Samobójcza religia buntu

Photo: Le Parisien, Le Figaro, Le Monde, Libération.


Samobójcza religia buntu

Anna Grabowska (Anne Goldschmid)


Nie mam już najmniejszej ochoty słuchać kolejnego wykładu o tym, że przede wszystkim należy “zrozumieć gniew młodzieży”. Rozumiem go doskonale i chyba właśnie dlatego jestem jeszcze bardziej wściekła na to, co widzę. Francuska szkoła od lat się degraduje. Nauczycieli brakuje, a w części placówek faktycznie na zastępstwo można czekać tygodniami. Uczniowie mają przeładowane plany i coraz częściej funkcjonują w budynkach, o których stanie władze przypominają sobie dopiero wtedy, kiedy zaczynają odpadać sufity. Do tego dochodzi Parcoursup, centralny system rekrutacji na studia, który potrafi miesiącami trzymać maturzystę w niepewności, bo młody człowiek składa papiery i później obserwuje, czy uczelnia go przyjmie oraz jak przesuwa się na liście. Tak, przy francuskiej tradycji do manifesowania to wszystko jest wystarczającym powodem, żeby wyjść na ulicę i zrobić politykom piekło. Nie potrafię natomiast zrozumieć, w jaki sposób z braku pieniędzy na szkołę pojawił się pomysł, żeby tę szkołę jeszcze podpalić.

Liceum Nelson-Mandela w Nantes jest chyba najlepszą fotografią francuskiego absurdu roku 2026. Ogień zniszczył całe wejście, przedarł się do wnętrza i do pracowni z komputerami, więc szkoła nie będzie mogła normalnie przyjąć ponad 1700 uczniów i studentów aż do ferii na Wszystkich Świętych. Ludzie wyszli walczyć o lepsze warunki nauki i efektem jest szkoła, w której przez następne tygodnie w ogóle nie da się normalnie uczyć. Jeśli ktoś chciał stworzyć metaforę kraju, który protestuje przeciwko własnej degradacji, degradując się jeszcze szybciej, zrobił to naprawdę perfekcyjnie. Odbudowę będzie trzeba sfinansować z tych samych pieniędzy, których podobno na edukację brakuje, a przecież do rachunku dochodzą jeszcze wszystkie konsekwencje interwencji i późniejszej organizacji nauki. Nie wiem, ile trzeba mieć pogardy dla wspólnego dobra, żeby krzyczeć o braku środków na szkołę, a kilka minut później patrzeć, jak ta szkoła płonie.

A już szczególnie obrzydliwie wygląda to, co wydarzyło się dziś w Belfort. Policjant w cywilu działający w okolicach liceum Gustave-Courbet został zaatakowany, przewrócony na ziemię i bity przez kilku ludzi. Jeden walił go pięściami w głowę, drugi kopał. Funkcjonariusz trafił do szpitala, zostało wszczęte śledztwo o usiłowanie zabójstwa. Jednego podejrzanego zatrzymano. To nie jest już rozbrykany siedemnastolatek przewracający śmietnik, którego zaraz będziemy przez godzinę diagnozować społecznie. Człowiek leżał na ziemi i był kopany w głowę przez grupę napastników. W tle słychać wyzwiska pod adresem policji. I właśnie w takich dniach lider największej partii radykalnej lewicy uznaje, że właściwą rzeczą jest opowiadać młodym ludziom przede wszystkim o “policyjnej dzikości”.

Mélenchon (LFI) mógł wykorzystać ogromny wpływ, jaki ma na młodzież, żeby wyhamować tę sytuację. Doskonale wie, że dla znacznej części młodych Francuzów jest politycznym autorytetem i że jego słowa nie znikną po konferencji prasowej. A mimo to wezwał swoich ludzi do “stawienia czoła policyjskiej dzikości” i dorzucił, że “nie będzie ani zapomnienia, ani przebaczenia”. W tamtym momencie jakoś nie znalazł równie mocnych słów dla przemocy manifestantów. Dopiero następnego dnia, kiedy polityczny smród zrobił się trudny do zniesienia, pojawiło się zapewnienie LFI o “niestosowaniu przemocy”. Znam ten numer. Najpierw należy powiedzieć rozwścieczonym ludziom, kto jest ich wrogiem i dlaczego gniew jest uzasadniony, a następnego dnia, najlepiej małym drukiem, przypomnieć, że właściwie wszyscy jesteśmy zwolennikami pokoju. Jakże wygodna metoda prowadzenia polityki, szczególnie kiedy to cudze dzieci stoją na ulicy, a samemu stoi się przy mikrofonie.

Bally Bagayoko, mer Saint-Denis z LFI, dostarczył do tego widowiska obrazka, którego nie wymyśliłby nawet wyjątkowo złośliwy satyryk. Mer miasta stoi obok płonącego kosza, jest oklaskiwany przez manifestujących i uradowany tańczy. To człowiek sprawujący władzę samorządową, a wokół niego koszmar. Mnie na jego miejscu nie przyszłoby do głowy podrygiwać jak idiota z zadowoloną miną. Byłabym wściekła, że w moim mieście młodzież podpala wspólną własność i że przed szkołami trzeba ustawiać oddziały policji. Bagayoko później poszedł jeszcze dalej, uznając, że przemoc może być “uzasadniona”. Słowo daję, że trudniej byłoby pokazać, jak bardzo ta część lewicy pomyliła przedstawiciela Republiki z ulicznym radykałem. W sytuacji, w której dorosły polityk powinien młodzieży postawić granicę, daje jej coś dokładnie odwrotnego: poczucie, że po tej właściwej stronie politycznej niemal wszystko da się później wytłumaczyć.

