Kiedy uniwersytety przestają się rumienić


Kiedy uniwersytety przestają się rumienić

Paul Finlayson


Istnieje w dyskursie politycznym pojęcie — beznamiętnie określane mianem Okna Podtekstów — które opisuje zakres idei uznawanych przez społeczeństwo za dopuszczalne do wyrażania. Można o nim myśleć prościej jako o niewidzialnej granicy między tym, co można powiedzieć bez konsekwencji, a tym, czego powiedzieć nie można. Poza oknem leży to, co nie do pomyślenia; wewnątrz — to, co jedynie kontrowersyjne; a w jego centrum — to, co wygodnie ortodoksyjne.

Rzadziej zauważa się natomiast, w jaki sposób to okno się przesuwa. Nie otwiera się z hukiem. Przesuwa się. To, czego nie dało się powiedzieć, staje się możliwe do wypowiedzenia. To, co można było powiedzieć, staje się możliwe do obrony. A to, co jest bronione, z czasem często staje się zupełnie niebudzące zdziwienia.

Jedną z bardziej dezorientujących cech naszej chwili jest to, że ten ruch przestał być subtelny. W istocie zaszedł tak daleko, że satyra — niegdyś niezawodne narzędzie obnażania absurdów — staje się coraz bardziej zbędna. Nie dlatego, że rzeczywistość się poprawiła, lecz dlatego, że tak wyraźnie się pogorszyła. Dziś spotyka się twierdzenia — wygłaszane z pełną powagą — które kiedyś wymagałyby parodii, by w ogóle zostały rozważone. Pojawiają się nie jako żarty, lecz jako argumenty; nie jako prowokacje, lecz jako wnioski.

Weźmy na przykład tezę — dziś ani rzadką, ani szeptaną — że masakra około 1200 Izraelczyków dokonana przez Hamas 7 października była w istocie winą Izraela. Nie w znanym języku krzywd czy przyczynowości, lecz w znacznie bardziej pomysłowej sugestii, że Izrael w pewien sposób sam zaaranżował rzeź własnych obywateli. Na tym etapie polemika staje się ozdobnikiem. Nie sposób rozumować z poglądem, który wyemancypował się od potrzeby spójności.

To, czego jesteśmy świadkami, to nie tylko błąd, lecz odwrócenie porządku. Celowe zabijanie cywilów — niegdyś uznawane za najbardziej oczywistą granicę moralną — jest dziś w pewnych kręgach czymś, co się usprawiedliwia, kontekstualizuje, a czasem nawet oklaskuje.

A gdy ta granica zostaje przekroczona, nie układa się ona uprzejmie gdzie indziej. Jeśli można świętować zabijanie Żydów w jednym miejscu, zasada została już przyjęta. Geografia nie daje schronienia moralnego. Odległość między „tam” a „tu” nie mierzy się w milach, lecz w zasadach — a gdy te zostają porzucone, dystans się zapada.

Nie jest to już zjawisko ograniczone do marginesu. Na Uniwersytecie Guelph-Humber wielu członków kadry publicznie reagowało na wydarzenia z 7 października w sposób usprawiedliwiający lub wręcz celebrujący — i to nie prywatnie, lecz w formach utrwalonych. Jedno z porównań zestawiało Hamas z Ukraińcami broniącymi swojego państwa — ujęcie, które niegdyś natychmiast wywołałoby krytyczną reakcję.

Najbardziej wymowne nie jest jednak samo to, że takie wypowiedzi padają, lecz jak są formułowane: otwarcie, bez wahania i bez widocznej obawy przed konsekwencjami. Gdy jeden z wykładowców został publicznie skrytykowany za długą historię antyżydowskich komentarzy, odpowiedzią nie był odwrót, doprecyzowanie ani nawet taktyczne milczenie. Była nią kontynuacja. Wpisy nie ustały; trwały nadal.

Nie jest to zachowanie człowieka nierozważnego. To zachowanie kogoś, kto dokonał oceny — i z jego perspektywy racjonalnej — środowiska, w którym funkcjonuje. Sugeruje to przekonanie, że jakakolwiek zewnętrzna krytyka się pojawi, nie przełoży się na realne konsekwencje instytucjonalne.

I to jest punkt poważniejszy. Instytucje rzadko ogłaszają swoje stanowiska moralne wprost. Ujawniają je poprzez tolerancję, poprzez bezczynność, poprzez ciche zapewnienie, że pewne granice można przekraczać bez kosztów. Nie trzeba dowodzić formalnego poparcia, by dostrzec faktyczne przyzwolenie.

Skutki nie są abstrakcyjne. Są doświadczane. Jedna ze studentek Guelph-Humber opisuje, że niechętnie nosi na kampusie kurtkę reprezentacyjną z Igrzysk Maccabiah — zwykły wyraz tożsamości, który dla bezpieczeństwa należało do ukryć. Inna relacjonuje, że po rozwinięciu palestyńskiej flagi podczas ceremonii ukończenia studiów — przy uśmiechach i oklaskach — poczuła dyskomfort nawet wobec samego uczestnictwa w swojej własnej uroczystości. Ceremonia mająca celebrować osiągnięcie stała się, w jej odczuciu, czymś, do czego należy podchodzić z ostrożnością.

