.

Obecna populacja Libii wynosi 6 812 000 mieszkańców; pozostaje tam około 35 500 chrześcijan (0,5% ludności). Ta niewielka społeczność chrześcijańska jest jednak narażona na dotkliwe prześladowania.

W Libii przejście na chrześcijaństwo jest przestępstwem zagrożonym karą śmierci. Na przykład chrześcijanin, który przeszedł na tę religię z islamu, został skazany na śmierć we wrześniu 2022 roku. Nadal przebywa w więzieniu, podczas gdy jego sprawa oczekuje na rozpatrzenie przez Sąd Najwyższy.

W marcu 2023 roku co najmniej sześciu libijskich chrześcijan wywodzących się ze środowisk muzułmańskich również aresztowano. Władze próbowały zmusić ich (za pomocą tortur) do wyrzeczenia się wiary. W tym samym czasie dwóch amerykańskich chrześcijan aresztowano i przymusowo wydalono z kraju po oskarżeniu ich o prozelityzm.

Główne grupy chrześcijańskie w dzisiejszej Libii tworzą migranci z Afryki Subsaharyjskiej oraz część egipskich Koptów. Open Doors podaje, że wszystkie koptyjskie kościoły prawosławne w kraju zostały zniszczone lub opuszczone. Pozostali chrześcijanie z Afryki Subsaharyjskiej są podwójnie narażeni na prześladowania i dyskryminację – zarówno ze względu na rasę, jak i religię.

W Libii pozostało niewiele budynków kościelnych. Nadal są one narażone na ataki, zwłaszcza ze strony ugrupowań islamskich.

Praktycznie wszyscy muzułmanie w Libii należą do sunnickiego islamu. W całym kraju obowiązuje prawo szariatu. Muzułmanie przechodzący na chrześcijaństwo spotykają się z brutalną presją ze strony rodziny, lokalnej społeczności i władz, mającą zmusić ich do wyrzeczenia się nowej wiary. Dlatego większość Libijczyków będących chrześcijanami utrzymuje swoją wiarę w tajemnicy.

Domy zamieszkiwane przez chrześcijan oraz prowadzone przez nich niewielkie sklepy są narażone na ataki ze strony grup przestępczych, radykalnych ugrupowań islamskich, a nawet funkcjonariuszy państwowych.

Podobnie jak w większości krajów muzułmańskich, odejście od islamu wiąże się z ogromną presją społeczną, a konwertyci są zawsze najbardziej zagrożeni przede wszystkim ze strony własnych rodzin. Libijscy chrześcijanie często boją się spotykać z innymi chrześcijanami, ponieważ wszelkiego rodzaju niemuzułmańskie zgromadzenia religijne, w tym nabożeństwa w kościołach, są zabronione.

W zależności od regionu migranci mogą gromadzić się w kościołach (także domowych), jednak uczestnictwo w takich spotkaniach naraża ich na poważne niebezpieczeństwo; dlatego wielu z nich z obawy trzyma się od nich z daleka. Mimo to nadal grożą im porwania i inne formy przemocy.

Wwożenie do kraju arabskiej literatury chrześcijańskiej i Biblii jest surowo zabronione. Prozelityzm lub działalność misyjna wśród muzułmanów są oficjalnie zakazane.

Według badań przeprowadzonych przez Open Doors w ostatnich latach w Libii:

  • Zarówno chrześcijanie będący konwertytami, jak i chrześcijańscy migranci byli zatrzymywani z powodów związanych z ich wiarą. Za takie zatrzymania odpowiadają grupy plemienne, a także przedstawiciele władz (często powiązani z radykalnymi ugrupowaniami islamskimi lub milicjami).
  • Kilka budynków kościelnych i innych miejsc kultu chrześcijańskiego zostało zaatakowanych. Często są one burzone lub uszkadzane.
  • Kilku chrześcijan z Afryki Subsaharyjskiej zostało porwanych dla okupu.
  • Według doniesień kilku chrześcijańskich migrantów (głównie z krajów Afryki Subsaharyjskiej), przetrzymywanych w libijskich ośrodkach detencyjnych, zostało zgwałconych i pobitych.
  • Niewolnictwo, praca przymusowa i handel ludźmi nadal są powszechne pomimo międzynarodowego oburzenia, jakie wybuchło w 2017 roku, gdy CNN pokazało nagrania dokumentujące aukcję ludzi pochodzących z Afryki Subsaharyjskiej. Wielu migrantów z Afryki Subsaharyjskiej jest chrześcijanami.
  • Kobiety zajmują w libijskim życiu rodzinnym niższą pozycję niż mężczyźni, co wynika z norm plemiennych odpowiadających zasadom szariatu.
  • Libijska kobieta podejrzewana o zainteresowanie chrześcijaństwem może zostać poddana aresztowi domowemu, napaści seksualnej, przymusowemu małżeństwu, a nawet ponieść śmierć.
  • Chrześcijańskie migrantki przemierzające Libię są również narażone na porwania i handel ludźmi, zwłaszcza gdy zostają oddzielone od towarzyszących im mężczyzn, co często zdarza się w ośrodkach detencyjnych dla migrantów. Według doniesień były zmuszane do prostytucji.
  • Kobiety często doświadczają przemocy seksualnej z powodu swojej wiary, niekiedy jako formy kary. Napotykają społeczne i kulturowe bariery utrudniające ściganie sprawców takich przestępstw.
  • Chrześcijańscy mężczyźni są narażeni na utratę zatrudnienia, przemoc fizyczną i psychiczną oraz wyrzucenie z rodzinnego domu.
  • Libijscy mężczyźni i chłopcy są coraz częściej zmuszani do walki w milicjach, co skłania wielu z nich do ucieczki z rodzinnych miejscowości, aby uniknąć takiego losu.