I właśnie dlatego tak bardzo zbrzydła mi lewica. Piszę to jako ktoś, kto właściwie całe dorosłe życie stał po jej stronie i długo uważał, że to tam znajduje się moje polityczne miejsce. Tym większą czuję dziś pogardę dla tego, czym jej radykalna francuska odmiana się stała. Lewica, którą pamiętam, miała emancypować człowieka przez wiedzę i samodzielność. Praca była częścią godności, a szkoła miała być windą wyciągającą z biedy. Świecka Republika nie była czymś, za co trzeba przepraszać człowieka tylko dlatego, że przywiózł ze sobą inną tradycję. Dzisiaj zamiast emancypacji coraz częściej widzę polityczne infantylizowanie ludzi, którym bez końca wyjaśnia się, dlaczego odpowiedzialność za ich własne czyny właściwie nigdy nie spoczywa całkiem na nich. Gdy ktoś coś rozwali, natychmiast pojawia się długa kolejka osób gotowych opowiedzieć każdemu o jego krzywdzie. Znacznie trudniej znaleźć polityka, który bez socjologicznego rozgrzeszenia powie, że prawie dorosły człowiek odpowiada za to, że kopnął leżącego policjanta albo podpalił cudze mienie.

Francja płaci za takie tchórzostwo od dziesięcioleci i płaci coraz więcej również dosłownie. Na koniec drugiego kwartału tego roku dług publiczny wynosił już 3 biliony 595,5 miliarda euro, czyli 119 procent PKB. W zaledwie trzy miesiące urósł o prawie 60 miliardów. Tego rachunku nie zapłaci żadne abstrakcyjne “państwo”, bo państwo samo niczego nie zarabia. Każdy kolejny miliard długu wcześniej czy później wraca do ludzi w podatkach lub składkach, odbija się na jakości usług publicznych albo zostaje przerzucony na następne pokolenie. Przez lata lewica zrobiła bardzo wiele, żeby z politycznego języka zniknęła druga strona tego równania. Świadczenie brzmi pięknie, “socjal” również, a nowe “prawo” jeszcze piękniej. Znacznie mniej ładnie brzmi pytanie, kto będzie na to pracował.

Nie mam nic przeciwko systemowi, który pomaga człowiekowi naprawdę choremu albo komuś, komu życie nagle się zawaliło. Sama uważam takie zabezpieczenie za jedno z osiągnięć europejskiej cywilizacji. Tyle że solidarność traci sens, kiedy politycy boją się wymagać samodzielności od ludzi, którzy są do niej zdolni, bo przez lata dużo łatwiej było dopisać następny wyjątek niż narazić się kolejnemu środowisku wyborców. Uczono ludzi pytać, co jeszcze państwo może im dać, i zadziwiająco rzadko przypominano, że to wszystko finansuje ktoś, kto każdego ranka wstaje do pracy. Kiedy po dziesięcioleciach takiej polityki przychodzi w końcu informacja, że pieniędzy już naprawdę brakuje, reakcją ma być bunt przeciwko samemu istnieniu ograniczeń. Lewica oczywiście natychmiast staje na czele tego buntu, chociaż przez lata uczestniczyła w budowaniu modelu, który właśnie doszedł do finansowej ściany.

Za jedno z najdroższych państw w Europie Francuzi coraz częściej dostają usługę, której jakość trudno uznać za europejski luksus. Francuski Rzecznik Praw ustalił, że już 61% osób ma trudności z przejściem przez procedury administracyjne, podczas gdy w 2016 r. mówiło o tym 39%. Prawie co czwarty człowiek rezygnuje w końcu z należnego mu prawa, bo nie potrafi przebić się przez system. Kto mieszka tutaj od zawsze, nie potrzebuje tabelki, żeby wiedzieć, o czym mowa. Prosta sprawa potrafi utknąć na kilka miesięcy, a dokument wysłany dwukrotnie nadal bywa dokumentem, którego urząd podobno nigdy nie widział. W ochronie zdrowia coraz trudniej znaleźć część specjalistów, szpitale od dawna mówią o kryzysie kadrowym, a teraz szkoła pokazuje nam następny fragment tego samego obrazu. Państwo jest potwornie drogie, zadłużone po szyję i zachowuje się wobec obywatela jak firma, która pobrała abonament z góry, po czym wyłączyła telefon.

Do tego doszła integracja, temat, który przez lata obłożono we Francji tyloma zakazami językowymi, że każda poważna rozmowa kończyła się podejrzeniem o rasizm. Nie chodzi mi o kolor skóry człowieka oglądanego przez kilka sekund w telewizji i nie potrzebuję zgadywać czyjegoś pochodzenia po twarzy. Chodzi o to, że państwo przyjmowało bardzo wielu ludzi, a później zbyt często zachowywało się tak, jakby dokument pobytowy i mieszkanie wystarczyły do stworzenia wspólnoty. Nie wystarczą. Integracja wymaga pracy przede wszystkim od państwa, które musi zapewnić sprawną szkołę i możliwość wejścia na rynek pracy, ale wymaga również wysiłku od tego, kto tutaj przyjechał. Francja nie ma obowiązku przepraszać za własne zasady. Równość kobiet nie jest propozycją do negocjacji, a rodzinna tradycja nie może być wiecznym argumentem usprawiedliwiającym życie poza regułami wspólnoty. Przez zbyt wiele lat łatwiej było finansować skutki porażki integracyjnej, niż przyznać, że samo stawianie wymagań nie jest żadną formą opresji.