Inni mówią o wrogich hasłach wykrzykiwanych otwarcie na korytarzach, po czym skargi spotykają się nie z działaniem, lecz z lekceważeniem. Nie trzeba rozstrzygać każdego zarzutu, by dostrzec wzorzec, jaki opisują te relacje: środowisko, w którym część studentów zaczyna dozować swoją widoczność, ważyć swój udział, decydować, kiedy bezpieczniej jest nie zabierać głosu.

W tym miejscu zaczyna się rozchodzić to, co oficjalne, z tym, co faktyczne. Z jednej strony instytucje nadal publikują swoje rytualne oświadczenia — wygładzone, wyważone i całkowicie zapominane — odnotowujące żydowskie święta językiem inkluzywności tak starannie wycyzelowanym, że grozi on utratą jakiegokolwiek znaczenia. Z drugiej strony codzienne doświadczenia opisywane przez niektórych studentów sugerują coś znacznie mniej uspokajającego.

Jest w tym pewna niezamierzona szczerość. Oświadczenia mówią o wartościach; milczenie ujawnia priorytety.

I nie jest to percepcja ograniczona do jednej instytucji. Podobne obawy pojawiają się na różnych kampusach — na Uniwersytecie w Toronto, na York University, w Langara College i na McGill University. Różne przypadki, różne fakty — lecz powracające oskarżenie, że granica między tym, co potępiane w zasadzie, a tym, co dopuszczane w praktyce, się poszerza.

Tymczasem Okno Podtekstów się przesuwa. Nie dramatycznie, nie przez deklaracje, lecz przez kumulację. To, czego nie dało się powiedzieć, staje się możliwe do wypowiedzenia. To, co można było powiedzieć, staje się możliwe do obrony. A to, co można obronić, z czasem staje się rutyną.

Często słyszy się w tym miejscu, by nie przesadzać. By nie spekulować. By nie sugerować, że dzisiejsze tolerancje mogą stać się jutrzejszymi normami. „Nie mów, że to mogłoby się wydarzyć” — pada odpowiedź, zwykle z nutą uprzejmego niedowierzania.

Właśnie o to jednak chodzi.

Pięć czy dziesięć lat temu zasugerowanie, że w renomowanych instytucjach można ponosić zawodowe ryzyko za potępienie uznanej organizacji terrorystycznej, podczas gdy wrogość wobec Żydów może być wyrażana bez widocznych konsekwencji, uznano by za niedorzeczne — jeśli nie złośliwe. Przypomniano by zapewne, nie bez zniecierpliwienia, że uniwersytety kierują się standardami, że takie asymetrie nie mogą istnieć.

A jednak spójrzmy na to, co dziś uchodzi bez natychmiastowej reakcji instytucjonalnej. Na Uniwersytecie w Toronto dziekan stomatologii użył w prezentacji dydaktycznej średniowiecznej karykatury Żyda — otoczonego pieniędzmi — jako obrazu zgnilizny i rozkładu. Nie był to ulotny komentarz ani zasłyszana uwaga, lecz przygotowany materiał wizualny w formalnym kontekście akademickim. Instytucja nie zareagowała z własnej inicjatywy. Dopiero sprzeciw studentów sprawił, że sprawa w ogóle ujrzała światło dzienne.

Prosi się nas teraz, by przyjąć jako wyjaśnienie, że takie obrazy — niemal dosłownie zaczerpnięte z najbardziej rozpoznawalnej ikonografii antysemickiej lat 30. — zostały użyte bez świadomości ich znaczenia. Mówi się, że nie była to złośliwość, lecz ignorancja. Każdy może sam ocenić, co jest bardziej uspokajające.

Tymczasem schemat stał się niemal podręcznikowy. Wydawane jest oświadczenie — wyważone, inkluzywne i całkowicie pozbawione konsekwencji. Deklaracja, że instytucja „tego nie popiera”, połączona z ogólnikową życzliwością wobec wszystkich. Rodzaj moralnej dymnej zasłony: starannie uformowanej, bez smaku i zaprojektowanej przede wszystkim tak, by nikogo nie urazić, nie spełniając przy tym żadnego standardu. Prawdziwym celem nie jest korekta, lecz zarządzanie kryzysem — uprzejmie sformułowana prośba, by pozostawić sprawę samą sobie, aż zniknie z pola uwagi publicznej.

I znika. Zawsze znika. Wraca cisza. Czas robi swoje. A jak zaobserwowano w innych instytucjach, osoba, której sprawa dotyczyła, po cichu wraca do swoich obowiązków, być może poprzedzone to zostaje stosownie nijakimi przeprosinami.

Teza, która kiedyś brzmiała jak satyra — że takie asymetrie mogą istnieć — dziś nie wymaga już żadnej przesady.

A jednak znajdujemy się w sytuacji, w której debatujemy właśnie o takiej asymetrii.

Tak działa rozpęd. Nie ogłasza się jako rozpęd. Na każdym etapie jawi się jako wyjątek, niuans, szczególny przypadek. To, co kiedyś szokowało, staje się dyskutowalne. To, co dyskutowalne, staje się tolerowane. A to, co tolerowane, z czasem staje się rutyną.