Libia jest obecnie podzielona między dwa rządy: Rząd Jedności Narodowej (GNA), na którego czele w Trypolisie stoi Abdul Hamid Dbeibah, oraz rząd w Bengazi znajdujący się pod ochroną Khalify Haftara i jego Libijskich Arabskich Sił Zbrojnych (LAAF).

Wybory parlamentarne i prezydenckie pierwotnie planowano na 2021 rok, lecz zostały bezterminowo przełożone po wybuchu poważnych sporów między wszystkimi frakcjami politycznymi.

Przedstawiciele zarówno mającej siedzibę na wschodzie Izby Reprezentantów, jak i mającej siedzibę na zachodzie Wysokiej Rady Państwa pracują obecnie nad nowymi ramami przeprowadzenia wyborów, jednak mało prawdopodobne jest, aby którakolwiek z głównych frakcji zgodziła się oddać władzę.

„Wydaje się, że istnienie jednego rządu centralnego kontrolującego całą Libię byłoby jedynym sposobem na położenie kresu bezprawiu w kraju… Jednak bez względu na rezultat sytuacja osób przechodzących z islamu na chrześcijaństwo pozostanie niezwykle delikatna i niebezpieczna” – zauważa Open Doors.

Nie tylko chrześcijanie padają w Libii ofiarą poważnych prześladowań. Muzułmanie ibadyccy i suficcy, którzy nie należą do sunnickiej tradycji islamu, również doświadczają naruszeń, w tym brutalnych ataków ze strony sunnickich milicji. Spotykają się także z ogólną dyskryminacją społeczną. Ponadto ateiści oraz osoby otwarcie kwestionujące sunnicką doktrynę islamu są poważnie zagrożone.

Libia była jednak niegdyś krajem o większości chrześcijańskiej.

Obszar Afryki Północnej, który od 1911 roku znany jest jako Libia, należał najpierw do Imperium Rzymskiego, a później do Cesarstwa Bizantyjskiego (Wschodniorzymskiego) – od 146 roku p.n.e. do 643 roku n.e.

Nazwa kraju pochodzi od starogreckiego Λιβύη („Libýē”), które w tamtych czasach odnosiło się ogólnie do kontynentu afrykańskiego.

W starożytności częściami Libii władali między innymi Grecy, Asyryjczycy i Persowie. Grecy pozostawili w starożytnej Libii głębokie ślady. Cyrena była na przykład starożytnym greckim miastem w Libii, założonym w 631 roku p.n.e. przez społeczność greckich emigrantów z wyspy Thera na Morzu Egejskim.

Cyrena stała się jednym z wielkich ośrodków intelektualnych świata klasycznego, posiadającym szkołę medyczną. Z miastem związani byli wybitni uczeni, tacy jak geograf Eratostenes oraz filozof Arystyp, twórca szkoły cyrenajskiej.

W 96 roku p.n.e. Cyrenajka znalazła się pod panowaniem rzymskim, a w 67 roku p.n.e. została połączona z Kretą, tworząc prowincję senatorską ze stolicą lokalną w Cyrenie. W wyniku podboju rzymskiego cały obszar dzisiejszej Libii stał się częścią Imperium Rzymskiego.

Terytoria współczesnej Libii miały odrębne dzieje aż do czasów rzymskich, jako Trypolitania i Cyrenajka. Początki chrześcijaństwa w Libii są również bardzo dawne, ponieważ wielu historyków przypisuje jego zapoczątkowanie ewangeliście św. Markowi.

Profesor Thomas C. Oden pisze:

„Od około 68 roku n.e. aż do muzułmańskiego podboju w 643 roku n.e. Libia była domem dla żywej, twórczej społeczności chrześcijańskiej, która przyczyniła się do ukształtowania wiary w postaci, w jakiej znamy ją nawet dzisiaj. W połowie lat 190. n.e. Leptis Magna mogła szczycić się swoimi słynnymi synami: rzymskim papieżem Wiktorem Afrykańczykiem oraz rzymskim cesarzem Septymiuszem Sewerem. Bogata i prężna społeczność wydała wiele kluczowych postaci – od pierwszych męczenników, przez wielkich myślicieli, aż po największych herezjarchów.”

Najświetniejszy okres rzymskiej Libii przypadł na panowanie cesarza Septymiusza Sewera, urodzonego w Leptis Magna.