Wystarczy zresztą włączyć dziś telewizor, żeby zobaczyć, jak bardzo protest dotyczący francuskich szkół został już oblepiony konfliktami, które początkowo nie miały z nim nic wspólnego. Obok haseł o nauczycielach pojawiają się palestyńskie flagi. Widzimy także algierskie. Co mają wspólnego z Parcoursup, stanem liceum albo godzinami lekcji? Nic. Za to doskonale pasują do politycznego świata, który przez ostatnie lata zrobił z Palestyny uniwersalny emblemat każdej możliwej rewolty. W Roanne również informowano o ludziach przybyłych spoza miasta z flagami algierskimi i palestyńskimi, którzy włączyli się w protesty.

W Carpentras przekroczono jeszcze jedną granicę, bo podczas blokady liceum padły słowa: “Kim są Żydzi? Depczemy ich”. Nie interesuje mnie już później żaden wykład o tym, że wszystko to jest krytyką Netanjahu, Izraela albo wojny. Kiedy ktoś mówi “Żydzi”, mówi o Żydach. Antysemityzm nie przestaje nim być dlatego, że człowiek trzyma w drugiej ręce palestyńską flagę. Dla mnie to jest szczególnie odrażające, bo widzę od trzech lat, z jaką obsesją część francuskiej skrajnej lewicy pompuje ten temat w młode pokolenie, jak sprawnie zrobiła z niego język politycznej identyfikacji i jak chętnie korzysta z niego LFI. Potem przychodzi dzień protestu o nauczycieli, a przed szkołą ktoś zaczyna krzyczeć o Żydach. Naprawdę trudno udawać zaskoczenie, jeżeli przez lata przesuwało się granice tego, co wolno powiedzieć.

Prawica oczywiście na tym wygrywa i będzie wygrywać dalej, dopóki lewica będzie prowadzić dla niej darmową kampanię. Bruno Retailleau doszedł już do punktu, w którym publicznie mówi o możliwości rozwiązania LFI. Jeszcze kilka lat temu sama obecność takiego pomysłu w poważnej debacie politycznej wydawałaby się absurdalna. Dzisiaj ludzie słuchają tego po obejrzeniu płonącej szkoły, pobitego policjanta i mera z LFI tańczącego obok płonącego kosza. Później słyszą Mélenchona opowiadającego o “policyjnej dzikości”. Następnego dnia wracają do własnego życia, próbują znaleźć lekarza albo przebić się przez biurokrację, po czym ktoś im jeszcze tłumaczy, że jeśli przesuwają się w prawo, najwyraźniej dali się uwieść “faszyzacji”. Naprawdę potrzeba wyjątkowej pogardy dla inteligencji własnych wyborców, żeby przez lata produkować powody ich wściekłości, a później obrażać się na sposób, w jaki głosują.

Mnie ta lewica zbrzydła chyba właśnie dlatego, że przez tak wiele lat była również moja. Nie mam wobec niej komfortu dawnego przeciwnika, który może z satysfakcją powiedzieć, że zawsze miał rację. Patrzę na własne dawne środowisko polityczne i widzę, jak z emancypacji zrobiło kult usprawiedliwiania, z solidarności coraz częściej robi klientelizm, a z buntu przeciwko niesprawiedliwości zrobiło permanentną potrzebę konfliktu. Najgorszy jest widok polityków, którzy wiedzą doskonale, że siedemnasto- i osiemnastolatkowie są rozgrzani do czerwoności, i zamiast zachować się jak dorośli, próbują wycisnąć z tej temperatury kilka kolejnych punktów poparcia. Mélenchon wskazuje policję. Bagayoko bawi się w tłumie. Potem wszyscy razem zapewniają, że przemoc oczywiście nie jest ich metodą. Cynizm byłby nawet imponujący, gdyby jego skutkiem nie byli prawdziwi ludzie bici i kopani oraz szkoły stojące w ogniu.

Jeśli Marine Le Pen albo ktoś z jej obozu rzeczywiście wejdzie do Pałacu Elizejskiego, chciałabym oszczędzić sobie późniejszego wielkiego przedstawienia francuskiej lewicy z pytaniem, jak mogło do tego dojść. Wystarczy zachować nagrania z tych kilku dni. Wystarczy przypomnieć sobie płonące liceum w Nantes, policjanta leżącego na ziemi w Belfort, Mélenchona mówiącego o “policyjskiej dzikości” i mera Saint-Denis tańczącego przy rozpalonym koszu. To będzie wystarczająco dokładna odpowiedź.

Od lat sami na ten wynik pracujecie.

