Klątwa pożytecznego idioty

Zack Polanski – wzorowy użyteczny idiota. (Zrzut z ekranu)


Klątwa pożytecznego idioty

Leo Pearlman


Pożyteczny idiota jest jedną z najbardziej trwałych postaci w historii. Pojawia się w każdym pokoleniu, w każdej ideologii i w każdym ruchu politycznym. Nie definiuje go to, w co wierzy, lecz to, do czego można go wykorzystać. Byłby jedną z wielkich komicznych postaci historii, gdyby nie był tak niebezpieczny.

Pożyteczny idiota rzadko jest głupi. Przeciwnie, wielu z nich to ludzie inteligentni, elokwentni i często świetnie wykształceni. Można ich znaleźć na uniwersytetach, w zarządach firm, partiach politycznych, organizacjach aktywistycznych i instytucjach medialnych. Tym, co ich wyróżnia, nie jest brak inteligencji, lecz brak ciekawości – albo, mówiąc dokładniej, lęk przed ciekawością.

Pożyteczny idiota boi się informacji, które mogłyby skomplikować jego obraz świata. Unika rozmów podważających jego założenia, szukając raczej potwierdzenia niż zrozumienia, pewności zamiast prawdy.

Dla poprzednich pokoleń edukacja była często procesem odkrywania, jak wiele się nie wie. Dziś dla wielu stała się procesem uczenia się, jakie poglądy można bezpiecznie wyznawać. Pierwsze kształtuje ludzi myślących samodzielnie, drugie – naśladowców.

Pożyteczny idiota nie boi się, że może nie mieć racji. Boi się odkrycia, że jego przeciwnicy mogą nie być całkowicie w błędzie. Bo takie odkrycie zagraża czemuś znacznie ważniejszemu niż argumentacja – zagraża przynależności. A właśnie przynależność leży w samym sercu tego zjawiska.

Pożyteczny idiota chce być akceptowany, potrzebuje należeć do „tych dobrych”, łaknie aprobaty tłumu. A przede wszystkim pragnie pewności. Chce świata schludnie podzielonego na dobrych i złych, ciemiężycieli i uciskanych, ofiary i złoczyńców.

Rzeczywistość rzadko jest tak prosta, ale pożyteczny idiota nie może sobie pozwolić na złożoność. Złożoność wymaga myślenia, myślenie rodzi wątpliwości, wątpliwości zagrażają przynależności, a przynależność coraz częściej jest walutą współczesnego aktywizmu.

I właśnie tutaj zaczyna się manipulacja, ponieważ pożyteczny idiota nie tylko się myli – jest wykorzystywany. Na tym polega cała rzecz, bo jego wartość nie tkwi w mądrości, wiedzy czy osądzie, lecz w zdolności do dostarczania legitymizacji.

Jeśli chcesz atakować Żydów, znajdź Żyda. Jeśli chcesz atakować kobiety, znajdź kobietę. Jeśli chcesz atakować prawa gejów, znajdź gejowskiego aktywistę. Jeśli chcesz atakować demokrację, znajdź demokratę.

Pożyteczny idiota staje się żywą tarczą, certyfikatem autentyczności, przepustką.

„Jak to może być antysemityzm? Przecież razem z nami maszerują Żydzi”.

„Jak to może być mizoginia? Przecież kobieta się z nami zgadza i stoi po naszej stronie”.

„Jak to może być homofobia? Przecież on stoi na naszym czele”.

Sama sprzeczność staje się produktem. Zjawisko to stało się tak powszechne, że niemal przestało zwracać uwagę. Zwrot „Jako Żyd…” stał się wręcz osobnym gatunkiem dyskursu politycznego.

Rzadko chodzi tu o fachową wiedzę. Chodzi o rozgrzeszenie. Taka osoba nie znajduje się tam dlatego, że rozumie problem lepiej niż wszyscy inni. Jest tam po to, by pozwolić wszystkim pozostałym przestać myśleć – albo, w wielu przypadkach, w ogóle nie zaczynać.

Pożyteczny idiota bierze to za akceptację. Ale to nie jest akceptacja. Akceptacja oznacza, że jesteś ceniony za to, kim jesteś. Użyteczność oznacza, że jesteś ceniony za to, co możesz zrobić dla kogoś innego.

Pierwsze jest bezwarunkowe. Drugie ma termin ważności.

7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Ujawnił go. A właściwie ujawnił ich miliony. To, co nastąpiło po masakrze, było jednym z najbardziej niezwykłych politycznych przegrupowań we współczesnej historii Zachodu.

Powstała burza doskonała: część progresywnej lewicy zaczęła maszerować ramię w ramię z ruchami islamistycznymi.

Organizacje walczące o prawa kobiet miały trudności z potępieniem zorganizowanych gwałtów i przemocy seksualnej wobec izraelskich kobiet.

Organizacje LGBTQ entuzjastycznie sprzymierzały się ze sprawami, których ideologie polityczne uznawałyby homoseksualizm za przestępstwo i karały homoseksualistów śmiercią przez powieszenie.

Obrońcy praw człowieka zaczęli bronić organizacji otwarcie odrzucających wiele praw, których sami rzekomo bronią.

Sprzeczność była oczywista, a jednak miliony ludzi zdawały się jej nie dostrzegać – albo nie chciały jej dostrzec. Bo kiedy przynależność staje się ważniejsza niż prawda, rzeczywistość staje się negocjowalna.

Pożyteczny idiota przestaje pytać: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”. Zamiast tego pyta: „Co pomyśli o mnie moje plemię, jeśli zacznę ich kwestionować?”.

Ta jedna zmiana wyjaśnia wiele ze współczesnego aktywizmu. Pożyteczny idiota ocenia ruchy według tego, jak współczująco brzmią, nigdy zaś według tego, co się dzieje, kiedy zdobywają władzę.

I tu dochodzimy do brytyjskiego polityka z Partii Zielonych, Zacka Polanskiego.

Gdyby komuś powierzono zadanie skonstruowania w laboratorium idealnego pożytecznego idioty, rezultat mógłby wyglądać uderzająco podobnie.

