Gadi Eisenkot i jego sztab wyborczy (Fot. REUTERS/Amir Cohen)
Izrael wciąż liczy głosy, ale społeczność arabska już pokazała siłę
Kacper Max Lubiewski
Wybory w Izraelu pokazały, że nawet część prawicowych wyborców Benjamina Netanjahu okazała zmęczenie jego polityką.
Korespondencja z Izraela
Jak wyglądał dzień wyborów z perspektywy izraelskiej ulicy? Pewnie nikogo nie zdziwi, że działo się naprawdę dużo. Cisza wyborcza w Izraelu jest dużo luźniejsza niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce – tutaj politycy prowadzą aktywną kampanię, aż do ostatniej minuty głosowania. Część wyborców zakłada koszulkę lub czapkę ulubionego ugrupowania, po drogach jeżdżą polityczne party-busy, a na ulicach stoją dziesiątki partyjnych stoisk.
Wybory są też w Izraelu dniem wolnym od pracy i od szkoły, a transport publiczny jest bezpłatny. Nic nie przeszkadza więc Izraelczykom w całodniowym debatowaniu w kawiarniach i parkach o dziesiątkach możliwych scenariuszach politycznej arytmetyki. Roiło się też od aktywistycznych inicjatyw: od cichych protestów krewnych ofiar 7 października, którzy przed komisjami przypominali wyborcom o stawce tych wyborów, po oddolne kampanie profrekwencyjne organizacji solidarnościowej Standing Together w arabskich miejscowościach.
Nie brakowało też momentów napięcia, a nawet niebezpiecznych: udaremniono atak nożownika na lidera lewicowych Demokratów Yaira Golana, a prawicowi działacze próbowali utrudnić głosowanie w kilkunastu arabskich miastach na najróżniejsze sposoby. Partie popierające Benjamina Netanjahu wystosowały też wniosek o wydłużenie głosowania o godzinę, ale ten został odrzucony przez Centralną Komisję Wyborczą.
Wtorkowe wybory przejdą jednak najpewniej do historii za sprawą rekordowo wysokiej frekwencji (77,7 proc.): według wstępnych sondaży wiemy, że do urn szczególnie wielu wyborców poszło ze społeczności arabskiej. Miasta o prawicowej reputacji, jak Kirjat Szemona czy Afula, wypadły dużo gorzej. Blok koalicji rządzącej ogarnęła totalna panika: Netanjahu nazwał wysoką frekwencję wśród izraelskich Arabów “kryzysem”, a minister bezpieczeństwa Itamar Ben Gwir spontanicznie przyjechał do miasteczka Bat Jam, w którym dosłownie błagał przechodniów o ich głosy. Najbardziej groteskowe były jednak nagrania Hadar Muchtar, ulubionej influencerki internetowej Bibiego, która jeździła po izraelskich miastach i krzyczała na mieszkańców przez megafon, że ci “śpią, podczas gdy Arabowie już dawno poszli głosować”.
Izrael liczy głosy. Co już wiadomo
Jak powinniśmy interpretować prognozowane wyniki wyborów? Po pierwsze, nacjonalistyczny blok Benjamina Netanjahu nie zdołał prawdopodobnie zdobyć większości wystarczającej do rządzenia. Partie z jego bloku prawdopodobnie dostaną ponad 50 mandatów, gdy do utworzenia rządu potrzeba ok. 61 (w 120-mandatowym parlamencie).
Izraelscy Żydzi, którzy według wszelkich badań, stali się od 7 października bardziej prawicowi, w wyborach parlamentarnych poparli w większości blok centrowo-liberalny. Likud Netanjahu zdobył najwięcej głosów, ale stracił przynajmniej pięć mandatów z 32, które wygrał w poprzednich wyborach. Jednocześnie partia osiągnęła swój wynik, kanibalizując sojuszników ze swojego bloku, a nie zyskując nowych wyborców. Nowa skrajnie prawicowa partia, Amcha Yisrael, została wręcz rzucona na pożarcie oficjalnej propagandzie Likudu i koniec końców nie przekroczyła progu.
Spadek poparcia dla prawicy nastąpił w kontekście masakry 7 października, kilku wojen, eskalującej izraelskiej przemocy na Zachodnim Brzegu i wielu innych czynników, które powinny radykalizować społeczeństwo ku bardziej nacjonalistycznym postawom. Nawet w kibucu Nir Oz, społeczności, która jako jedna z pierwszych padła ofiarą ataku Hamasu trzy lata temu, zwyciężyła, według wstępnych danych, lewicowa i centrowa opozycja.
Jeśli to opozycji udałoby się utworzyć nowy rząd i Gadi Eisenkot, główny rywal Benjamina Netanjahu, zostałby nowym premierem Izraela, to oznaczałoby to symboliczne zwycięstwo dla społeczności Mizrahim, czyli Żydów o korzeniach bliskowschodnich, którzy stanowią większość żydowskiej populacji Izraela. Byłby on pierwszym izraelskim szefem rządu wywodzącym się z tej grupy. Eisenkot walczył o pozycję przywódcy opozycji z byłym premierem Naftali Bennettem, który uchodzi za twarz żydowskiego osadnictwa na Zachodnim Brzegu
Wiemy też, że wzrosło poparcie dla lewicowych Demokratów, których liczba mandatów wzrosła z czterech do 10. Tym samym nie spełniły się obawy, że wydarzenia 7 października 2023 roku staną się gwoździem do trumny izraelskiej lewicy syjonistycznej.