„Leptis Magna została rozbudowana i upiększona przez Septymiusza Sewera, który się tam urodził, a później został cesarzem. Było to jedno z najpiękniejszych miast Imperium Rzymskiego, z imponującymi budowlami publicznymi, portem, rynkiem, magazynami, sklepami i dzielnicami mieszkalnymi” – podaje UNESCO.

Tragiczne jest to, że ta cywilizacja nie miała przetrwać. W VII wieku Afryka Północna została najechana przez armie arabskie. Wtedy rozpoczął się jej upadek – wraz z procesem brutalnej arabizacji i islamizacji.

Co pozostało dziś z niegdyś rzymskiej, greckiej i chrześcijańskiej Libii? Kraj pogrążony w nieustannej wojnie, zrujnowany przez islamskich barbarzyńców.

Libia, niegdyś jeden z głównych ośrodków chrześcijaństwa, stała się krajem znanym z prześladowania nie tylko swojej niewielkiej mniejszości chrześcijańskiej, lecz także innych niemuzułmanów. Jest jednym ze światowych centrów terroryzmu.

Dzieci w szkołach całego niemuzułmańskiego świata powinny poznawać prawdziwą historię islamizacji oraz zniszczeń, jakie przyniosła ona licznym, wspaniałym cywilizacjom.


Link do oryginału: https://jihadwatch.org/2025/03/libyans-face-death-penalty-for-converting-to-christianity?utm_source=substack&utm_medium=email

Jihad Watch 4 marca 2025


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Northern Ireland Triathlon Bans Israeli Athletes Citing Public Safety Concerns, Support for Palestinians


Northern Ireland Triathlon Bans Israeli Athletes Citing Public Safety Concerns, Support for Palestinians

Shiryn Ghermezian


Anti-Israel protesters demonstrate in front of the Central Bank of Ireland against the sale of Israeli bonds throughout the EU, in Dublin, Ireland, May 27, 2025. Photo: REUTERS/Clodagh Kilcoyne

Israeli athletes set to compete in a triathlon in Northern Ireland on Saturday have been banned from participating in the race following public safety concerns, with organizers explaining the decision was also a reflection of their support for Palestinians.

The North West Triathlon Club (NWTC), which is organizing the 2026 Europe Triathlon Cup, confirmed on Thursday that no athletes representing Israel will be competing in the race in the city of Derry. Four Israeli triathletes had been scheduled to compete in the men’s elite race. The Triathlon Cup includes both elite and junior races.

“They will not be lining up at our start line, and they will not be taking part in our race. There will no Israeli representation competing at this event,” NWTC said in a statement shared on Facebook. “This is not a position directed at anyone because of their religion or ethnicity, nor is it hostility towards an individual simply because they were born in Israel. It is a position concerning representation of the State of Israel in international sport and the attempt to present normality on the international sporting stage while Palestinians continue to suffer.”

NWTC said it was not involved in and had no control over who was accepted or approved entry to compete in the triathlon. International registration was handled by World Triathlon, which is the governing body of the sport. NWTC explained that the decision to exclude Israeli athletes from the Europe Triathlon Cup was made based on the club’s “values,” the values of its members, and “very real concerns being raised around athlete and public safety, the potential for serious disruption and the wider risk to an event involving hundreds of competitors from Ireland and across the world.” If Israeli athletes participate in the race, the entire event’s ability to proceed as planned could be at risk, the club claimed.

NWTC said it immediately expressed strong concerns to Triathlon Ireland and Europe Triathlon after it was informed that Israeli athletes would be participating in the triathlon. The club said it “made clear in the strongest possible terms that it could not support their participation in the circumstances.”

“Our focus can now return fully to what this weekend should be about — welcoming athletes from across the world to Derry and showcasing our city, our river and our people on the international sporting stage,” NWTC said in conclusion.

Triathlon Ireland confirmed in its own statement that Saturday’s race “does not include any athletes representing Israel.” The Police Service of Northern Ireland (PSNI) told BBC News NI it was “aware of potential protest activity in relation to the event.”

In response to the decision, the Derry City and Strabane District Council (DCSDC) released a statement reiterating its policy in support of the boycott, divestment, and sanctions (BDS) movement against Israel that was adopted in October 2016. “We would like to take this opportunity to highlight Council’s ongoing support for the [BDS] movement which is promoted on our platforms regularly in line with the wider global campaign of solidarity with the Palestinian people,” the DCSDC said, as cited by the BBC.

Local Social Democratic and Labour Party (SDLP) politician Mark Durkan said on Thursday he was “relieved that no Israeli athletes will compete” in the race, and there had been “understandable anger at the revelation that Israel would be competing.” Meanwhile, Julie Middleton, a Democratic Unionist Party member of the Northern Ireland Assembly, criticized the decision and called it an “awful reflection” on Derry.

“An international sporting event that should showcase our city’s hospitality and openness has instead become associated with the exclusion of athletes because they are Israeli,” she added.

The Embassy of Israel in London called the decision not to allow Israeli athletes to compete in the triathlon “deeply troubling.”