Nie trzeba przewidywać, że uniwersytety w określonym dniu zaczną wprost wykluczać studentów żydowskich. Można szczerze mieć nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie. Nieroztropne jest jednak twierdzenie, że jest to nie do pomyślenia. Odległość między tym, co uznaje się za niemożliwe, a tym, co później akceptuje się jako nieuniknione, okazała się w ostatnich latach zaskakująco krótka.

Można zapytać, dlaczego miałoby to mieć znaczenie poza zamkniętym światem akademii. Odpowiedź jest prosta. Uniwersytety nie tylko odzwierciedlają społeczeństwo; one je wyprzedzają. Kształtują założenia, odruchy i słownik moralny tych, którzy z czasem zasilą inne instytucje. Dzisiejszy student to jutrzejszy profesjonalista. To, co zostaje znormalizowane w sali seminaryjnej, nie pozostaje w niej.

Zawsze było tak, że uniwersytety skłaniają się ku lewicy w społeczeństwach, które je utrzymują. Samo w sobie nie jest to niczym niezwykłym. Niezwykła jest natomiast skala, w jakiej pewne skrajności zdają się korzystać ze szczególnej immunizacji — milczącego, lecz silnego przeświadczenia, że nie będą poważnie kwestionowane.

A więc linia się przesuwa. Cicho. Uporczywie. Niemal uprzejmie. 

Aż pewnego dnia przestaje być w ogóle widoczna. Wtedy satyra staje się zbędna.

Nie ma już nic do wyolbrzymiania.


Link do oryginału:

Freedom to Offend
When Universities Stop Blushing: The Overton Window on Anti-Semitism
There exists a concept in political discourse—bloodlessly termed the Overton window—which describes the range of ideas a society considers acceptable to express. One might think of it more simply as the invisible boundary between what can be said without consequence and what cannot. Outside the window lies the unthinkable; inside it, the merely controve…

Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


In Solidarity, I Wear a Kippah Every Day


In Solidarity, I Wear a Kippah Every Day


Steve Siporin


A head covering isn’t solely for the observant. Now, more than ever, it’s a way to signal Jewish pride.

TOBIAS SCHWARZ/AFP via Getty Images

It was the late 1960s. I was in my early 20s, with thick, dark brown hair and a thick head to go with it. But there was no space for a kippah on that head because there was no place for a kippah in my image of myself as a free, unfettered soul, my hair blowing in the wind.

The headgear of belief faced unfavorable odds opposite the headgear of boyhood vanity. I understood from the American culture in which I was raised that any type of head covering other than a cowboy hat, baseball cap, football helmet, or military headgear signaled weakness. A black kippah—the only kind I knew other than the white ones reserved for Yom Kippur—was fine for weak, skinny boys with glasses. But not me. I wanted to be Tarzan. Even the word yarmulke sounded weak to me, and so did Yiddish, for that matter. I had imbibed a stereotype of the traditional, bookish Jew who always wore a kippah.

I must have started feeling uncomfortable with the kippah not long after my bar mitzvah. It was about that time that I announced to my family—at our Passover Seder, no less—that I didn’t believe in God. Just after I had spoken the fateful words, my bubbe entered the dining room, carrying large serving plates laden with sliced turkey and roasted potatoes, one plate in each mighty hand. My proclamation had been followed by horrified silence. Bubbe looked around and asked what was going on.

“Charles says he doesn’t believe in God,” an indignant aunt explained.

“Don’t be silly. Even presidents and kings believe in God.” With that, Bubbe dismissed my words as something no one could take seriously.

If wearing a kippah ‘just wasn’t me,’ I could change. And if someone mistook me for an Orthodox Jew, was that really so bad?

Nevertheless, during my early teenage years, my arrogance grew. I considered myself smarter and more sophisticated than the clueless adults who, I thought, filled the synagogue “like sheep.” I considered religion irrational, a crutch for those unable to reason or face reality. Still, I continued to self-identify as a Jew; my Jewish bonds with home, family, and the holidays were strong.

In 1971, when I was in my early 20s, I went to live on an Israeli kibbutz. The experience was unexpectedly positive and liberating. I discovered that one could be completely Jewish without being observant—and without wearing a kippah. The masculine, sunlit, kibbutznik culture suited my Midwestern American upbringing and values. I was finally comfortable in my Jewish body. I lost any residual guilt I had felt for not wearing my kippah.

At the same time, when I visited Jerusalem, I saw men wearing kippot in a wide variety of colors, fabrics, styles, and sizes. That was OK, too, I thought; just not me.

I returned to the United States and eventually found a position at a university in the rural West, far away from Jewish population centers. When I traveled, especially to the East Coast, I would sometimes see men on the street wearing kippahs, and I would feel a yearning for Jewish life. Despite my disbelief, something bothered me. Something was missing.

In my 40s, I wrote down a story that my mother had told me about her earlier years. It was the late 1930s, and she was riding a bus in New York City. A man sat down next to her and struck up a conversation, which eventually led to his rant against Jews, including how glad he was that Hitler was “finally giving them what they deserve.” While he was speaking, my mother gently drew out the silver Magen David that she wore around her neck, inside her blouse. She didn’t look at the man but rather at the pendant, turning it over in her hands, as if examining it. The fellow looked into her eyes to observe her reaction to his words. Then his gaze followed her gaze to her hands. He fell silent and soon left his seat.