Opozycja nie ma jednak przed sobą prostego zadania. Żydowskie partie syjonistyczne, czyli centrowa Jaszar! Eisenkota, liberalno-prawicowe Beyachad Bennetta i Yaira Lapida, Demokraci Yaira Lapida i konserwatywny Yisrael Beiteinu Avigdora Liebermana, nie otrzymały wystarczająco dużo głosów, żeby samodzielnie utworzyć kolejny rząd. Wygląda na to, że będą potrzebowały wsparcia nie tylko prointegracyjnej, umiarkowanej partii arabskiej Ra’am, ale także niesyjonistycznej, wyraźnie lewicowej Wspólnej Listy. Innymi słowy, zdecydowana większość Izraelczyków sprzeciwia się polityce Netanjahu, lecz ich sprzeciw jest zbyt zróżnicowany, żeby połączyć siły na stałe.
Społeczność arabska pokazała siłę w Izraelu
Języczkiem u wagi mogą się okazać partie arabskie, które są największymi wygranymi izraelskich wyborów. Łącznie praktycznie podwoiły swoją parlamentarną reprezentację – będą miały od 17 do 19 mandatów. To historyczny wynik, sprawiający, że izraelscy Arabowie stali się na tyle potężną siłą parlamentarną, że nie sposób już ich ignorować.
Wynik wczorajszych wyborów może wzmocnić też proces normalizacji arabskich polityków i wyborców w oczach izraelskiego mainstreamu; To byłoby nie lada osiągnięcie w kontekście eskalacji konfliktu izraelsko-palestyńskiego, do której doszło w ciągu ostatnich trzech lat. Sami, izraelski Arab, z którym rozmawiałem po ogłoszeniu wyników sondażowych, podkreślił, że za sukces partii arabskich odpowiedzialny pośrednio jest sam Ben Gwir: jego retoryka wobec Palestyńczyków była tak fanatyczna, a zaniedbania w obszarze bezpieczeństwa społeczności arabskiej tak ekstremalne, że zmobilizował on całą społeczność w głosowaniu przeciwko niemu.
– To były moje pierwsze wybory, choć mam prawie czterdzieści lat. Pozbycie się Ben Gwira z rządu było moim głównym celem – powiedział mi.
Wybory w Izraelu. Możliwe scenariusze
Jakie scenariusze powinniśmy brać więc pod uwagę? Wedle cząstkowych wyników ze środy z godz. 7.58 rano (czas lokalny) koalicja Netanjahu i opozycja idą łeb w łeb (55 do 49 mandatów). Jest jednak mało prawdopodobne, by kolejny rząd utworzyły wszystkie partie opozycyjne, ponieważ różnice ideologiczne między nimi są zbyt duże. Szczególnie ciężko jest wyobrazić sobie rząd współtworzony przez partię niesyjonistyczną, kiedy nad Izraelem nadal wisi widmo wojny z Iranem.
Innym scenariuszem byłby rząd mniejszościowy, który zawierałby tylko syjonistyczne partie żydowskie, ale przy zewnętrznym wsparciu partii arabskich; te już wcześniej wyraziły gotowość do podobnego planu, chociażby po to, żeby usunąć ze stanowiska premiera Benjamina Netanjahu, wymienić marszałka Knesetu i przegłosować ograniczenie maksymalnie dwóch kadencji premiera. Naftali Bennett oraz Gadi Eisenkot podczas wieczornych wystąpień dali do zrozumienia, że najprawdopodobniejszy jest właśnie rząd mniejszościowy. Inaczej postąpił Avigdor Lieberman, lider, jak się okazało, najmniejszej partii opozycyjnej, Yisrael Beiteinu, który jeszcze do niedawna przekonywał na łamach “Wall Street Journal”, że ma szansę na stanowisko premiera. Dziś nawołuje tylko do “przewrotu” w Likudzie i przejściu części z kandydatów do bloku opozycji.
W zupełnie inny ton uderza Benjamin Netanjahu i jego skrajnie prawicowi poplecznicy: już teraz zapowiadają, jeśli nie “prawicowy rząd”, to przynajmniej “drugą turę”, bo przecież żaden z bloków nie odniósł zupełnego zwycięstwa. Premier też zarzucił opozycji wolę współpracy z partiami arabskimi, twierdząc, że to oznaczałoby podanie ręki tym, którzy “służą” siłom atakującym izraelskich żołnierzy.
Niemożność wyłonienia nowego rządu po stronie obecnej opozycji byłaby Netanjahu na rękę – w międzyczasie Bibi mógłby ponownie zaatakować Iran i następnym razem nie przeszkadzałyby mu już mniejsze prawicowe partie, które spadły pod próg.
Absolutnie przeciwny ponownym wyborom jest Eisenkot; mówi, że to ze względu na historycznie wysoką frekwencję, wyniki należy “uszanować”. Opozycja zdaje też sobie sprawę, że karkołomnym wyzwaniem byłoby ponowne namówienie izraelskiej diaspory do masowego głosowania w kolejnych wyborach, podobnie jak społeczność arabską.
Możliwa jest też jakaś inna gra na czas Bibiego, który na pewno nie zawaha się wykorzystać każdego narzędzia biurokracji pozwalającego mu na opóźnienie wejścia w życie wyników wyborów.
Problematyczne mogą okazać się też nawoływania części izraelskiego społeczeństwa do zaprzysiężenia “rządu jedności narodowej” między największymi partiami opozycyjnymi i Likudem. Z pewnością chce tego część prawicowego elektoratu. Nie zapominajmy jednak, że w przeszłości Bibi po mistrzowsku pozbywał się każdego koalicjanta, który zagroził jego hegemonii. Decyzja o koalicji Likudu z partiami Eisenkota i Bennetta byłaby dla ich partii pocałunkiem śmierci.
Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com