“Sport should bring people together, not become a vehicle for discrimination and division,” the embassy said in a statement on Friday. “If the NWTC cannot provide safety to all participants and event goers, it raises serious questions as to the ability to hold any future events. NWtC [sic] must allow uphold the principles of equality, fairness, and inclusion. Israeli athletes must be afforded the same right to compete as athletes from every other nationality.”

The Europe Triathlon Cup returns to Ireland this year for the first time since 2024, when Cork hosted both the elite and junior races.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Zbliżają się wybory w Izraelu. Wszystko, co musimy wiedzieć o głosowaniu

Typowany na następnego premiera Izraela Gadi Eisenkot – były szef sztabu izraelskiej armii. Izrael, 17.08.2026. (Fot. REUTERS/Amir Cohen)


Zbliżają się wybory w Izraelu. Wszystko, co musimy wiedzieć o głosowaniu

Marta Urzędowska


W październiku Izraelczycy będą wybierać parlament. Sondaże wskazują, że Benjamin Netanjahu, który jest premierem już po raz szósty, może stracić władzę.

Zgłaszanie kandydatów do październikowych wyborów potrwa do 8 września. Sondaże wskazują, że Benjamin Netanjahu przegra. Kto ma szanse na wygraną, co jest najważniejszym tematem kampanii wyborczej i jak ważne będą wybory dla Izraela i świata?

Czy Netanjahu ma szanse utrzymać się u władzy?

Niewielkie. Wybory są uznawane za formę referendum poparcia dla premiera, a Netanjahu naraził się Izraelczykom w ważnych kwestiach:

  • Nie powołał komisji śledczej, która wyjaśniłaby dlaczego izraelskie służby dopuściły do ataku Hamasu.
  • Prowadzi trzy wojny: w Strefie Gazy, Libanie i Iranie, które nie poprawiają bezpieczeństwa Izraela i mogą się ciągnąć latami.
  • Rząd Netanjahu ograniczył niezależność sądów, dlatego jeszcze przed atakiem Hamasu i wojną w Gazie setki tysięcy Izraelczyków co tydzień wychodziły na ulice protestując przeciwko planom rządu.

W 2022 r. Netanjahu, który półtora roku wcześniej stracił władzę, ponownie zdobył większość i utworzył skrajnie prawicowy i nacjonalistyczny, najmniej demokratyczny rząd w historii Izraela. Jego partia Likud miała 32 miejsca w  Knesecie, dziś sondaże dają jej o dziesięć mniej. Do tego sam premier jest w konflikcie z prawem – w kraju jest sądzony w trzech osobnych procesach o korupcję, a Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania go za domniemane zbrodnie wojenne w Gazie.

W koalicji rządzącej poza Likudem jest dziś partia osadników Religijny Syjonizm ministra finansów Bezalela Smotricza i skrajnie prawicowa Żydowska Siła ministra bezpieczeństwa narodowego Itamara Ben-Gwira. Ultraortodoksyjne partie Zjednoczony Judaizm Tory i Szas opuściły rząd w 2024 r., ale nadal wspierają go z zewnątrz głosując za budżetem i kluczowymi ustawami.

Czy sytuacja polityczna w Izraelu jest stabilna?

Choć wybory do liczącego 120 miejsc Knesetu teoretycznie odbywają się co cztery lata, rzadko zdarza się, żeby parlament przetrwał pełną kadencję. Mandaty rozdzielane są proporcjonalnie krajowym listom partyjnym, które przekraczają próg 3,25 proc. głosów w skali kraju, co odpowiada minimum czterem mandatów. Pojedyncza partia nigdy nie uzyskała samodzielnej większości, rządy tworzone są koalicyjnie, co daje mniejszym partiom wpływ na to kto zostanie premierem.

Netanjahu, żeby utrzymać się przy władzy, musiał spełniać żądania partii ultraortodoksyjnych Żydów, co zmusiło go do zwolnienia ortodoksów z obowiązkowej służby wojskowej. Wywołuje to w kraju ogromne emocje. Szczególnie dziś, kiedy w Strefie Gazy trwa wojna, Izraelczycy mają dość sytuacji, w której ich dzieci giną na froncie, a ortodoksi muszą jedynie modlić się i czytać Torę.

Izraelski czołg jedzie wzdłuż linii zawieszenia broni między okupowanymi przez Izrael Wzgórzami Golan a Syrią, po stronie izraelskiej.

Izraelski czołg jedzie wzdłuż linii zawieszenia broni między okupowanymi przez Izrael Wzgórzami Golan a Syrią, po stronie izraelskiej. Fot. REUTERS/Ayal Margolin

Jest ktoś, kto może poważnie zagrozić Netanjahu?

Choć sondaże wróżą Netanjahu porażkę, nie wskazują wyraźnie zwycięzcy. Poparcie zyskuje Gadi Eisenkot – były szef sztabu izraelskiej armii, który dla Izraelczyków jest wiarygodny choćby z tego powodu, że jego syn i dwaj siostrzeńcy zginęli, walcząc w Strefie Gazy, podczas gdy syn Netanjahu spędza wojnę na Florydzie.