At the beginning of the Second Intifada in 2000, like many other Jews, I became aware of the Jew hatred that had been unleashed and encouraged in the United States, including increasingly biased media coverage of Israel. I decided to wear a kippah in public in protest. I thought that would be a way to encourage other Jews and supporters and to say to the haters, “You may not like us, but we’re here, and we won’t be intimidated.”

I lasted one day.

During that day, I experienced two negative internal reactions: The first was that wearing a kippah felt inauthentic. The second was that in wearing a kippah, I was misleading people. I was signaling that I was observant, had an unambivalent belief in God, and was devout.

Still, I was uncomfortable without it. Where had my commitment gone? Had it just been bravado?

As the Second Intifada continued, my English department colleagues showed themselves to be antagonistic toward Israel. Or maybe it was that I became more aware of their attitudes. They were indifferent, at best, when Israeli academics were discriminated against as a group, barred from certain academic associations, editorial staffs, and boards of journals. Academic freedom—which I had naively thought my colleagues held sacred—had been directly violated. No one blinked. No one protested. No one even agreed to sign a letter of protest. After 30 years, I no longer felt part of the English department.

In July 2014, Hamas rocket attacks against Israel triggered another war in Gaza. Meanwhile, I read about the increase in antisemitic acts in Europe, recalled the recent murder of Jews in a kosher supermarket in Paris, and learned how Malmö, Sweden, had become a “no-go zone” for Jews. Something changed again. I became aware that, besides fulfilling a commandment, wearing a kippah in public meant what it always had meant: a willingness to claim one’s Judaism and Jewish identity while at the risk of being a target. My colleagues soon saw me wearing my kippah every day.

This time, I was able to cross the line I had wanted to cross before but couldn’t. I recognized that my youthful desire to be completely free had been misplaced. To have unlimited freedom was not to be free at all, but to be adrift, with no basis for choices and commitments. The question was not how to be unfettered; the question was which “fetters” to wear.

My earlier objections to the kippah faded. If wearing a kippah “just wasn’t me,” I could change. And if someone mistook me for an Orthodox Jew, was that really so bad? If that someone was another Jew, we could talk, and both of us would learn something. And if my interlocutor was not Jewish but curious, I could tell them that I was acting in solidarity with visibly recognizable Jews who had always accepted being vulnerable targets on the front lines, so to speak. Since I’ve returned to wearing my kippah, both kinds of encounters, with Jews and gentiles, have happened. But neither would have taken place had I not been wearing my kippah.

On Oct. 7, the stakes of being Jewish in public increased exponentially. Today’s conditions were unforeseeable to most of us a few years ago, although my kippah chronicle suggests a steady escalation that led to the present situation. It has been suggested that we no longer wear our kippot and Magen Davids in public. It has also been recommended that we make a point of wearing them. I chose the latter course.

When I first started wearing my kippah again, my goal was to teach others what I thought they should know. There was still an echo of my youthful arrogance in that attitude. As time passed, my kippah taught me what I should know; it deepened my understanding of my behavior and its significance. Wearing my kippah in public, I now represent the Jewish people and Judaism in a way I didn’t before. How I act may affect other people’s perceptions of Jews. Will I be courteous or thoughtless, generous or selfish, supportive or sullen, helpful or too busy to help? Wearing my small, blue, flower-embroidered kippah on the street reminds me that everything I do matters. And that I’m part of a bigger, stronger tribe.


Steve Siporin is a professor emeritus in English and folklore at Utah State University. He is the author of The Befana is Returning: The Story of a Tuscan Festival.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel Votes in Favor of Iran Joining International Cheer Union: ‘The Iranian People Are Not Enemies’


Israel Votes in Favor of Iran Joining International Cheer Union: ‘The Iranian People Are Not Enemies’

Shiryn Ghermezian


Ludmila Yasinska, far right, posing with members of the Israeli Cheer Union competing at the 2026 ICU World Cheerleading Championships in Orlando, Florida. Photo: Provided

Israel’s representative at the International Cheer Union (ICU) General Meeting in Orlando, Florida, this week voted in favor of Iran becoming a member nation of the organization.

Ludmila Yasinska, president of the Israeli Cheer Union, attended the annual meeting in-person and voted for Iran joining the ICU, the official world governing body for cheerleading.

The decision was approved, and a total of five applicant countries have newly joined the organization: Iran, Sint Maarten, Iceland, Ethiopia, and Sierra Leone. The ICU now has 126 national federation members across all continents, and each receives one vote for all General Meeting voting processes.

“The vote in favor of Iran’s participation in international competitions expresses a clear distinction between the Iranian people and the terrorist regime,” Yasinska told The Algemeiner. “It is a values-based position that sees the Iranian people not as enemies, but as human beings who seek to take part in the international arena, to compete, and to be partners in an open and fair world. It is also a statement of hope — that despite the complex reality, there is room to distinguish between citizens and leadership, and to extend a hand toward a different future.”

“May the day come when we can stand side by side and cheer together,” she added.

According to experts, the vast majority of the Iranian people oppose the authoritarian, Islamist regime that has ruled the country since 1979. In January, the regime’s security forces killed and imprisoned tens of thousands of civilians to crush anti-government protests that erupted across Iran.