Gej, Żyd i progresywny polityk, entuzjastycznie uczestniczący w koalicjach politycznych, w których znajdują się ludzie celebrujący 7 października, broniący Hamasu lub sprzymierzający się z ruchami zasadniczo wrogimi zarówno żydowskiemu samostanowieniu, jak i równouprawnieniu osób LGBT.

Ironia jest niemal zbyt doskonała. Żyd i homoseksualista prowadzący kampanię u boku ludzi, których ideologiczni pobratymcy mieliby niewiele cierpliwości zarówno dla jego żydowskości, jak i homoseksualności.

A jednak właśnie ta sprzeczność czyni go tak wartościowym. Jego żydowskość, seksualność i poglądy polityczne zapewniają legitymizację. Jest użyteczny nie pomimo tych cech, lecz właśnie dzięki nim.

Pożyteczny idiota jest zawsze cenniejszy, kiedy można go pokazać palcem. „Widzicie? To przecież nie może być antysemityzm”. „Widzicie? To przecież nie może być homofobia”. „Widzicie? Jeden z nich się z nami zgadza”.

Jest jeszcze jedna cecha pożytecznego idioty, której poświęca się znacznie mniej uwagi:

Jego użyteczność często rośnie, kiedy cierpi. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że jest częścią ruchu. W rzeczywistości często jest surowcem, którym ruch się żywi.

Jego aresztowanie staje się okrzykiem mobilizującym zwolenników. Jego zawieszenie – apelem o datki. Jego zwolnienie z pracy – dowodem prześladowania. Jego uwięzienie – narzędziem rekrutacji. Ruch pochłania jego ofiarę i przetwarza ją w energię. Jednostka płaci cenę, organizacja inkasuje dywidendę.

Skuteczny aktywista jest użyteczny. Ofiara jest bezcenna.

Dlatego tak wiele ruchów z większym entuzjazmem celebruje swoich męczenników niż własne sukcesy. Uwięziony aktywista, wyrzucony student, aresztowany demonstrant, napiętnowany wykładowca. Ich cierpienie staje się kapitałem politycznym, ich ofiara – strategią marketingową.

Pożyteczny idiota bierze ten proces za solidarność. Często jest to po prostu eksploatacja. Jego poświęcenie nie jest niefortunnym skutkiem ubocznym działalności ruchu – jest jednym z jego najcenniejszych aktywów. A ponieważ nauczono go, że cierpienie jest dowodem zaangażowania, staje się jeszcze bardziej lojalny. Im więcej traci, tym bardziej jest przekonany. Im więcej poświęca, tym bardziej czuje się sprawiedliwy. Im surowiej jest karany, tym większą ma pewność, że stoi po właściwej stronie historii.

Ruch rozumie to instynktownie. Pożyteczny idiota – rzadko.

I tu dochodzimy do publicysty „Guardiana”, Owena Jonesa.

Jego doświadczenie po wizycie na Buttmitzvah, queerowej żydowskiej imprezie klubowej w Londynie, było drobną, lecz doskonałą ilustracją szerszego zjawiska.

Przez lata Jones prezentował nienaganne antysyjonistyczne referencje. Przejął odpowiedni język, popierał właściwe sprawy i z niesłabnącą obsesją atakował zatwierdzone cele. A jednak wystarczyło, że pojawił się na żydowskiej imprezie, by niektórzy zwrócili się przeciwko niemu.

Jego reakcja była znamienna: zdziwienie, rozczarowanie, poczucie zdrady. Oczywiście nie powinien był być zaskoczony. Pożyteczny idiota często dopiero za późno odkrywa, że tłum, który mu klaskał, nigdy naprawdę go nie akceptował. Po prostu uważał go za użytecznego.

Lekcja, którą Owen odebrał w miniaturze, jest tą samą lekcją, której historia raz po raz udziela w pełnej skali. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że lojalność zostanie w końcu odwzajemniona. Historia sugeruje coś innego. Bo pożyteczny idiota nigdy nie jest partnerem. Jest narzędziem. Dziś jest przydatny do atakowania kogoś innego. Jutro staje się zbędny i sam znów staje się celem.

Historia już spotykała pożytecznego idiotę.

Spotkała go w zachodnich intelektualistach gloryfikujących Stalina, podczas gdy miliony ludzi znikały w gułagach. Spotkała go w świeckich rewolucjonistach maszerujących u boku islamistów w Teheranie, przekonanych, że wspólnie budują tę samą przyszłość. Spotkała go w idealistycznych studentach rewolucji kulturalnej Mao, którzy z entuzjazmem burzyli stary świat, zanim rewolucja zwróciła uwagę na nich samych.

Flagi były inne, hasła były inne, rezultat – uderzająco podobny. Pożyteczny idiota zawsze jest przekonany, że pomaga budować lepszy świat. Tragedia polega na tym, że rzadko zatrzymuje się, by zapytać, jaki świat zamierzają zbudować ludzie, których wzmacnia, kiedy już zwyciężą.

I dlatego Dearborn ma znaczenie.

Przez lata wielu ludzi na progresywnej lewicy przekonywało samych siebie, że wszystkie grupy mniejszościowe w naturalny sposób podzielają te same wartości i aspiracje. Potem pojawiły się kwestie dotyczące seksualności, edukacji, religii i wolności słowa. Nagle grupy, które wcześniej maszerowały razem, odkryły, że wyobrażają sobie zupełnie inne społeczeństwa.

Koalicja działała doskonale, dopóki miała charakter symboliczny. Stało się znacznie trudniej, kiedy wkroczyła polityczna rzeczywistość.

Dearborn nie jest wyjątkiem. Jest zapowiedzią kierunku, w którym zmierzają wydarzenia. Tak właśnie wygląda zderzenie haseł z władzą, kiedy sojusz zbudowany wyłącznie na wspólnym sprzeciwie zostaje zmuszony do odpowiedzi na znacznie trudniejsze pytanie:

Co właściwie próbujecie zbudować?

To pytanie dotrze również do Wielkiej Brytanii, ponieważ istnieje zasadnicza różnica między wspólnym występowaniem przeciwko czemuś a zgodą co do tego, co powinno owo coś zastąpić.

Pożyteczny idiota nigdy nie rozumie tej różnicy. Zakłada, że wszyscy podzielają jego wartości, że wszyscy chcą tej samej przyszłości, że lojalność zostanie w końcu nagrodzona. Zamiast tego odkrywa, że użyteczność ma termin ważności.