Do tego Eisenkot, syn imigrantów z Maroka, przedstawiany jest w kampanii jako człowiek uczciwy, podczas gdy obecny premier unika odpowiedzialności karnej. Eisenkot w swoim programie zapewnia, że przywróci w kraju bezpieczeństwo, jedność i instytucje demokratyczne Izraela. Jego partia to Jaszar (hebr. „uczciwy” lub „prosty”).

Kandydat obiecuje, że – jeśli wygra – powoła komisję śledczą, która wyjaśni, jak izraelskie służby dopuściły do ataku. Zapowiada też, że rozszerzy obowiązkową służbę wojskową na ortodoksów i Arabów. Ostro krytykował w kampanii decyzję Netanjahu by pozwolić ortodoksom nadal unikać służby „w czasie brutalnej wojny, gdy najlepsi synowie i córki narodu walczą na wszystkich frontach”.

Czy są inni poważni kandydaci?

Do wyścigu z Netanjahu stają też dwaj byli premierzy – Naftali Bennett i Yair Lapid, którzy nie pierwszy raz próbują odsunąć go od władzy. Kiedy w 2021 r. zawarli sojusz, Netanjahu stracił władzę, a ich rząd złożony z partii liberalnych i konserwatywnych, do którego weszła też partia arabska, przetrwał półtora roku. Dziś ich sojusz – Razem – ponownie rzuca premierowi wyzwanie. Choć w sondażach wypada nieźle, nie ma tak mocnej pozycji jak Eisenkot.

Do wyborów staje też Nasz Dom Izrael – partia Awigdora Liebermana, byłego ministra obrony i dawnego sojusznika Netanjahu. Przez ponad trzy dekady pełnił kluczowe funkcje w rządach – był  ministrem obrony, spraw zagranicznych i finansów. To kandydat poważny, ale ma mniejsze szanse niż Eisenkot.

Jak wypadają poszczególne partie w sondażach?

Najnowszy sondaż dla Kanału 12 z 25 sierpnia 2026 r. wskazuje na następujące rozłożenie szans wśród najważniejszych ugrupowań:

  • Jaszar (Gadi Eisenkot): 24 mandaty
  • Likud (Benjamin Netanjahu): 22 mandaty
  • Razem (Naftali Bennett i Jair Lapid): 15 mandatów
  • Demokraci (Jair Golan): 11 mandatów
  • Nasz Dom Izrael (Awigdor Lieberman): 9 mandatów

Jeśli chodzi o dwóch głównych rywali, w tym samym badaniu 43 proc. respondentów uznało Eisenkota za najbardziej odpowiedniego kandydata na premiera. Tylko 34 proc. uznało, że jest nim Netanjahu.

Benjamin Netanjahu

Benjamin Netanjahu Fot. REUTERS/Ohad Zwigenberg

Jak ważne są prowadzone dziś wojny w kontekście wyborów?

Choć sondaże pokazują, że Izraelczycy są zmęczeni po trzech latach nieustannych wojen, jednocześnie opowiadają się za ich kontynuowaniem, bo nie widzą innej drogi.  

Partia Likud w czasie kampanii chętnie odwoływała się do wojennej retoryki, obiecując Izraelczykom „całkowite zwycięstwo” na wszystkich frontach. Podobnie Demokraci podkreślają, że ich najlepsi kandydaci wywodzą się z armii.

Także Eisenkot podkreśla swoje wojskowe pochodzenie zapewniając, że będzie lepszy w rządzeniu Izraelem od cywilów, bo zna się na bezpieczeństwie. Przekonuje, że ma pomysł na „nową doktrynę bezpieczeństwa”, która „umocni armię i granice Izraela”. Obiecuje też, że będzie chronił niezależność sądów, pilnował rządów prawa i wolności mediów.

Wybory przyniosą Izraelowi polityczną stabilność?

To mało prawdopodobne. Partii, które przekroczą próg wyborczy, jest dużo, co oznacza rozdrobnienie. Na razie opozycja wydaje się mocniejsza niż partie obecnej koalicji, jednak jest też mocno podzielona – partie syjonistyczne nie chcą zawiązać sojuszu z ugrupowaniami arabskimi, co sprawia, że trudno będzie opozycji zdobyć większość w Knesecie.

W jednej kwestii partie opozycji są zgodne – nie chcą wchodzić w koalicję z Netanjahu. Zgodnie chcą też utworzenia komisji śledczej w sprawie ataku Hamasu i poboru ortodoksów do armii.

Jednocześnie opozycja próbuje na ostatnią chwilę przesunięć, które mają zwiększyć jej szanse. W ostatnich dniach Mansur Abbas, lider arabskiej partii Raam (Zjednoczona Lista Arabska), dał drugie po sobie miejsce na liście kandydatów swojej partii Joawowi Segalowitzowi, znanemu syjoniście, weteranowi izraelskiej armii, który blisko trzydzieści lat pracował w policji i był wiceministrem ds. bezpieczeństwa narodowego. Wcześniej do arabskich partii należeli tylko Żydzi ze skrajnie lewicowych środowisk, podczas gdy Segalowitz należy do otwarcie syjonistycznej partii Jesz Atid.