The ICU General Meeting took place before the start of the 2026 ICU World Cheerleading Championships. This year, Israel competed in the international competition for the first time ever. The championships started on Wednesday and concluded on Friday.

“It was an amazing feeling and a great source of pride to represent Israel on the world stage,” Yasinska told The Algemeiner. “Despite all the difficult times and the situation in Israel before the championship, we never stopped believing or working toward this moment.”

The competition occurred amid a ceasefire pausing the US-Israeli military campaign against Iran, whose leaders regularly call for Israel’s destruction. Before the temporary truce went into effect, Israelis spent weeks running to bomb shelters as the Iranian regime launched barrages of ballistic missiles at the Jewish state. Iran’s chief terrorist proxy, Hezbollah, also fired rockets at northern Israel from Lebanon.

“There were times when we had to train on Zoom because we could not leave our homes. We also had one intensive week where some of our girls from the north stayed in our homes, just so we could have the opportunity to train together as one team,” Yasinska explained. “After all of this hard preparation, sacrifice, and determination, to finally represent our country was incredibly emotional and meaningful. It is a huge honor for us, and it was very important to show the world that Israel is on the international map of this sport — standing strong, competing proudly, and doing the very best we can.”

In 2021, the ICU was granted full recognition by the International Olympic Committee.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Wyjaśnienie konfliktu między Żydami a Arabami

EGIPSKI PREZYDENT Gamal Abdel Nasser pośredniczy w zawieszeniu broni między Jaserem Arafatem a królem Jordanii Husajnem podczas nadzwyczajnego szczytu Ligi Arabskiej w Kairze 27 września 1970 r. Nasser zmarł następnego dnia na zawał serca. (źródło: VIA WIKIMEDIA COMMONS)


Wyjaśnienie konfliktu między Żydami a Arabami

Abigal Klein Leichman


Bestsellerowa książka adwokata Alana Dershowitza z 2003 roku The Case for Israel była dla wielu wadliwa już chociażby z tego powodu, że jej autor jest Żydem i Amerykaninem. To temat, którym najlepiej zajmuje się ktoś „z wewnątrz” – i nie Żyd, lecz Arab. Arab obdarzony ciekawością intelektualną, uczciwością, odwagą i warsztatem dziennikarskim. Libańsko-iracki dziennikarz i badacz Hussain Abdul-Hussain spełnia te kryteria.

Jego najnowsza praca z zakresu analizy politycznej i esejów The Arab Case for Israel to książka, którą poleciłabym ponad wszystkie inne każdemu, kto szczerze chce zrozumieć utrwalony konflikt między Żydami a Arabami w Izraelu.

Wychowany w Bejrucie, Bagdadzie i Baalbek, Abdul-Hussain jako dziecko był świadkiem izraelskich nalotów, jako młody człowiek uczestniczył w antyizraelskich protestach, relacjonował wydarzenia na Bliskim Wschodzie dla bejruckiego The Daily Star, a następnie zagłębił się w rygorystyczne badania, które obaliły jego wcześniejsze błędne wyobrażenia.

Argumentacja Abdul-Hussaina na rzecz Izraela opiera się na dekadach osobistych doświadczeń w świecie arabskim, latach pracy w Bejrucie, Kuwejcie i Waszyngtonie jako dziennikarz i analityk polityczny – obecnie jest pracownikiem badawczym w Foundation for Defense of Democracies – oraz autentycznej znajomości świata arabskojęzycznego, źródeł hebrajskich i zachodnich postaw wobec Bliskiego Wschodu.

Jego skrupulatna analiza i wyczerpująco udokumentowana prezentacja faktów historycznych podważają fundamentalne, a zarazem fikcyjne lub oparte na niewiedzy narracje dominujące w arabskich i zachodnich progresywnych dyskusjach o Izraelu. Każdy mógłby dotrzeć do tych informacji, lecz niewielu zadaje sobie ten trud.

Ta niezwykła praca nie jest jedynie demaskowaniem dekad szkodliwej propagandy.

Autor formułuje dwie przekonujące ogólne tezy: że państwo żydowskie jest korzystne dla Arabów oraz że Arabowie nigdy nie przedstawili spójnej alternatywy, skupiając się na wyobrażonej przeszłości zamiast na wyobrażonej przyszłości.

„Palestyńczycy zawsze chcieli cofnąć wskazówki zegara, ale do jakiego momentu właściwie?… Problem Palestyńczyków polegał na tym, że niezależnie od wybranego okresu historycznego nie znaleźliby czasu, w którym Arabowie Palestyny byli suwerenni na tej ziemi” – pisze.

„W całej historii jedynymi miejscowymi, którzy kiedykolwiek byli suwerenni na obszarze między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym, byli… Żydzi.”

A także:

„Palestyńczycy nigdy nie przyznali się do swojej niezdolności wyobrażenia sobie przyszłej, nowoczesnej Palestyny ani do porażki w zbudowaniu choćby jednej nowoczesnej instytucji w swojej historii, nie mówiąc już o stworzeniu i zarządzaniu funkcjonującym państwem, które nie byłoby rodzajem średniowiecznego islamskiego emiratu, jaki Hamas stworzył w Gazie po 2007 roku.”