Jeszcze jedna rzecz – patrząc na Francję z pozycji Polski, proszę tylko nie pocieszać się, że to wszystko dzieje się “gdzieś daleko”. Polska jest po prostu na tej samej drodze cofnięta o 20-30 lat. Przyjąć ludzi jest przecież bardzo łatwo, szczególnie kiedy robi się to w atmosferze moralnego uniesienia i każdy, kto pyta o koszty, integrację albo rynek pracy, natychmiast zostaje podejrzany o brak serca i moralne zepsucie. Jednak prawdziwy problem zaczyna się później, kiedy trzeba tych ludzi rzeczywiście włączyć do społeczeństwa, nauczyć języka, wprowadzić na rynek pracy i sprawić, żeby system świadczeń nie zastąpił samodzielności. W Polsce było to dobrze widać choćby przy Ukraińcach. Najpierw ogromna fala solidarności, później coraz więcej pytań o świadczenia, mieszkania, szkoły i koszty. A mówimy przecież o społeczności, w której bardzo wiele osób pracuje i kulturowo oraz językowo jest Polsce znacznie bliżej. Tym bardziej to naiwne przekonanie, że przy migracji z krajów, gdzie model rodziny, pozycja kobiet i udział kobiet w rynku pracy bywają zupełnie inne, wszystko “jakoś się ułoży”. No niestety nie, samo się nie ułoży. Jeśli państwo nie postawi od początku jasnych wymagań dotyczących języka, pracy, szkoły i odpowiedzialności, po latach dostanie nie integrację, tylko równoległe światy utrzymywane z jednego budżetu. Francja przerabia ten eksperyment od dawna i rezultat właśnie oglądamy w telewizji. Można oczywiście dalej nazywać każde ostrzeżenie “prawicowym straszeniem”. To jest znacznie wygodniejsze niż późniejsze płacenie rachunku.


Źródła:

https://www.leparisien.fr/…/la-violence-peut-etre…

https://www.lemonde.fr/…/presidentielle-2027-les…

https://www.publicsenat.fr/…/colere-lyceenne-bruno…

https://www.i24news.tv/…/artc-c-est-qui-les-juifs-on…

https://www.tf1info.fr/…/blocages-des-lycees-les-images…

https://www.tf1info.fr/…/video-policier-roue-de-coups…


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Irena Wiszniewska, “My, Żydzi z Polski”

Irena Wiszniewska, “My, Żydzi z Polski”

Jacy są “Żydzi z Polski”, z którymi rozmawia w swojej – wyczerpującej, niemal “encyklopedycznej” książce dziennikarka Joanna Wiszniewska? Zwyczajni, choć bardzo


Irena Wiszniewska, “My, Żydzi z Polski”

Aleksandra Lipczak 


Jacy są “Żydzi z Polski”, z którymi rozmawia w swojej – wyczerpującej, niemal “encyklopedycznej” książce dziennikarka Joanna Wiszniewska? Zwyczajni, choć bardzo interesujący z nich rozmówcy.


Wiszniewska, dziennikarka, w latach 90. korespondentka belgijskich i francuskich mediów, wykonała ciekawą pracę: przeczesała kawał Polski, by porozmawiać z Żydami, którzy mają do powiedzenia interesujące rzeczy na temat swojego żydostwa. Porozmawiała z Żydami z Warszawy, Łodzi i Wrocławia oraz z małych miast.  Z Żydami religijnymi i nie. Z takimi, którzy o swoim żydostwie dowiedzieli się w wieku 40 lat  i tymi, którzy chodzili do żydowskich przedszkoli i jeździli na obozy Fundacji Laudera. Uznających żydowskość za trzon swojej tożsamości albo jeden, niekoniecznie najważniejszy, z jej wielu składników. Odbyła nawet rozmowy z paroma “Polakami, którzy chcą być Żydami”. Wyłonił się z tego fascynujący i złożony portret bez tezy.

To książka niezwykła, przede wszystkim ze względu na swoją “normalność” – jak zauważyła na portalu Forum Żydów Polskich Aleksandra Buchaniec-Bartczak (patrz “młodzieżowa”, pomarańczowa okładka). Rozmówcy Wiszniewskiej mówią o swoim żydostwie otwarcie, niekoniecznie w cieniu Zagłady: Jan Gebert przedstawia się jako “żydkolog”, a ktoś inny wyznaje, że żydostwo kojarzyło mu się zawsze tylko z czymś pozytywnym. Antysemityzm jest, owszem, w tle  (większy, czy mniejszy niż w innych krajach Europy – co do tego zdania rozmówców są podzielone), ale przekaz jest  taki: Żydzi z Polski, zwłaszcza ci najmłodsi, noszą swoją żydowskość bez kompleksów, mówią lekko o tematach, które jeszcze do niedawna wymuszały mimowolne ściszenie głosu. W Polsce – jak konstatuje wielu z nich – mimo dobrze trzymających się uprzedzeń – nastała przecież “moda” na bycie Żydem i odkrywanie własnych żydowskich korzeni lub wątłych “korzonków”, jak ironicznie nazywa je któryś z rozmówców Wiszniewskiej.