W każdym pokoleniu przychodzi moment, kiedy strach i nadzieja stoją razem w jednym pomieszczeniu. Dziś wieczorem, w tym pokoju, wygrała nadzieja

– zachwalał Abbas, stojąc obok Segalowitza na konferencji prasowej. – Witaj Joaw, mamy robotę do wykonania – dodał.

Bez poparcia partii Raam opozycja nie zdobędzie wystarczającej liczby mandatów by odsunąć Netanjahu od władzy.

Segalowitz cieszy się poparciem arabskich Izraelczyków, bo skutecznie walczy z przestępczością w arabskich społecznościach. W ostatnich latach jako zastępca ministra zmniejszył liczbę zabójstw o 16 proc., a strzelanin o 30 proc. Arabowie stanowią jedną piątą mieszkańców Izraela.

Jakie są najważniejsze tematy w kampanii wyborczej?

Przyszłość Benjamina Netanjahu na stołku premiera, bezpieczeństwo – w kontekście wojen w Strefie Gazy, Libanie i Iranie, kwestia zwolnienia ortodoksów z służby wojskowej, utworzenie komisji śledczej w sprawie 7 października 2023. Kwestia Palestyńczyków – ewentualnego utworzenia w przyszłości palestyńskiego państwa – dziś jest na dalekim planie. A po atakach Hamasu Izraelczycy przestali wierzyć w pokojowe rozwiązanie bliskowschodniego konfliktu.


Redagował Michał Olszewski


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Hamas Has No Intention of Disarming — So Why Is the US Still Negotiating?


Hamas Has No Intention of Disarming — So Why Is the US Still Negotiating?

Khaled Abu Toameh


  • Hamas official Osama Hamdan recently said, “No one said that we will hand over our weapons.” According to Hamdan, the word “hand over” was never part of the agreement his terrorist group reached with the mediators. Instead, Hamdan said, the agreed framework calls for the “containment and storage” of Hamas’s heavy weapons. He added that this would be carried out by the Palestinian Committee for the Administration of Gaza and the Palestinian “resistance factions.”
  • Hamas… is talking about keeping its weapons.
  • When [senior Hamas official Ghazi] Hamad’s interviewer asked him, “Does that mean the annihilation of Israel?,” Hamad responded, “Yes, of course.”
  • Hamas cannot have it both ways. It cannot demand an end to Israel’s military presence in Gaza while simultaneously insisting on retaining the weapons that it has used — and clearly plans to use again — to attack Israel. The victims of Hamas’s weapons have a say in the matter too.
  • The question is not who gets to decide what happens to Hamas’s weapons. The question is why Hamas should be allowed to keep them at all.
  • Hamas is essentially saying: First give us political power and remove Israelis forces from the Gaza Strip. Afterward, we may discuss what happens to our weapons.
  • Hamas’s laying down its weapons and relinquishing its political and military control over the Gaza Strip must be unconditional. Hamas is a terrorist organization that launched the October 7, 2023 invasion and massacre. It is not a sovereign state entitled to negotiate the terms of its own disarmament.
  • Trump’s 20-Point Gaza Peace Plan calls for the “demilitarization” of the Gaza Strip and the “decommissioning” of weapons. Point 13 states:
  • “Hamas and other factions agree to not have any role in the governance of Gaza, directly, indirectly, or in any form. All military, terror, and offensive infrastructure, including tunnels and weapon production facilities, will be destroyed and not rebuilt. There will be a process of demilitarization of Gaza under the supervision of independent monitors, which will include placing weapons permanently beyond use through an agreed process of decommissioning, and supported by an internationally funded buy back and reintegration program all verified by the independent monitors.”
  • Yet somehow, nearly three years after October 7, the discussion has apparently moved from demilitarization and decommissioning to “containment” and “storage.”
  • Who will guarantee that Hamas terrorists will not simply take them out of storage when they decide that the time has come to resume their jihad (holy war) against Israel?
  • Would the new Palestinian Committee for the Administration of Gaza really be capable of preventing Hamas and other terrorist groups from accessing these weapons? Would foreign troops… be expected to stand guard over weapons belonging to terrorist organizations and prevent them from storming the warehouses?
  • Was al-Qaeda ever asked to “contain” its weapons? Was ISIS ever asked to “store” its weapons? Terrorist organizations are supposed to be disarmed. Their weapons are supposed to be confiscated and destroyed. There is no legitimate reason for Hamas or any other Palestinian terrorist faction to possess weapons either in the Gaza Strip or in any other territory.
  • Palestinians do not need rockets, explosive drones and anti-tank missiles to build a better future. They need economic development and accountable institutions.
  • Why are the United States and other mediators talking to Hamas about elections when the organization has not even agreed to genuine disarmament?
  • Time is on Hamas’s side, or so its leaders might calculate. US presidents come and go. Administrations change. International attention shifts. Why surrender weapons today if Hamas can simply wait and see who occupies the White House tomorrow?
  • Allowing Hamas-affiliated candidates to participate in Palestinian elections while it retains its weapons would create the absurd situation of a terrorist organization being permitted to transform its military power into political power — a perfect recipe for legitimizing Hamas.
  • So why is Washington still negotiating the terms? Striking deals with Islamist terrorist organizations is not a substitute for enforcing their disarmament. Agreements that allow terrorists to keep their weapons are not worth the paper on which they are written.
  • Hamas must be eliminated as a political and military entity. Its weapons must be confiscated or destroyed, not “stored”, “contained,” or hidden. Until that happens, Hamas remains armed, Iran remains influential, and the threat of another October 7 massacre — or more — remains in the works.