7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Obnażył go. Pokazał, jak wielu ludzi tak rozpaczliwie pragnie przynależeć, że przestało zadawać najważniejsze ze wszystkich pytań politycznych: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”.

Ujawnił pokolenie gotowe oceniać ruchy według tego, jak współczująco brzmią, zamiast według tego, jakie społeczeństwa chcą zbudować. Pokolenie gotowe usprawiedliwiać mizoginię, homofobię, autorytaryzm i przemoc, pod warunkiem że zostaną opakowane we właściwe hasła.

Niektórzy w końcu dostrzegą tę sprzeczność. Wielu nie dostrzeże jej nigdy. Historia podpowiada, że kiedy wreszcie ją dostrzegają, często jest już za późno. Bo pożyteczny idiota rzadko jest ostatnią ofiarą sił, które sam wzmacnia. Jest po prostu pierwszą.

Wolności, które pomaga podkopywać, prawdy, które pomaga tłumić, i instytucje, które pomaga osłabiać, nie znikają wraz z nim. Stają się dziedzictwem następnego pokolenia. I właśnie na tym polega prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie na krzywdzie, którą pożyteczny idiota wyrządza samemu sobie, lecz na szkodach, które pozwala wyrządzić innym, kiedy już pomoże im dotrzeć tam, dokąd chcieli dojść.

7 października powinien był być ostrzeżeniem. Zamiast tego dla wielu stał się sprawdzianem. Sprawdzianem tego, czy przynależność liczy się bardziej niż prawda, czy hasła są ważniejsze od rzeczywistości, czy akceptacja jest ważniejsza od zasad. Zbyt wielu tego sprawdzianu nie zdało.

Tragedia nie polega na tym, że pewnego dnia mogą odkryć, iż byli wykorzystywani. Tragedia polega na tym, że kiedy to odkryją, cenę będą już płacić ludzie daleko wykraczający poza ich własne grono.

Historii nigdy nie kształtowali wyłącznie fanatycy. Znacznie częściej kształtowali ją zwyczajni ludzie, którzy wmówili sobie, że zadawanie trudnych pytań jest mniej ważne niż akceptacja tłumu.

Pożyteczny idiota rzadko jest celem podróży. Jest mostem.

Tragedia polega na tym, że nasze społeczeństwo przechodzi po tym moście razem z nim.


Link do oryginału: https://www.israelnationalnews.com/news/428694?utm_source=substack&utm_medium=email

Israel National News, 16 czerwca 2026

Leo Pearlman jest londyńskim producentem oraz otwarcie i dumnie deklarującym się syjonistą. Jego film o masakrze na festiwalu muzycznym Nova 7 października, We Will Dance Again, zdobył w 2025 roku nagrodę Emmy podczas 46. dorocznej gali News & Documentary Emmy Awards w kategorii „Outstanding Current Affairs Documentary”.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Radical Anti-Israel Groups Fail ‘Coordinated Campaign’ to Kill ‘NAZA’ Counter-Documentary After US Premiere


Radical Anti-Israel Groups Fail ‘Coordinated Campaign’ to Kill ‘NAZA’ Counter-Documentary After US Premiere

Shiryn Ghermezian


“NAZA: The Real Story.” Photo: Provided

The website for a film that defends Israel’s military against accusations made in the “NAZA” documentary was targeted by “radical Islamist groups” this week that tried to prevent the public from watching the film, Israel’s Ministry of Foreign Affairs (MFA) confirmed early Wednesday morning.

The 49-minute documentary “NAZA: The Real Story” features first-hand testimonies from senior commanders in the Israel Defense Forces (IDF) and intelligence officers who ran operations and fought in the Gaza Strip against Hamas terrorists who orchestrated the deadly attacks in southern Israel on Oct. 7, 2023. Released in September, the documentary was created by three Israelis, including IDF reservist officers, and is available to watch for free online on its website. It has already been viewed more than 43 million times, according to the site. The film made its US premiere on Monday night in New York City.

The MFA wrote in a post on X that extremist Islamist groups launched a coordinated attack against the film but failed in their efforts to bury the documentary and prevent viewers from watching it. The film was attacked by thousands of anti-Zionist bots and social media users, and its website was falsely reported as dangerous.

“This morning, the Israeli documentary production was temporarily taken offline following a coordinated campaign by radical Islamist groups. Apparently, exposing what happened in Gaza and backing it up with evidence was a little too inconvenient,” said the MFA. “Unfortunately for them, the film is now back online. Join the millions who’ve already watched.”

In “NAZA: The Real Story,” senior IDF officials, who are identified, defend Israel’s military actions in Gaza by discussing how Hamas operates in civilian areas, how the IDF acts to prevent harm to civilians, rules of engagement, the hostage situation, and the handling of aid trucks, among other topics. The documentary was made in direct response to the award-winning documentary “NAZA,” in which anonymous Israeli sources accuse the IDF of deliberately targeting Palestinian civilians in the Gaza Strip. The original “NAZA” was directed by Yuval Abraham and Rachel Szor, and produced with The Guardian.

Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu has ordered the country’s attorney general and the head of the Shin Bet security service to launch an investigation that will reveal the identities of the IDF sources interviewed in “NAZA,” and prosecute them for “serious information security offenses, criminal defamation, and harm to Israel’s political and security interests.”

“The film presents a false, misleading, and biased plot that defames the State of Israel and the IDF in the world and severely damages Israel’s standing,” Netanyahu said. “We will always stand with our beloved and heroic fighters!”

The first US screening of “NAZA: The Real Story” took place on Monday night in New York City and was led by the Israeli-American Council (IAC), which is the largest Israeli-American community organization in the country. Following the screening, the film’s two co-creators — Roi Danino, an IDF reserve lieutenant colonel, and Ariel Averbuch, an IDF reserve major — talked about their personal experiences during the Israel-Hamas war that started after the massacre on Oct. 7, 2023, and answered questions from the audience. Averbuch described the persuasion techniques used in “NAZA” to convince audiences and make Israel look like the enemy.