O tym , że po 89’ miał miejsce renesans życia żydowskiego w Polsce, wiadomo. Książka Wiszniewskiej ma jednak tę ciekawą właściwość, że komplikuje zbyt uproszczony obraz i nadwątla “utrwalone narracje” na ten i wiele innych tematów. Po pierwsze, ustami rozmówców, rozprawia się z mitem “Polski bez Żydów” po wojnie. “Dominuje wątek o braku życia żydowskiego, o tkwieniu w szafach, o obawie przed ujawnieniem się. I że dopiero wraz z nadejściem wolności, po 1989 roku, minął strach i rozpoczął się rozkwit życia żydowskiego” – mówi Wiszniewskiej Bella Szwarcman-Czarnota. W taką wizję nie do końca wpisują się historie, których wysłuchuje dziennikarka. Owszem, dużo tu wyznań o korzeniach odkrytych już w dorosłym wieku, ujawnionych przez przypadkowe spotkanie albo czyjeś wyznanie na łożu śmierci. Ale jest też urodzona w 1945 roku Izabella Szwarcman –Czarnota, opowiadająca o kołysankach w jidysz, który był jej pierwszym językiem czy łódzki rabin Symcha Keller, który mówi o nieprzerwanym nigdy ciągu pokoleń i tradycji w swojej gminie (“To wszystko zostało, ja to przejąłem po moich poprzednikach, którzy byli stąd, jak ja”). “Mieliśmy życie społeczne, literaturę, muzykę i teatr. Były kluby, kolonie, obozy, gazety” – mówi Szwarcman-Czarnota. “W moim przekonaniu nie udałaby się odbudowa czy budowa tego życia żydowskiego, które mamy obecnie (…), bez tych enklaw w Legnicy, we Wrocławiu, w Bielsku-Białej, w Katowicach (…)”.

“My, Żydzi z Polski” komplikują też narrację dotyczącą religijnego charakteru odrodzenia. W książce Wiszniewskiej równie wyraźnie słychać głos zaangażowanych świeckich Żydów. Jan Gebert, syn Konstantego Geberta, uważanego za jednego z ojców odrodzenia, stwierdza wprost: ojciec zniechęcił nas do religii (“Może trochę za bardzo mu na tym zależało, może trochę za bardzo naciskał”). “Z czasem judaizm stał się dla mnie bardziej systemem wartości niż wiarą. Na pierwszym miejscu zacząłem stawiać kwestie sprawiedliwości społecznej” – mówi społecznik przed trzydziestką, Jan Śpiewak. Pokoleniowe napięcie to zresztą jeden z ciekawszych wymiarów książki Wiszniewskiej. Młodzi Żydzi to najbardziej frapująca, “niepoprawna politycznie” grupa jej rozmówców. Krytykujący działanie gminy, nie do końca odnajdujący się w tradycyjnej wspólnocie, a zarazem przejęci jej przyszłością. Zastanawiający się, kim są dziś i będą Żydzi, na czym może zasadzać się ich tożsamość, jeśli odjąć religię. “Szczerze mówiąc, uważam, że nie ma przyszłości dla Żydów w tym kraju. Jesteśmy jednym z ostatnich pokoleń, potem będą takie popłuczyny” – mówi Śpiewak.

Nie oznacza to jednak, że nie ma w “Żydach z Polski” miejsca na religię. Wiszniewska znalazła ludzi, którzy umieją pięknie opowiadać o religijnym doświadczeniu i tradycji (patrz na przykład: Paweł Passini). Inni opowiadają z kolei o obyczajach i bywają w odsłanianiu (swojej) intymności bardzo szczerzy (wspomnienia z obrzezania w latach 90. to temat niemal na film). Czy o duchowość chodzi, czy o “insiderskie” historie, ciekawy materiał i opowieści aż wylewają się z tego zbioru. Jeśli ktoś będzie się chciał kiedyś dowiedzieć o tym, jak wyglądało życie żydowskie w Polsce w początkach XXI wieku, znajdzie tu wszystko lub bardzo wiele: stosunki w gminie, pokoleniowe przemiany, napięcie na linii religijność-świeckość, obyczajowy szczegół. A także  lęk czy zeświecczona wspólnota ma szansę przetrwać czy raczej rozmyje się w zglobalizowanym, zmiksowanym świecie idei i tożsamości.

Właściwie można czytać “Żydów z Polski” jako książkę o dylematach z tożsamością w ogóle, żydowską i nie. W końcu, “dlaczego w tym dwudziestym pierwszym wieku, gdy mamy szanse czuć się Europejczykami, pielęgnujemy zagubione tożsamości przodków?” – jak pyta Wiszniewska jedną z rozmówczyń. Wiele do rzeczy ma tu nadzieja – pewnie płonna, jak zauważa we wstępie Irena Grudzińska-Gross – że “z palimpsestu przeszłości da się odtworzyć coś prawdziwego, autentycznego, bezpośredniego”.

Książka Wiszniewskiej to też, a może przede wszystkim, zbiór rozmów z ciekawymi ludźmi. O ich rodzinach. O powikłanych albo prostych losach. Chcąc nie chcąc, również o współczesnej Polsce. Jeden z rozmówców Wiszniewskiej zżyma się na festiwale kultury żydowskiej i upupiającą wizję tejże, która zaspokaja tęsknoty i potrzeby etnicznych Polaków. “My, Żydzi z Polski” zapewniają okazję, by usłyszeć żydowski (wielo)głos bez pośredników


Irena Wiszniewska
“My, Żydzi z Polski”
Wydawnictwo Czarna Owca
Wymiary: 135 mm x 210 mm
Liczba stron: 400
Okładka: miękka
ISBN: 978-83-7554-809-9
http://www.czarnaowca.pl/


Autorka: Aleksandra Lipczak, lipiec 2014


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Kto kontroluje AI?


Kto kontroluje AI?