Hamas official Osama Hamdan said, “No one said that we will hand over our weapons.” According to Hamdan, the word “hand over” was never part of the agreement his terrorist group reached with the mediators. Instead, Hamdan said, the agreed framework calls for the “containment and storage” of Hamas’s heavy weapons. Hamas’s laying down its weapons and relinquishing its political and military control over the Gaza Strip must be unconditional. Hamas is a terrorist organization that launched the October 7, 2023 invasion and massacre. It is not a sovereign state entitled to negotiate the terms of its own disarmament. Pictured: Hamdan on a podcast on November 10, 2025. (Image source: MEMRI)

Hamas, like its long-time benefactor Iran, has once again made its position unmistakably clear: It has no intention of surrendering its weapons, abandoning its armed “resistance” against Israel, or relinquishing control over the Gaza Strip.

If anyone in Washington or elsewhere still believes that Hamas has agreed to disarm under the Gaza peace plan presented by US President Donald J. Trump and his Board of Peace, they should listen carefully to what Hamas officials themselves are saying.

Two recent interviews with senior Hamas officials leave little room for doubt.

Hamas official Osama Hamdan said, “No one said that we will hand over our weapons.” According to Hamdan, the word “hand over” was never part of the agreement his terrorist group reached with the mediators. Instead, Hamdan said, the agreed framework calls for the “containment and storage” of Hamas’s heavy weapons. He added that this would be carried out by the Palestinian Committee for the Administration of Gaza and the Palestinian “resistance factions.”

Most revealingly, Hamdan declared: “Not a single bullet will leave the Gaza Strip according to this agreement [with the Board of Peace representatives].” He also insisted that no weapons would be handed over to a non-Palestinian party and that “the weapons will remain in the hands of the Palestinians.”

Hamas is not talking about disarmament. It is talking about keeping its weapons. This discussion is not actually about semantics. It goes to the heart of whether Hamas is prepared to abandon terrorism and, in particular, its decades-old goal of destroying Israel.

Hamas’s position was reinforced by Khaled Qaddoumi, the terrorist organization’s representative in Iran. In an interview published by Iran’s Islamic Republic News Agency, Qaddoumi made clear that Hamas regards weapons as essential to its struggle against Israel. He rejected the idea that the question of weapons should even be discussed before Israel’s military presence in the Gaza Strip ends. “The question of weapons, whether heavy or light, has nothing to do with Israel,” Qaddoumi said. “Only the Palestinians will decide on it.”

Qaddoumi’s claim that the weapons “have nothing to do with Israel” is particularly revealing. Hamas’s weapons are not being stockpiled to fight Canada, Australia, or some other distant country. They are weapons that Hamas has used, and openly intends to use, against Israel. As senior Hamas official Ghazi Hamad vowed soon after the group’s October 7, 2023 invasion of Israel:

“The Al-Aqsa Flood [Palestinian name for the October 7 attack] is just the first time And there will be a second, third and fourth. We must teach Israel a lesson and we will do this again and again…”

When Hamad’s interviewer asked him, “Does that mean the annihilation of Israel?,” Hamad responded, “Yes, of course.”

Rockets, anti-tank missiles, explosives, and firearms are not abstract “Palestinian internal matters.” They are the very weapons with which Hamas has attacked Israeli civilians and soldiers.

Qaddoumi’s formulation is also a reminder of the fundamental problem with the current approach to Hamas. The terrorist group wants the international community to recognize its political claims while treating its military arsenal as an internal Palestinian issue.

Hamas cannot have it both ways. It cannot demand an end to Israel’s military presence in Gaza while simultaneously insisting on retaining the weapons that it has used — and clearly plans to use again — to attack Israel. The victims of Hamas’s weapons have a say in the matter too.

The question is not who gets to decide what happens to Hamas’s weapons. The question is why Hamas should be allowed to keep them at all.

Qaddoumi argued that a Palestinian political framework and a new Palestinian government must first be established. Only afterward, he said, could Palestinians decide whether their weapons should be collected.

This is exactly the opposite of disarmament. Hamas is essentially saying: First give us political power and remove Israelis forces from the Gaza Strip. Afterward, we may discuss what happens to our weapons.

Why should the surrender of weapons be conditional on anything?

Hamas’s laying down its weapons and relinquishing its political and military control over the Gaza Strip must be unconditional. Hamas is a terrorist organization that launched the October 7, 2023 invasion and massacre. It is not a sovereign state entitled to negotiate the terms of its own disarmament.