Arabowie powinni dążyć do pokoju z Izraelem „z przekonania”

Arabowie powinni dążyć do pokoju z Izraelem – pisze – nie „z rozpaczy czy strachu, lecz z przekonania, że jako przyjaciel i sojusznik państwo Izrael jest dla Arabów znacznie bardziej wartościowe niż jego usunięcie i zastąpienie Palestyną, która w najlepszym razie byłaby państwem przeciętnym.”

Gdy Abdul-Hussain przybył do Stanów Zjednoczonych w 2004 roku, uczył się hebrajskiego, aż osiągnął biegłość pozwalającą mu czytać i słuchać Izraelczyków debatujących w ich ojczystym języku.

„Moim największym zaskoczeniem było to, że – wbrew temu, co większość Arabów i ja sam sądziliśmy – Izraelczycy nie byli obsesyjnie skupieni na zabijaniu Arabów. Żydzi na całym świecie mieli własną historię, która miała sens” – pisze.

Jego badania wykazały, że „kiedy OWP została założona w 1964 roku, jej głównym celem było przyłączenie się do Zjednoczonej Republiki Arabskiej Nassera, która utraciła Syrię w 1961 roku i nie zdołała zaanektować Jemenu po 1962 roku. Palestyna była projektem Nassera – zarówno po to, by zemścić się na jego rywalach, Jordanii i Arabii Saudyjskiej, które utrudniły mu aneksję Jemenu, jak i by zrekompensować utratę Syrii i Jemenu w jego unii. Tak silny był wpływ nasseryzmu na deklarację OWP i Palestyny, że Arabia Saudyjska głosowała wówczas w Lidze Arabskiej przeciwko utworzeniu Palestyny.”

Abdul-Hussain zauważa:

„Od czasu, gdy muzułmanie zdobyli władzę nad Żydami i innymi w regionie, traktowali ich tak samo, jak traktowali siebie nawzajem: poprzez przymus i przemoc. Początkowo było to typowe dla imperiów podporządkowujących sobie podbite ludy. Jednak po upadku Imperium Osmańskiego nabrało to cech nacjonalistycznych – i wtedy dopracowano narrację o Palestynie, przekształcając ją w wyobrażoną narodowość, którą widzimy dziś: taką, która twierdzi, że niesprawiedliwie utraciła suwerenność na rzecz państwa żydowskiego, mimo że nigdy nie istniała jako suwerenne państwo.”

W odniesieniu do wybuchowego tematu Jerozolimy odkrył, że „przez ponad dwa tysiąclecia, odkąd język arabski zaczął się kształtować, nie było żadnej arabskiej ani muzułmańskiej dynastii, która uznawałaby Jerozolimę za swoją stolicę.”

Te i wiele innych odkryć doprowadziły go do przekonania, że „być może jeśli Arabowie, w tym Palestyńczycy, uświadomią sobie, że ich tożsamość narodowa nie jest tak starożytna i niezmienna, jak sądzą, łatwiej będzie im wymienić ją na bardziej użyteczne korzyści, takie jak wyższy poziom życia.”

Abdul-Hussain wzywa Arabów do autorefleksji i znaczącej zmiany punktu widzenia „nie tylko po to, by pozwolić Żydom żyć w pokoju, lecz także dla lepszej przyszłości Palestyńczyków i wszystkich Arabów.”

Jeśli kiedykolwiek zdecydują się „przedłożyć mierzalny wyższy standard życia nad niemierzalne, wytworzone i manipulacyjne pojęcia dumy, godności i suwerenności narodowej, uświadomią sobie, że pokój z Izraelem – a nie jego pokonanie – jest ich prawdziwym zwycięstwem.”

Jakby zdając sobie sprawę z tego, jak naiwnie to brzmi, autor bez ogródek przedstawia poważne bariery kulturowe stojące na drodze do tak radykalnej zmiany.

„To Palestyńczycy muszą zostać wyzwoleni, a nie Palestyna” – stwierdza.

„Społeczeństwo arabskie jest dziś być może jednym z najbardziej brutalnych na świecie… czy to w postaci milicji, bandytów, tajnej policji, zbirów, zbrodni honorowych czy przemocy domowej. Tymczasem teraz, gdy teoria ‘dekolonizacji’ stała się modna w zachodnim środowisku akademickim, niewystarczające tradycje islamskie, które powinny zostać zastąpione nowoczesnymi ideałami, są wychwalane jako rdzenne.”

Abdul-Hussain nie ma też złudzeń co do prawdopodobnej reakcji na swoje pisma. „Nie mam złudzeń co do obelg, inwektyw czy czegoś gorszego, jakie tezy przedstawione w tej książce na mnie sprowadzą” – pisze.

Książka analizuje również szereg powiązanych zagadnień, w tym stale zmieniające się geopolityczne przeszkody dla pokoju („Katar ze swoją soft power oraz islamistyczny Iran z jego milicjami w Libanie, Iraku i Jemenie”); chorowity model pokoju na poziomie rząd–rząd Egiptu i Jordanii w kontraście do zdrowego modelu relacji między ludźmi w ramach Porozumień Abrahamowych; oraz „destrukcyjną politykę, jaką islamizacja przyniosła na scenę amerykańską.”