“I sat and watched it, and I can tell you honestly — if I had not known the truth, I would have left that screening 100 percent convinced that the Jews, the Israelis, and the IDF are Nazis in the fullest sense of the word,” he admitted. “And the most important thing to understand is that ‘NAZA’ has not yet been released to the general public – it is expected to have its public release in early November, and we estimate that tens of millions of people will watch it. That is exactly why ‘NAZA: The Real Story’ is a tool for all of us, because what is coming is a tsunami of blood libels, and we must be prepared to dismantle it.”

The IAC organized a protest outside the North American premiere of “NAZA” in late September. Trucks mounted with LED screens parked outside Manhattan’s Lincoln Center, where the screening took place, showed raw footage from the Oct. 7 attack captured by Hamas terrorists themselves and IDF soldiers, along with materials that discredit the film’s claims. The IAC has since organized similar protests at “NAZA” screenings in the Hamptons, San Francisco, Los Angeles, and Massachusetts. The pro-Israel organization said its protests do not aim to prevent the film from being shown, but rather they urge audiences to learn all the facts about what transpired during the Oct. 7 attack and its aftermath, especially the context and details disregarded in the “NAZA” film.

“There is a dangerous moment in the life of a lie – the moment when people stop asking whether it is true,” Noa Peri-Jensch, IAC’s chief communities officer, said at Monday’s screening of “NAZA: The Real Story.”

“For centuries, Jews were accused of murdering children for their blood – an accusation that did not need to be true, only to be believed. During the Holocaust, reports of the persecution and murder of Jews reached the American press, yet knowledge still did not turn into action,” Peri-Jensch added. “History teaches us what happens when a lie goes unanswered. Today, lies move faster than ever – an edited clip, a missing fact, an accusation repeated until it sounds like proof. The demonization of Israel surrounding ‘NAZA’ echoes that very same pattern, and we will not let it go unanswered.”


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Why the UK’s New Plan Will Not Bring Peace to the Middle East


Why the UK’s New Plan Will Not Bring Peace to the Middle East

Chaim Lax


Britain’s Foreign Secretary Ed Miliband speaks at the House of Commons in London, Britain, Sept. 8, 2026. Photo: HOUSE OF COMMONS/Handout via REUTERS

The foreign ministers of the United Kingdom, France, Canada, and several other European nations recently announced sanctions, or plans for future sanctions, on goods originating in Israeli communities in the West Bank/Judea and Samaria.

According to a statement published by the group, this extreme step is necessary because the chances of a two-state solution are slipping away.

Faced with settler violence and the growth of Jewish communities across the territory, these foreign ministers apparently believe the best way to save the two-state solution is to penalize Israeli citizens and companies operating beyond the Green Line.

Setting aside questions about the prevalence of settler violence or the impact of growing settlements on the future of the territory, there is a more fundamental question these politicians need to answer: Will the punitive measures they have chosen actually bring a two-state solution any closer?

Are they an annoyance to Israel and the Israeli government? Certainly.

Will they change Israeli policy toward the West Bank? Unclear.

But even if Israel were to drastically change its policies because of these sanctions, would a two-state solution suddenly materialize? Doubtful.

That is because, in announcing these measures, these countries have concentrated almost entirely on finding fault with Israel while ignoring the radicalism, corruption, and violence that permeate the Palestinian Authority (PA).

It takes two sides to reach a peaceful resolution to the Israeli-Palestinian conflict. Yet by focusing solely on perceived Israeli failings, the foreign ministers of the United Kingdom, France, Canada, and their European counterparts have shown themselves to be unserious advocates for peace.

Instead, they are promoting one-sided measures that will do little to advance a resolution while allowing Western politicians to present themselves as being at the forefront of international diplomacy.

If these countries truly cared about advancing a two-state solution, as they claim, they would also take a serious look at sanctioning the PA.

After all, if sanctions are warranted over the violent actions of a small number of Israeli citizens and the growth of Jewish communities in Judea and Samaria because these are supposedly grave obstacles to peace, what about the PA’s own actions?

The PA continues to subsidize the families of terrorists and imprisoned terrorists. It promotes violent indoctrination through official institutions. It suffers from rampant corruption, lacks functioning democratic institutions, represses political opponents, and has a long history of sabotaging efforts to reach an agreement with Israel.

Surely these are also impediments to any future peace.
.

If a two-state solution remains possible at all in a post-Oct. 7 world, it will only emerge after difficult discussions with both Israelis and Palestinians.

These sanctions do the exact opposite.

Rather than creating a process in which both sides are forced to confront difficult realities and negotiate seriously, these Western governments remove agency from the Palestinians while placing virtually all responsibility for the conflict on Israel.

That distortion serves little purpose beyond soothing the consciences of politicians who can then claim they are advancing the cause of peace without demanding anything meaningful from one of the parties supposedly required to make that peace possible.

Sanctions against Israeli settlements are not responsible statecraft. They are political theater.

Instead of bringing a peaceful resolution to the conflict any closer, the actions of the UK, France, Canada, and other Western governments risk doing the opposite: rewarding Palestinian intransigence, hardening positions, and helping entrench the conflict for years to come.


The author is a contributor to HonestReporting, a Jerusalem-based media watchdog with a focus on antisemitism and anti-Israel bias — where a version of this article first appeared.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Klątwa pożytecznego idioty

Zack Polanski – wzorowy użyteczny idiota. (Zrzut z ekranu)


Klątwa pożytecznego idioty

Leo Pearlman


Pożyteczny idiota jest jedną z najbardziej trwałych postaci w historii. Pojawia się w każdym pokoleniu, w każdej ideologii i w każdym ruchu politycznym. Nie definiuje go to, w co wierzy, lecz to, do czego można go wykorzystać. Byłby jedną z wielkich komicznych postaci historii, gdyby nie był tak niebezpieczny.

Pożyteczny idiota rzadko jest głupi. Przeciwnie, wielu z nich to ludzie inteligentni, elokwentni i często świetnie wykształceni. Można ich znaleźć na uniwersytetach, w zarządach firm, partiach politycznych, organizacjach aktywistycznych i instytucjach medialnych. Tym, co ich wyróżnia, nie jest brak inteligencji, lecz brak ciekawości – albo, mówiąc dokładniej, lęk przed ciekawością.

Pożyteczny idiota boi się informacji, które mogłyby skomplikować jego obraz świata. Unika rozmów podważających jego założenia, szukając raczej potwierdzenia niż zrozumienia, pewności zamiast prawdy.