Trump’s 20-Point Gaza Peace Plan calls for the “demilitarization” of the Gaza Strip and the “decommissioning” of weapons. Point 13 states:

“Hamas and other factions agree to not have any role in the governance of Gaza, directly, indirectly, or in any form. All military, terror, and offensive infrastructure, including tunnels and weapon production facilities, will be destroyed and not rebuilt. There will be a process of demilitarization of Gaza under the supervision of independent monitors, which will include placing weapons permanently beyond use through an agreed process of decommissioning, and supported by an internationally funded buy back and reintegration program all verified by the independent monitors.”

Yet somehow, nearly three years after October 7, the discussion has apparently moved from demilitarization and decommissioning to “containment” and “storage.”

Can someone on the Board of Peace explain what “containment” means? Does it mean Hamas will hide its weapons in closets or under terrorists’ beds? Does it mean the weapons can be displayed in public only after dark?

Also, what exactly does “storage” mean? “Storage” for what purpose? Are Hamas’s weapons being stored so they can be used at some future date to murder more Israelis and launch more October 7-style massacres?

Where should these weapons be stored? In warehouses? In tunnels? In facilities controlled by the new Palestinian administration? Who will guarantee that Hamas terrorists will not simply take them out of storage when they decide that the time has come to resume their jihad (holy war) against Israel?

Would the new Palestinian Committee for the Administration of Gaza really be capable of preventing Hamas and other terrorist groups from accessing these weapons? Would foreign troops, whether from Uganda, Morocco, or elsewhere, be expected to stand guard over weapons belonging to terrorist organizations and prevent them from storming the warehouses?

The entire concept is difficult to take seriously. Was al-Qaeda ever asked to “contain” its weapons? Was ISIS ever asked to “store” its weapons? Terrorist organizations are supposed to be disarmed. Their weapons are supposed to be confiscated and destroyed. There is no legitimate reason for Hamas or any other Palestinian terrorist faction to possess weapons either in the Gaza Strip or in any other territory.

Palestinians do not need rockets, explosive drones and anti-tank missiles to build a better future. They need economic development and accountable institutions.

Weapons have brought catastrophe after catastrophe to Palestinians and the Arab world. They helped turn Jordan and Lebanon into battlefields and rubble. Heavily armed Palestinian factions confronted the Jordanian army, culminating in the 1970-71 “Black September” conflict, prompting King Hussein’s forces to reassert their authority over the Jordanian state. In Lebanon, Palestinian organizations ignited the country’s descent into civil war in 1975, while subsequently becoming deeply intertwined with Lebanon’s government, its internal conflicts and its confrontation with Israel. The Gaza Strip should not be given another opportunity to repeat this history.

Hamas’s statements also expose another important problem: the group’s strategic relationship with the Iranian regime.

Qaddoumi openly portrayed Iran and Hamas as sharing a common enemy and a common destiny. “Today, we in Palestine and Iran have much in common, and we have come to understand that we have the same enemy,” he said. He went on to praise Iran’s regime for providing “strong strategic support” to Palestinian “resistance movements.”

Hamas has long been part of Iran’s regional network of armed groups. Qaddoumi’s comments are a reminder that the issue of Hamas’s weapons cannot be separated from Iran’s strategy of using armed proxies to wage war against Israel and the United States.

The Iranian regime has perfected the strategy of buying time, delaying, negotiating, and exploiting diplomatic processes while preserving its military capabilities and those of its proxies. Hamas appears to be following the same playbook.

Hamas, like its benefactors in Iran, may well believe that its best strategy is to drag out negotiations for as long as possible, at least until Trump is no longer president and someone more accommodating might take his place. Time is on Hamas’s side, or so its leaders might calculate. US presidents come and go. Administrations change. International attention shifts. Why surrender weapons today if Hamas can simply wait and see who occupies the White House tomorrow?

This strategy may also explain why Hamas is so interested in the Palestinian parliamentary elections, scheduled for November 28, 2026. Why are the United States and other mediators talking to Hamas about elections when the organization has not even agreed to genuine disarmament?

Allowing Hamas-affiliated candidates to participate in Palestinian elections while it retains its weapons would create the absurd situation of a terrorist organization being permitted to transform its military power into political power — a perfect recipe for legitimizing Hamas.

The United States and its allies should not allow themselves to be trapped by Hamas’s terminology.

Hamdan’s declaration that “not a single bullet” will leave the Gaza Strip should be enough to settle the matter. Hamas is telling the world exactly what it intends to do: keep its weapons. Qaddoumi is saying essentially the same thing while openly celebrating Hamas’s strategic alliance with Iran.

So why is Washington still negotiating the terms? Striking deals with Islamist terrorist organizations is not a substitute for enforcing their disarmament. Agreements that allow terrorists to keep their weapons are not worth the paper on which they are written.

There is only one viable solution for the Gaza Strip: Hamas must be eliminated as a political and military entity. Its weapons must be confiscated or destroyed, not “stored”, “contained,” or hidden. Until that happens, Hamas remains armed, Iran remains influential, and the threat of another October 7 massacre — or more — remains in the works.


Khaled Abu Toameh is an award-winning journalist based in Jerusalem.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com