Obszerna część poświęcona historii regionu – aż po czasy współczesne – powinna być obowiązkową lekturą w każdej amerykańskiej instytucji szkolnictwa wyższego. Dobrze udokumentowano, że studenci i wykładowcy uczestniczący w antyizraelskich demonstracjach niewiele wiedzą o Izraelu, jego sąsiadach i o tym, jak konflikt zmieniał się na przestrzeni czasu. Uważam się za osobę dość dobrze poinformowaną, a mimo to wiele nauczyłam się z tej części, zwłaszcza o wewnętrznych uwarunkowaniach politycznych kształtujących działania sąsiadów Izraela.

The Arab Case for Israel jest wypełniona po brzegi cytatami wartymi przytoczenia. Wybierając kilka do zaprezentowania na tej ograniczonej przestrzeni, skupiłam się na tych dotyczących wzrostu islamizmu i jego konsekwencji:

„Wraz z tym, jak islamizm zastąpił arabski nacjonalizm, islamistyczna niechęć do Żydów zastąpiła antysemityzm arabskiego nacjonalizmu. … Arabowie przeszli od dążenia do odzyskania arabskiej prowincji Palestyny i przyłączenia jej do wyobrażonego większego narodu arabskiego do prowadzenia zero-jedynkowej wojny religijnej między islamem a judaizmem.”

„Irańczycy przejęli od Egipcjan ideę, że islam nie jest jedynie religią, lecz całościowym kodeksem społecznym i politycznym, przewyższającym wszystkie inne światowe doktryny.”

„Hezbollah nie został utworzony, by wyzwolić Liban ani Palestynę. Powstał jako jedno z ramion islamistycznego Iranu w jego globalnej walce przeciwko Ameryce i Zachodowi.”

„Aktywiści arabskiego i muzułmańskiego pochodzenia w USA wyraźnie popierają islamizm jako system nadrzędny wobec demokracji i zachodnich ideałów. … Wojna z Izraelem, liberalną demokracją, jest jednym z ich frontów… [i] dla arabskich islamistów prowadzących walkę z Zachodem wewnątrz krajów zachodnich jest jedynie krokiem na drodze do realizacji wizji zniszczenia zachodniej cywilizacji jako całości.”

Choć znaczna część książki może pozostawić czytelnika bez nadziei na przezwyciężenie złożonej sieci nienawiści, intryg i polityki w kierunku ideału wzajemnego zrozumienia i pokoju na Bliskim Wschodzie, na jej kartach pojawiają się także pewne przebłyski pozytywów.

W rozdziale o Porozumieniach Abrahamowych Abdel-Hussain pisze: „Setki tysięcy Arabów, których kraje nie utrzymują stosunków z Izraelem, mieszkają w ZEA, a wielu z nich ma teraz okazję zobaczyć Izraelczyków z bliska – jako zwykłych ludzi, takich jak oni sami. Takie doświadczenia uczłowieczyły Izraelczyków i Izrael w oczach wielu moich przyjaciół i członków rodziny mieszkających w Dubaju i Abu Zabi.”

Abdel-Hussain przyznaje, że jego obserwacje dotyczące pojawiających się kwestii, takich jak Syria po Assadzie, z konieczności są niepełne lub szybko się dezaktualizują w obliczu dynamicznych wydarzeń na świecie. Książka ukazała się 26 lutego, a już tydzień później rozdział o Iranie mógłby wymagać poważnej aktualizacji. Niemniej jednak przedstawione przez autora tło historyczne i wgląd „od środka” pozostają pouczające i wartościowe.

Czy ta ważna książka rzeczywiście przyczyni się do poszerzenia wiedzy, a być może nawet zmiany poglądów – zwłaszcza w mediach i na kampusach uniwersyteckich – czy też jej wpływ pozostanie ograniczony do proizraelskiej „bańki”, dopiero się okaże. Tak czy inaczej, osoby szczerze pragnące lepiej zrozumieć ten trudny do rozwiązania konflikt powinny umieścić The Arab Case for Israel na szczycie swojej listy lektur.


THE ARAB CASE FOR ISRAEL AND OTHER ESSAYS FROM A DISTANT CONFLICT
Hussain Abdul-Hussain
Wicked Son / Z3 Institute for Jewish Priorities
330 stron; 18,99 USD

Link do oryginału: https://www.jpost.com/middle-east/article-892537?utm_source=substack&utm_medium=email

Jerusalem Post 12 kwietnia 2026


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Middle Israel: Jesus-statue smasher is product of Jewish fundamentalism – opinion


Middle Israel: Jesus-statue smasher is product of Jewish fundamentalism – opinion

AMOTZ ASA-EL


Unfortunately, what the IDF soldiers in Lebanon did when they smashed the statue of Jesus represents a syndrome much larger than the two young idiots they evidently are.

Here, the Israeli soldier damages the head of a statue of Jesus, in Debel, Lebanon, in this still image obtained from social media released on April 19. /  (photo credit: SOCIAL MEDIA VIA REUTERS)

It took one metallic sledgehammer, one narrow mind, and one smartphone’s shocking photo to display the gravity of the problem we have come to face.

The photo that showed a soldier axing a Jesus statue in southern Lebanon was appalling enough – religiously and politically – but even more mind-boggling was the villain’s frivolous attitude: post it on social media, so the whole world would see.