Dla poprzednich pokoleń edukacja była często procesem odkrywania, jak wiele się nie wie. Dziś dla wielu stała się procesem uczenia się, jakie poglądy można bezpiecznie wyznawać. Pierwsze kształtuje ludzi myślących samodzielnie, drugie – naśladowców.

Pożyteczny idiota nie boi się, że może nie mieć racji. Boi się odkrycia, że jego przeciwnicy mogą nie być całkowicie w błędzie. Bo takie odkrycie zagraża czemuś znacznie ważniejszemu niż argumentacja – zagraża przynależności. A właśnie przynależność leży w samym sercu tego zjawiska.

Pożyteczny idiota chce być akceptowany, potrzebuje należeć do „tych dobrych”, łaknie aprobaty tłumu. A przede wszystkim pragnie pewności. Chce świata schludnie podzielonego na dobrych i złych, ciemiężycieli i uciskanych, ofiary i złoczyńców.

Rzeczywistość rzadko jest tak prosta, ale pożyteczny idiota nie może sobie pozwolić na złożoność. Złożoność wymaga myślenia, myślenie rodzi wątpliwości, wątpliwości zagrażają przynależności, a przynależność coraz częściej jest walutą współczesnego aktywizmu.

I właśnie tutaj zaczyna się manipulacja, ponieważ pożyteczny idiota nie tylko się myli – jest wykorzystywany. Na tym polega cała rzecz, bo jego wartość nie tkwi w mądrości, wiedzy czy osądzie, lecz w zdolności do dostarczania legitymizacji.

Jeśli chcesz atakować Żydów, znajdź Żyda. Jeśli chcesz atakować kobiety, znajdź kobietę. Jeśli chcesz atakować prawa gejów, znajdź gejowskiego aktywistę. Jeśli chcesz atakować demokrację, znajdź demokratę.

Pożyteczny idiota staje się żywą tarczą, certyfikatem autentyczności, przepustką.

„Jak to może być antysemityzm? Przecież razem z nami maszerują Żydzi”.

„Jak to może być mizoginia? Przecież kobieta się z nami zgadza i stoi po naszej stronie”.

„Jak to może być homofobia? Przecież on stoi na naszym czele”.

Sama sprzeczność staje się produktem. Zjawisko to stało się tak powszechne, że niemal przestało zwracać uwagę. Zwrot „Jako Żyd…” stał się wręcz osobnym gatunkiem dyskursu politycznego.

Rzadko chodzi tu o fachową wiedzę. Chodzi o rozgrzeszenie. Taka osoba nie znajduje się tam dlatego, że rozumie problem lepiej niż wszyscy inni. Jest tam po to, by pozwolić wszystkim pozostałym przestać myśleć – albo, w wielu przypadkach, w ogóle nie zaczynać.

Pożyteczny idiota bierze to za akceptację. Ale to nie jest akceptacja. Akceptacja oznacza, że jesteś ceniony za to, kim jesteś. Użyteczność oznacza, że jesteś ceniony za to, co możesz zrobić dla kogoś innego.

Pierwsze jest bezwarunkowe. Drugie ma termin ważności.

7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Ujawnił go. A właściwie ujawnił ich miliony. To, co nastąpiło po masakrze, było jednym z najbardziej niezwykłych politycznych przegrupowań we współczesnej historii Zachodu.

Powstała burza doskonała: część progresywnej lewicy zaczęła maszerować ramię w ramię z ruchami islamistycznymi.

Organizacje walczące o prawa kobiet miały trudności z potępieniem zorganizowanych gwałtów i przemocy seksualnej wobec izraelskich kobiet.

Organizacje LGBTQ entuzjastycznie sprzymierzały się ze sprawami, których ideologie polityczne uznawałyby homoseksualizm za przestępstwo i karały homoseksualistów śmiercią przez powieszenie.

Obrońcy praw człowieka zaczęli bronić organizacji otwarcie odrzucających wiele praw, których sami rzekomo bronią.

Sprzeczność była oczywista, a jednak miliony ludzi zdawały się jej nie dostrzegać – albo nie chciały jej dostrzec. Bo kiedy przynależność staje się ważniejsza niż prawda, rzeczywistość staje się negocjowalna.

Pożyteczny idiota przestaje pytać: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”. Zamiast tego pyta: „Co pomyśli o mnie moje plemię, jeśli zacznę ich kwestionować?”.

Ta jedna zmiana wyjaśnia wiele ze współczesnego aktywizmu. Pożyteczny idiota ocenia ruchy według tego, jak współczująco brzmią, nigdy zaś według tego, co się dzieje, kiedy zdobywają władzę.

I tu dochodzimy do brytyjskiego polityka z Partii Zielonych, Zacka Polanskiego.

Gdyby komuś powierzono zadanie skonstruowania w laboratorium idealnego pożytecznego idioty, rezultat mógłby wyglądać uderzająco podobnie.

Gej, Żyd i progresywny polityk, entuzjastycznie uczestniczący w koalicjach politycznych, w których znajdują się ludzie celebrujący 7 października, broniący Hamasu lub sprzymierzający się z ruchami zasadniczo wrogimi zarówno żydowskiemu samostanowieniu, jak i równouprawnieniu osób LGBT.

Ironia jest niemal zbyt doskonała. Żyd i homoseksualista prowadzący kampanię u boku ludzi, których ideologiczni pobratymcy mieliby niewiele cierpliwości zarówno dla jego żydowskości, jak i homoseksualności.

A jednak właśnie ta sprzeczność czyni go tak wartościowym. Jego żydowskość, seksualność i poglądy polityczne zapewniają legitymizację. Jest użyteczny nie pomimo tych cech, lecz właśnie dzięki nim.

Pożyteczny idiota jest zawsze cenniejszy, kiedy można go pokazać palcem. „Widzicie? To przecież nie może być antysemityzm”. „Widzicie? To przecież nie może być homofobia”. „Widzicie? Jeden z nich się z nami zgadza”.

Jest jeszcze jedna cecha pożytecznego idioty, której poświęca się znacznie mniej uwagi:

Jego użyteczność często rośnie, kiedy cierpi. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że jest częścią ruchu. W rzeczywistości często jest surowcem, którym ruch się żywi.