Jakub Bodziony


W ostatnich dniach OpenAI pokazało dwie twarze sztucznej inteligencji. Jedna pomaga rozwiązywać problemy, z którymi nauka mierzy się od dziesięcioleci. Druga pokazuje, że nawet jej twórcom coraz trudniej kontrolować własne modele. Ta historia już dawno wyszła poza Dolinę Krzemową i rywalizację mocarstw. Wchodzi za to coraz głębiej w nasze życie – pracę, szkołę, studia, a nawet relacje z najbliższymi. Kto wyznaczy zasady tej zmiany?

Ilustracja: Maria Nika, Źródło: Canva

We wrześniu OpenAI ogłosiło, że jej systemy są bliskie rozwiązania jednego z siedmiu Problemów Milenijnych – równań Naviera–Stokesa. Nad zadaniem przez 88 godzin pracowało około dziesięciu tysięcy agentów AI. Entuzjazm szybko ustąpił jednak miejsca sporowi. Część badaczy zarzuciła firmie wykorzystanie efektów ich wcześniejszej pracy, a laureaci Medalu Fieldsa (matematycznego odpowiednika Nagrody Nobla) przypomnieli, że matematyka nie polega wyłącznie na znalezieniu poprawnej odpowiedzi. Liczy się nie tylko rozwiązanie, lecz także zrozumienie, dlaczego jest ono prawdziwe.

Zbuntowane maszyny?

Kilka dni później uwagę zwróciły wyniki testów autonomicznych agentów AI. W jednym z eksperymentów modele włamały się do infrastruktury Hugging Face, a następnie do własnych serwerów OpenAI, tworząc swoje kanały komunikacji i próbując ukrywać te działania przed systemem monitorującym. Nie dlatego, że „zbuntowały się” przeciw człowiekowi. Po prostu uznały, że w ten sposób skuteczniej wykonają powierzone im zadanie.

Nieprzypadkowo podobne pytania coraz częściej zadają sami szefowie największych laboratoriów AI.

Dario Amodei ostrzega przed kolejnymi generacjami agentów, Sam Altman apeluje o odpowiedzialny rozwój i potrzebę regulacji. Jednocześnie ich firmy inwestują miliardy dolarów, by rozwijać coraz potężniejsze modele. Wygląda to tak, jakby kierowcy najszybszych samochodów ostrzegali, że wyścig staje się zbyt niebezpieczny i zaraz doprowadzą do katastrofy, ale jednocześnie dociskają gaz do dechy.

Władza AI

Do tej rozmowy wracamy w „Kulturze Liberalnej” od wielu miesięcy. Karen Hao opisywała mechanizmy budowy technologicznego imperium OpenAI i pokazywała, jak prywatne firmy przejmują władzę, która jeszcze niedawno należała do państw.

Czy grozi nam technofaszyzm? Karen Hao o imperium AI

Cory Doctorow tłumaczył, że podporządkowywanie użytkowników interesom platform nie jest skutkiem ubocznym internetu, lecz fundamentem modelu biznesowego bigtechu.

Cory Doctorow: Gównowacenie to model biznesowy bigtechu

Aleksandra Przegalińska przekonywała, że pytanie nie brzmi, czy zatrzymać rozwój AI, ale jak wyznaczyć jego granice i podporządkować go interesowi publicznemu.

Aleksandra Przegalińska: Nie wierzę, że można zatrzymać AI. Trzeba ją regulować

Mateusz Mazzini zwracał uwagę, że największym kosztem AI może okazać się nie spektakularna katastrofa, lecz powolna utrata umiejętności samodzielnego myślenia, uczenia się i przekazywania wiedzy.

MAZZINI: Coxon nie powiedział nam nic nowego o AI

Paradoks AI

W podcaście rozmawiam z Sylwią Czubkowską o paradoksie, który coraz lepiej opisuje świat sztucznej inteligencji. Najwięksi gracze rynku przekonują, że rozwój AI wymaga ostrożności, regulacji i odpowiedzialności. Ostrzegają przed zagrożeniami, apelują o samokontrolę. Jednocześnie sami nie są gotowi zwolnić nawet na chwilę, bo każda przerwa oznacza ryzyko, że wyprzedzi ich konkurencja. Dobrowolna samokontrola bigtechu od lat pozostaje obietnicą, która nie zmienia kierunku rozwoju tej technologii. Trudno oczekiwać, by firmy czerpiące z AI największe korzyści same narzuciły sobie ograniczenia. Dlatego pytanie o regulacje jest dziś przede wszystkim pytaniem o siłę państw i instytucji publicznych. Rozmawiamy również o tym, dlaczego Europa coraz bardziej uzależnia się od zagranicznych gigantów technologicznych i czy jest jeszcze w stanie odzyskać kontrolę nad własną infrastrukturą cyfrową.

Najłatwiej patrzeć na AI jak na element rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Tyle że skutki tego wyścigu widzimy znacznie bliżej – w szkołach, na uczelniach, w redakcjach, kancelariach prawnych czy biurach projektowych. Coraz częściej także w administracji publicznej. Ministerstwa i urzędy mierzą się z lawiną dokumentów, opinii i interpelacji przygotowywanych przy pomocy modeli językowych. Jeszcze dwa lata temu taki problem po prostu nie istniał.

Konsekwencje ekspansji imperiów AI widzimy nie tylko na kolejnych szczeblach geopolitycznej drabiny eskalacyjnej. Widać je w szkołach, na uczelniach, w urzędach i miejscach pracy.