The world indeed saw, and lost no time responding, with intercontinental rebuke. Fortunately, the IDF summarily court-martialed the culprit and his photographer, sending them to a military prison and removing them from future combat service. Unfortunately, what they did represents a syndrome much larger than the two young idiots they evidently are.

And that syndrome is the very one with which Israel’s worst enemies are plagued. It’s called fundamentalism, and its bearers share ignorance of the outer world, impatience with history’s course, and an inability to tolerate the existence of other faiths.

The fundamentalist scourge reared its head in 2001 

THE FUNDAMENTALIST scourge was displayed in all its ugliness and brutality in 2001, when the Taliban had Afghanistan’s Buddha statues hammered, axed, and dynamited.

Taliban soldiers load ammunition in a vehicle, following exchanges of fire between Pakistan and Afghanistan forces, near Torkham border, in Afghanistan, February 27, 2026. (credit: REUTERS/STRINGER)

“These idols have been gods of the infidels,” said the iconoclasts’ leader, Mullah Muhammad Omar, referring to any Buddhist statue, but most famously to a pair of monuments taller than a 12-story building, carved into a sandstone cliff some 150 km. west of Kabul.

Like all things fundamentalist, this atrocity was not about whim. It was about faith. Islam’s founders destroyed hundreds of idols when they conquered Mecca, they said, so we must do the same.

Non-fundamentalists say that what was done centuries ago in entirely different settings does not necessarily apply today, but fundamentalists disagree. To them, change is blasphemy. Restoring “fundamentals” and ignoring history’s progress is what they are all about. That’s their attitude toward the past, and also toward the future. And since the future, as they see it, will be all about their triumph over the rest of humankind, all others must bow, and since progress is anathema, change is a threat, and history is an aberration, they had better bow now.

This is fundamentalism, regardless of its religious stripe. Early Christians were also once in the business of smashing images – that’s how the term iconoclasm came into being – as were early Protestants, who broke into Catholic churches and did there what two Jews just did in Lebanon.

Did Judaism originally wage war on idolatry? Of course it did, but that was when idolatry was murderous. That is why a great sage like Rabbi Yehuda Ha-Nasi, according to the Talmud (Avoda Zara 10b), could have a close friendship with a pagan like Roman Emperor Caracalla.

Fundamentalists can’t get this kind of interfaith harmony because they don’t look outside the narrow, deep, and opaque trench in which they spend their days. To them, the outer world is barbarian, and otherness is a crime.

And in Israel, fundamentalist ignorance has become in recent years a cultural embarrassment and a strategic threat.

When Israel’s finance minister exhibits his lack of spoken English, as Bezalel Smotrich did in a public speech, and when National Security Minister Itamar Ben-Gvir, in a taped quarrel with a foreign worker, can’t utter even an eight-word English sentence, millions are embarrassed.

Yes, such provinciality can be dismissed as anecdotal. That cannot be said of this duo’s misunderstanding of the big world with which they are evidently unfamiliar.

That is how Smotrich, as finance minister, can say of Wall Street’s rating agencies, after they downgraded Israel’s rating, that they are politically motivated. And when the finance minister does not understand how Wall Street works, he also does not understand what he does to Israel’s international position by sending violent fundamentalists to the West Bank.

At this writing, the identity of the iconoclasts who smashed the Lebanese statue is not known. Theoretically, they may have never visited a synagogue, studied in a yeshiva, or spent one day in a West Bank settlement. Yet even in this unlikely event, the fact is that thousands of Israelis do follow fundamentalist rabbis who feed them with triumphalism, hatred, and messianic zeal. And these people know precious little about the outer world in general, and Christianity in particular.

Lebanon’s Christians are on our side

THE SMALLER thing of which this week’s two-cent crusaders were evidently unaware is that Lebanon’s Christians are on our side. That is why the particular village where they did their number, Debel, was not evacuated by the IDF. They resisted Hezbollah.

The bigger thing such thugs don’t know is that Christianity, led in this by the Vatican but joined by most other denominations, has long abandoned its forebears’ antisemitism and cultivated a historic dialogue with the Jewish faith.

This dialogue is part of what the Zionist dream was all about. It was never about domineering over other faiths, rivaling other nations, or fighting other states. For that, we could have stayed in the shtetl and the ghetto. The dream was to join humankind, not as superiors, but as equals. That’s what ancient Judea’s zealots didn’t get when they canceled the Temple’s daily sacrifice in honor of Rome, and thus ignited Jerusalem’s destruction and Judea’s grand defeat.

Not only was universal harmony part of the Zionist quest, but it was also part of the prophetic vision.

That is why Isaiah, when he imagined the days to come, when the House of God will “stand firm” and “tower above the hills” – he saw it drawing not only Jews, but “all the nations.” (Isaiah 2:2) And on that day, when “many peoples” will “go up to the Mountain of God” – they will no longer impose themselves on one another, because “nation shall not take up sword against nation,” and “they shall never again know war.”


www.MiddleIsrael.net

The writer, a Hartman Institute fellow, is the author of Ha’Sfar Ha’Yehudi Ha’Aharon (The Last Jewish Frontier, Yediot Sefarrim 2025), a sequel to Theodor Herzl’s The Old New Land.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com