Jego aresztowanie staje się okrzykiem mobilizującym zwolenników. Jego zawieszenie – apelem o datki. Jego zwolnienie z pracy – dowodem prześladowania. Jego uwięzienie – narzędziem rekrutacji. Ruch pochłania jego ofiarę i przetwarza ją w energię. Jednostka płaci cenę, organizacja inkasuje dywidendę.

Skuteczny aktywista jest użyteczny. Ofiara jest bezcenna.

Dlatego tak wiele ruchów z większym entuzjazmem celebruje swoich męczenników niż własne sukcesy. Uwięziony aktywista, wyrzucony student, aresztowany demonstrant, napiętnowany wykładowca. Ich cierpienie staje się kapitałem politycznym, ich ofiara – strategią marketingową.

Pożyteczny idiota bierze ten proces za solidarność. Często jest to po prostu eksploatacja. Jego poświęcenie nie jest niefortunnym skutkiem ubocznym działalności ruchu – jest jednym z jego najcenniejszych aktywów. A ponieważ nauczono go, że cierpienie jest dowodem zaangażowania, staje się jeszcze bardziej lojalny. Im więcej traci, tym bardziej jest przekonany. Im więcej poświęca, tym bardziej czuje się sprawiedliwy. Im surowiej jest karany, tym większą ma pewność, że stoi po właściwej stronie historii.

Ruch rozumie to instynktownie. Pożyteczny idiota – rzadko.

I tu dochodzimy do publicysty „Guardiana”, Owena Jonesa.

Jego doświadczenie po wizycie na Buttmitzvah, queerowej żydowskiej imprezie klubowej w Londynie, było drobną, lecz doskonałą ilustracją szerszego zjawiska.

Przez lata Jones prezentował nienaganne antysyjonistyczne referencje. Przejął odpowiedni język, popierał właściwe sprawy i z niesłabnącą obsesją atakował zatwierdzone cele. A jednak wystarczyło, że pojawił się na żydowskiej imprezie, by niektórzy zwrócili się przeciwko niemu.

Jego reakcja była znamienna: zdziwienie, rozczarowanie, poczucie zdrady. Oczywiście nie powinien był być zaskoczony. Pożyteczny idiota często dopiero za późno odkrywa, że tłum, który mu klaskał, nigdy naprawdę go nie akceptował. Po prostu uważał go za użytecznego.

Lekcja, którą Owen odebrał w miniaturze, jest tą samą lekcją, której historia raz po raz udziela w pełnej skali. Pożyteczny idiota wyobraża sobie, że lojalność zostanie w końcu odwzajemniona. Historia sugeruje coś innego. Bo pożyteczny idiota nigdy nie jest partnerem. Jest narzędziem. Dziś jest przydatny do atakowania kogoś innego. Jutro staje się zbędny i sam znów staje się celem.

Historia już spotykała pożytecznego idiotę.

Spotkała go w zachodnich intelektualistach gloryfikujących Stalina, podczas gdy miliony ludzi znikały w gułagach. Spotkała go w świeckich rewolucjonistach maszerujących u boku islamistów w Teheranie, przekonanych, że wspólnie budują tę samą przyszłość. Spotkała go w idealistycznych studentach rewolucji kulturalnej Mao, którzy z entuzjazmem burzyli stary świat, zanim rewolucja zwróciła uwagę na nich samych.

Flagi były inne, hasła były inne, rezultat – uderzająco podobny. Pożyteczny idiota zawsze jest przekonany, że pomaga budować lepszy świat. Tragedia polega na tym, że rzadko zatrzymuje się, by zapytać, jaki świat zamierzają zbudować ludzie, których wzmacnia, kiedy już zwyciężą.

I dlatego Dearborn ma znaczenie.

Przez lata wielu ludzi na progresywnej lewicy przekonywało samych siebie, że wszystkie grupy mniejszościowe w naturalny sposób podzielają te same wartości i aspiracje. Potem pojawiły się kwestie dotyczące seksualności, edukacji, religii i wolności słowa. Nagle grupy, które wcześniej maszerowały razem, odkryły, że wyobrażają sobie zupełnie inne społeczeństwa.

Koalicja działała doskonale, dopóki miała charakter symboliczny. Stało się znacznie trudniej, kiedy wkroczyła polityczna rzeczywistość.

Dearborn nie jest wyjątkiem. Jest zapowiedzią kierunku, w którym zmierzają wydarzenia. Tak właśnie wygląda zderzenie haseł z władzą, kiedy sojusz zbudowany wyłącznie na wspólnym sprzeciwie zostaje zmuszony do odpowiedzi na znacznie trudniejsze pytanie:

Co właściwie próbujecie zbudować?

To pytanie dotrze również do Wielkiej Brytanii, ponieważ istnieje zasadnicza różnica między wspólnym występowaniem przeciwko czemuś a zgodą co do tego, co powinno owo coś zastąpić.

Pożyteczny idiota nigdy nie rozumie tej różnicy. Zakłada, że wszyscy podzielają jego wartości, że wszyscy chcą tej samej przyszłości, że lojalność zostanie w końcu nagrodzona. Zamiast tego odkrywa, że użyteczność ma termin ważności.

7 października nie stworzył pożytecznego idioty. Obnażył go. Pokazał, jak wielu ludzi tak rozpaczliwie pragnie przynależeć, że przestało zadawać najważniejsze ze wszystkich pytań politycznych: „Co się stanie, jeśli ci ludzie zwyciężą?”.

Ujawnił pokolenie gotowe oceniać ruchy według tego, jak współczująco brzmią, zamiast według tego, jakie społeczeństwa chcą zbudować. Pokolenie gotowe usprawiedliwiać mizoginię, homofobię, autorytaryzm i przemoc, pod warunkiem że zostaną opakowane we właściwe hasła.

Niektórzy w końcu dostrzegą tę sprzeczność. Wielu nie dostrzeże jej nigdy. Historia podpowiada, że kiedy wreszcie ją dostrzegają, często jest już za późno. Bo pożyteczny idiota rzadko jest ostatnią ofiarą sił, które sam wzmacnia. Jest po prostu pierwszą.