Trudno pominąć tutaj LinkedIn, gdzie każdy guru biznesu albo kolejny lider przyszłości zdaje się korzystać z tego samego promptu, co nie przeszkadza użytkownikom tego portalu wpadać w spiralę wzajemnego samouwielbienia (pewnie też w dużej mierze generowanego za pomocą AI). Nawet tradycyjne menu tanich restauracji i osiedlowych kebabowni coraz częściej zamienia się w budzący niepokój AI slop.

Polowanie na AI

Dlatego w Temacie Tygodnia Katarzyna Skrzydłowska–Kalukin rozmawia z Dariuszem Jemielniakiem nie o tym, czy AI zastąpi człowieka, lecz o tym, jak zmienia ono nasze rozumienie wiedzy. Jemielniak przekonuje, że zakazy korzystania z modeli językowych przypominają wcześniejsze próby walki z internetem czy kalkulatorem. Polowanie na teksty napisane przez AI może okazać się ślepą uliczką. Znacznie ważniejsze staje się nauczenie studentów korzystania z tych narzędzi i brania odpowiedzialności za ich efekty. Model może przygotować szkic tekstu, uporządkować argumenty czy znaleźć informacje szybciej od człowieka. Nie weźmie jednak odpowiedzialności za interpretację, ocenę źródeł ani wyciągnięte wnioski.

Zmienia się więc również szkoła i uniwersytet. Coraz mniej liczy się umiejętność odtworzenia informacji, a coraz bardziej zdolność zadawania właściwych pytań, weryfikowania odpowiedzi i samodzielnego myślenia.

Wszystkie rozmowy w tym numerze prowadzą do jednego pytania. Nie o to, czy AI będzie coraz lepsza, bo to już właściwie przesądzone. Pytanie brzmi, kto będzie wyznaczał zasady jej rozwoju i kto będzie ponosił konsekwencje tych decyzji.


Jakub Bodziony – zastępca redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”

Skoro tu jesteś…

…mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Israel’s Supreme Court overturns decision to disqualify Arab parties


Israel’s Supreme Court overturns decision to disqualify Arab parties

JNS Staff


Balad party chair Sami Abu Shehadeh, who wrote a piece lauding Hamas’s Oct. 7 attacks, withdrew his candidacy for the upcoming election.

Balad party chairman Sami Abu Shehadeh (left), Ta’al leader Ahmad Tibi (center) and Hadash MK Ofer Cassif arrive at the Supreme Court in Jerusalem for a hearing on the Central Elections Committee’s decision to disqualify candidates and parties from running in the upcoming Knesset election, Oct. 1, 2026. Photo by Yonatan Sindel/Flash90.

Israel’s Supreme Court, sitting as the High Court of Justice, on Friday overturned the Central Elections Committee’s decision to disqualify four Arab parties (running in two political blocs) and two candidates for parliament for the Oct. 27 general election.

The Joint List is composed of Balad, Ta’al and Hadash, a communist and predominantly Arab party. Ra’am is led by lawmaker Mansour Abbas, who has been facing accusations that his faction’s ideology is rooted in the Muslim Brotherhood movement.

The court in an expanded panel of nine justices unanimously accepted the appeals by Ra’am and the Joint List, saying that the criteria for applying Section 7A of Basic Law: The Knesset are narrowly construed and limited to extreme cases.

Knesset member Ofer Cassif of Hadash was allowed to run by a vote of seven justices to two, the Calcalist reported.

Justices David Mintz and Alex Stein held that he should be disqualified for supporting an armed struggle against the State of Israel, which is forbidden under Section 7A. The other panelists, however, said that his case did not fully meet the stringent criteria.

The proceedings concerning Balad chairman Sami Abu Shehadeh were dismissed after he announced earlier in the day that he was withdrawing his candidacy for the Knesset. His announcement came after the justices appeared to indicate that he would be disqualified by a majority vote.

The Central Elections Committee voted 30-4 on Sept. 23 to disqualify Abu Shehadeh, accepting petitions arguing that he supported armed struggle against Israel and denied Israel’s existence as a Jewish and democratic state. The petition was filed by National Security Minister Itamar Ben-Gvir’s Otzma Yehudit party.

The case centered on an Arabic-language article Abu Shehadeh published on Oct. 8, 2023, one day after Hamas-led terrorists invaded Israel. In the article, he described the attack as “an important historic event militarily, politically and strategically,” and wrote that others could learn from Hamas’s ability to surprise Israel.

Abu Shehadeh has denied supporting the Oct. 7 attack or political violence, saying he opposes armed struggle. He has described the disqualification effort as an attempt to silence him and the Arab community’s political voice.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Książę uczonych i Warszawski Sokrates – 45 lat temu zmarł Tadeusz Kotarbiński

Prof. Tadeusz Kotarbiński. Fot. PAP/Wiesław Prażuch


Książę uczonych i Warszawski Sokrates – 45 lat temu zmarł Tadeusz Kotarbiński

Zbigniew Wojtasiński (PAP)


3 października 1981 r., zmarł prof. Tadeusz Kotarbiński, jeden z najwybitniejszych i najbardziej wszechstronnych polskich filozofów. Nazywany był Warszawskim Sokratesem i księciem uczonych. 

Prof. Kotarbiński był zarówno etykiem, jak i logikiem oraz filozofem praktyczności, co w czasach współczesnych jest szczególnie ważnym połączeniem. Podobnie jak Sokrates wyróżniał się postawą życiową, jak i autorytetem intelektualnym oraz moralnym, za co był ceniony przez studentów oraz pracowników naukowych. 

Opracował nowe koncepcje, takie jak etyka niezależna od ideologii i filozofia praktyczności, jeszcze bardziej aktualne w czasach współczesnych. 

Nazywany był Warszawskim Sokratesem, w nawiązaniu do legendarnego greckiego filozofa starożytnego, który wyróżniał się zarówno poglądami i intelektem, jak też nacechowaną moralnością postawą życiową. 

Propagował jasność myślenia, przekonywał, żeby nie komplikować rzeczy, które można wyrazić prosto. Z tego też słynęła legendarna w okresie międzywojennym lwowsko-warszawska szkoła filozoficzna, której był wybitnym przedstawicielem. 

Zasłynął licznymi aforyzmami – takimi jak to, że wiedzieć, czego się nie ma, jest ważniejsze niż wiedzieć, co się ma. Sugerował w ten sposób, że świadomość własnych ograniczeń jest naturalna i ma wymiar praktyczny, gdyż pozwala lepiej i rozsądniej działać.

Twierdził też, że wartość człowieka poznaje się nie tylko po tym, co mówi, lecz po tym, czy można na nim polegać, gdy naprawdę jest potrzebny. Stwierdzenie to stało się jednym z najważniejszych elementów jego koncepcji etyki i etycznego postępowania. Nawiązuje w nim do opiekuna spolegliwego, oznaczającego osobę godną zaufania, ale też wrażliwą na cudze cierpienia i okrucieństwa w świecie, co jest kwintesencją bycia dobrym człowiekiem. 

Ponieważ był ateistą, a światopogląd religijny porzucił jako nastolatek, propagował etykę laicką i niezależną, czyli taką, która obowiązuje zarówno ludzi wierzących, jak i ateistów, wolną od wszelkich ideologii. Uważał, że taka etyka jest możliwa, że nie musi być związana wyłącznie z zasadami etyki chrześcijańskiej, choć jest do niej zbliżona. Uważał, że zasady moralne wywodzą się z doświadczeń ludzi oraz życia społecznego, z zakorzenionej w nas intuicji moralnej, którą nazywał „oczywistością serca”.

Kotarbiński opracował koncepcję reizmu, inaczej – konkretyzmu, według której istnieją tylko konkretne osoby i rzeczy. Wszelkie cechy, własności, relacje oraz liczby to jedynie pojęcia abstrakcyjne, a ich status bytowy jest taki sam, jak status czarodziejskiej różdżki. W tym przypadku chodziło o oczyszczenie języka naukowego i filozofii z niepotrzebnych abstrakcyjnych pojęć, zamącających jasność myślenia i wywodu naukowego. 

Bardziej jednak znany jest jako twórca prakseologii, filozofii praktyczności i sprawnego działania. W jego pojęciu skuteczne działanie nie może być jednak oddzielone od postępowania moralnego. Musi ono łączyć to, co dobre, skuteczne i pożyteczne. Nie ogranicza się zatem tylko do tego, by działać jak najszybciej, gdyż sprawność jest równie ważna, jak moralność. Sprawne działanie – twierdził – nie jest jeszcze działaniem dobrym moralnie, a skuteczności nie można wykorzystywać do złych celów.

Fiński filozof prof. Timo Airaksinen z Uniwersytetu Helsińskiego uznał pracę Kotarbińskiego „Cel czynu a zadanie wykonawcy” z 1913 r. za przełomowe dzieło dla literatury filozoficznej. Uważa ją za równie wybitną, co „Denotowanie” (On Denoting) Bertranda Russella czy „Przedmiot etyki” (The Subject Matter of Ethics) George’a E. Moore’a. 

W Polsce szczególnie ceniony jest „Traktat o dobrej robocie”. Inne ważne prace Kotarbińskiego to „Sprawność i błąd”, „Abecadło praktyczności” oraz „Medytacje o życiu godziwym”. 

Kotarbiński urodził się w Warszawie, ale nie był z nią związany przez całe życie. Studiował matematykę i fizykę na Uniwersytecie Jagiellońskim jako wolny słuchacz. Przeniósł się do Lwowa, gdzie najpierw studiował architekturę, a potem filozofię i filologię klasyczną. Był uczniem prof. Kazimierza Twardowskiego, twórcy lwowsko-warszawskiej szkoły filozoficznej. 

Przed II wojną światową wrócił do Warszawy, w czasie okupacji brał udział w tajnym nauczaniu. Po wojnie w latach 1945-1949 był rektorem Uniwersytetu Łódzkiego, a następnie rektorem Uniwersytetu Warszawskiego. Był też wieloletnim przewodniczącym Polskiego Towarzystwa Filozoficznego i prezesem Polskiej Akademii Nauk.

Zmarł w Warszawie. Został pochowany na warszawskich Powązkach Wojskowych. Podobnie jak jego wybitni nauczyciele pozostawił po sobie znakomitych uczniów, takich jak Alfred Tarski, uznawany za jednego z czterech najwybitniejszych logików wszech czasów (obok Arystotelesa, Gottloba Frege oraz Kurta Goedla). Jego uczniem był także filozof Leszek Kołakowski oraz równie cenieni na świecie socjologowie Maria i Wojciech Ossowscy. 


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com