Wolności, które pomaga podkopywać, prawdy, które pomaga tłumić, i instytucje, które pomaga osłabiać, nie znikają wraz z nim. Stają się dziedzictwem następnego pokolenia. I właśnie na tym polega prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie na krzywdzie, którą pożyteczny idiota wyrządza samemu sobie, lecz na szkodach, które pozwala wyrządzić innym, kiedy już pomoże im dotrzeć tam, dokąd chcieli dojść.

7 października powinien był być ostrzeżeniem. Zamiast tego dla wielu stał się sprawdzianem. Sprawdzianem tego, czy przynależność liczy się bardziej niż prawda, czy hasła są ważniejsze od rzeczywistości, czy akceptacja jest ważniejsza od zasad. Zbyt wielu tego sprawdzianu nie zdało.

Tragedia nie polega na tym, że pewnego dnia mogą odkryć, iż byli wykorzystywani. Tragedia polega na tym, że kiedy to odkryją, cenę będą już płacić ludzie daleko wykraczający poza ich własne grono.

Historii nigdy nie kształtowali wyłącznie fanatycy. Znacznie częściej kształtowali ją zwyczajni ludzie, którzy wmówili sobie, że zadawanie trudnych pytań jest mniej ważne niż akceptacja tłumu.

Pożyteczny idiota rzadko jest celem podróży. Jest mostem.

Tragedia polega na tym, że nasze społeczeństwo przechodzi po tym moście razem z nim.


Link do oryginału: https://www.israelnationalnews.com/news/428694?utm_source=substack&utm_medium=email

Israel National News, 16 czerwca 2026

Leo Pearlman jest londyńskim producentem oraz otwarcie i dumnie deklarującym się syjonistą. Jego film o masakrze na festiwalu muzycznym Nova 7 października, We Will Dance Again, zdobył w 2025 roku nagrodę Emmy podczas 46. dorocznej gali News & Documentary Emmy Awards w kategorii „Outstanding Current Affairs Documentary”.



Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Historyczka: W Niemczech długo dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności za zbrodnie

Okupacja niemiecka podczas II wojny światowej – egzekucja Polaków. Fot. PAP/PAI/Reprodukcja


Historyczka: W Niemczech długo dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności za zbrodnie

Józef Krzyk


– W powojennych Niemczech przez długi czas dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności. Zbrodnie przypisywano abstrakcyjnemu „nazizmowi”, wąskiej grupie przywódców albo aparatowi SS – mówi w rozmowie z PAP dr Joanna Nikel z Instytutu Pileckiego w Warszawie.

Archiwum Instytutu Pileckiego otrzymało dotąd niepublikowane i nieznane wspomnienia niemieckiego urzędnika, który podczas II wojny światowej pracował w administracji cywilnej Generalnego Gubernatorstwa. Materiał jest obecnie opracowywane przez dr Joanną Nikel. Rezultatem badań będzie artykuł naukowy, który najprawdopodobniej na początku przyszłego roku zostanie opublikowany w recenzowanym czasopiśmie naukowym.

PAP: Jak to się stało, że wspomnienia urzędnika niemieckiego z czasów okupacji niemieckiej trafiły do Instytutu Pileckiego?

Dr Joanna Nikel: To ogromna zasługa dyrekcji naszego Instytutu, przede wszystkim stojącej na czele berlińskiego oddziału IP Hanny Radziejowskiej i jej zespołu. To dzięki ich pracy Instytut Pileckiego w Berlinie zdobył taką renomę, że osoba, która w swoich rodzinnych archiwach znalazła dotyczące II wojny światowej wspomnienia swojego przodka, postanowiła je przekazać właśnie nam, a nie innej placówce.

PAP: Co wiadomo o autorze wspomnień?

J.N.: Osoba, która przekazała nam jego wspomnienia, zastrzegła że nie możemy ujawnić nazwiska. Urodził się w 1914 roku w Dolnej Saksonii i pochodził z rodziny o bardzo bogatym kapitale kulturowym. Jego ojciec był dyplomowanym kupcem i ekonomistą, pracował m.in. w Chinach, gdzie autor interesujących nas wspomnień spędził dzieciństwo, a następnie wrócił do Niemiec, skończył studia i zrobił doktorat. Miał pewne problemy kardiologiczne, a chcąc uniknąć poboru do wojska w 1943 roku postarał się o posadę urzędnika w Generalnym Gubernatorstwie. W ten sposób na kilka miesięcy trafił do Radomia, a w czerwcu 1944 r. został wysłany na front, w następstwie czego finalnie trafił do francuskiej niewoli.

Udało się ustalić, że po wojnie przeszedł proces denazyfikacji i został całkowicie oczyszczony, nie było przeciwko nim prowadzone żadne śledztwo, nie miał żadnych zarzutów.

PAP: Swoich wrażeń z pobytu w okupowanej przez Niemcy Polsce nie spisywał na bieżąco. Zrobił to dopiero po wojnie. Co w tych wspomnieniach jest najciekawsze? Jak one świadczą o ich autorze?

J.N.: Najbardziej uderzające jest właśnie to, czego w tych wspomnieniach brakuje: mimo że autor zetknął się z biedą Polaków, przemocą i wiedzą o Zagładzie, doświadczenia te nie prowadzą go do zakwestionowania systemu, którego sam był częścią. Znacznie chętniej obserwuje innych Niemców – urzędników, policjantów czy żołnierzy Wehrmachtu – i opisuje ich zachowania, nadużycia oraz krytyczne uwagi pod adresem Hansa Franka. Do takich powojennych deklaracji trzeba jednak podchodzić ostrożnie: krytyka nieżyjącego już Franka nie wiązała się wówczas z żadnym ryzykiem.

Bardzo dobrze znał też realia okupacyjnej codzienności. Wiedział, co oznacza kupowanie „na lewo” i że niemieccy urzędnicy mogą dzięki czarnemu rynkowi zdobyć właściwie wszystko – i sam z tych możliwości korzystał. Właśnie ta zwyczajność jest w jego relacji szczególnie znacząca: pokazuje, jak łatwo przemoc, przywilej i eksploatacja stawały się elementami normalnego życia okupanta.

PAP: Był zagorzałym nazistą?

J.N.: Trudno to zweryfikować tylko na podstawie treści jego wspomnień, choć wybrzmiewa z nich narodowosocjalistyczny światopogląd. Z przeprowadzonych kwerend archiwalnych udało się ustalić że w 1933 roku wstąpił do SS, a był również członkiem NSDAP.

Oczywiście, wśród członków tych formacji zdarzały się osoby które przystępowały tam kierując się koniunkturalizmem. Dotyczyło to jednak głównie tych, którzy sięgali po partyjną legitymację i zakładali czarny mundur wtedy gdy wiązało się to z udziałem w pewnych profitach.

W NSDAP w szczytowym momencie było aż 8,5 mln Niemców. Jedni byli zagorzałymi wyznawcami hitleryzmu, a inni tylko liczyli na awans.

PAP: Jaki obraz polskiej rzeczywistości okupacyjnej wyłania się z tych wspomnień?

J.N.: Pewnym utrudnieniem jest to, że nie pojawia się w nich żadna data. Z treści wynika jednak, że autor pojawił się w okupowanym Radomiu już po zakończeniu Akcji Reinhardt – czyli deportacji Żydów do obozów zagłady. Informacje te potwierdziły dalsze kwerendy archiwalne. Nie brał więc bezpośredniego udziału w holokauście, ale zdawał sobie sprawę z tego, co zaszło. Kompletnie pijani żołnierze jadący na przepustkę opowiedzieli mu z detalami o mordowaniu Żydów na Białorusi, ale skłoniło go to tylko do myśli o tym, co się stanie z Niemcami po wojnie.

Od tego, co się działo z Żydami i Polakami, bardziej jednak zajmowała go sytuacja Niemców. Od pewnego momentu dostrzegał już, że III Rzesza wojnę przegrywa. Widział odwrót Wehrmachtu i był świadkiem pogarszających się nastrojów, ale też coraz bardziej bezwzględnej grabieży. Wielu Niemców wokół niego wychodziło z założenia, że trzeba się szybko wzbogacić. Na porządku dziennym były korupcja i pijaństwo.

PAP: A autor wspomnień był tylko świadkiem, czy może też brał w tym udział?

J.N.: Był częścią tego systemu. Wspominał chociażby o olbrzymim bagażu, z jakim wyjeżdżał na święta do rodziny, z produktami spożywczymi, które nie były wtedy powszechnie dostępne. Nie widać w tych zapiskach jednak refleksji, który by świadczyła że miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Wychodził z założenia, że ponoszącym koszty wojny Niemcom coś się należy, że to oni są ofiarami i trzeba ulżyć rodzinom w bombardowanej przez wroga Rzeszy.

A jednocześnie widział ogromną degradację materialną i zubożenie ludności polskiej. Przyglądał się głodującym dzieciom, ale nie ma w tych zapiskach żadnej konstatacji, która byłaby dowodem jego świadomości, że to Niemcy są odpowiedzialni za tę sytuację. Był zaledwie urzędnikiem niższego szczebla, ale i tak znajdował się w sytuacji uprzywilejowanej. Przynajmniej w porównaniu do tego, z czym musiała się wtedy mierzyć większość żyjących pod okupacją niemiecką Polaków.

PAP: Na czym polega wartość tych wspomnień? 

J.N.: Są one cennym źródłem pokazującym mentalność i światopogląd Niemców na terenie okupowanej przez III Rzeszę Polski. Jeśli potraktować te wspomnienia jako próbę powojennego rachunku sumienia, jest to dokument przygnębiający właśnie przez brak głębszej refleksji nad własnym miejscem w systemie okupacyjnym. Pod tym względem autor nie był jednak wyjątkiem. W powojennych Niemczech przez długi czas dominowały strategie dystansowania się od osobistej odpowiedzialności: zbrodnie przypisywano abstrakcyjnemu „nazizmowi”, wąskiej grupie przywódców albo aparatowi SS i policji, znacznie rzadziej pytając o udział zwykłych urzędników, prawników, przedsiębiorców czy funkcjonariuszy administracji.

Także historiografia długo znacznie lepiej znała struktury niemieckiego aparatu okupacyjnego niż ludzi, którzy wprawiali je w ruch. Potrafimy opisać instytucje, kompetencje i mechanizmy terroru, ale zejście z poziomu Hansa Franka czy najwyższych dowódców SS do poziomu konkretnych urzędników, starostów, policjantów i funkcjonariuszy odpowiedzialnych za konkretne decyzje pozostaje znacznie trudniejsze.

PAP: Czy to zaniedbanie historyków?

J.N.: Nie postrzegałabym tego jako zaniedbania polskiej historiografii. Po 1945 r. prawda historyczna i możliwość dochodzenia odpowiedzialności zostały w znacznej mierze zakładnikami nowego podziału politycznego Europy. Polska znalazła się w bloku sowieckim, podczas gdy ogromna część byłych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu państwowego żyła w RFN. Przez dziesięciolecia nie istniały warunki do normalnej współpracy archiwalnej, badawczej i prawnej między oboma państwami. Z kolei NRD budowała swoją legitymizację na micie państwa antyfaszystowskiego, co również nie sprzyjało całościowemu rozliczeniu niemieckiego społeczeństwa z nazistowską przeszłością.

Polscy badacze wykonywali w tym czasie fundamentalną pracę dokumentacyjną: ustalali skalę zbrodni, identyfikowali ofiary, miejsca egzekucji i struktury aparatu okupacyjnego. Znacznie trudniejsze było natomiast przeprowadzenie tego, co dziś nazwalibyśmy badaniem sprawców – połączenie konkretnej zbrodni lub decyzji z biografią konkretnego człowieka, jego wojenną działalnością, a następnie powojenną karierą. Dokumentacja potrzebna do takiej rekonstrukcji pozostawała rozproszona po obu stronach żelaznej kurtyny. Dlatego jednym z ważnych zadań współczesnych badań jest dziś przywrócenie zbrodniom i polityce okupacyjnej ich personalnego wymiaru: za strukturami, rozporządzeniami i statystykami stali przecież konkretni ludzie, podejmujący konkretne decyzje. (PAP)


Dr Joanna Nikel jest badaczką historii Niemiec i totalitaryzmów XX wieku, ekspertką Instytutu Pileckiego w zakresie Täterforschung (badań nad sprawcami).


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com