Archive | 2025/04/05

Czy rząd USA ma prawo stawiać warunki finansując uniwersytety?

W latach 50. i 60. XX wieku liberałowie i obrońcy praw obywatelskich przyklaskiwali groźbom rządu federalnego wobec uniwersytetów, zmuszając je do ochrony czarnych studentów. Jednak teraz, gdy podobne groźby i działania zostały podjęte w celu ochrony żydowskich studentów przed zamaskowanymi zwolennikami Hamasu na Uniwersytecie Columbia, wielu liberałów i obrońców praw obywatelskich skarży się, zarzucając ingerencję w wolność akademicką. Na zdjęciu: Gubernator Alabamy George Wallace (po lewej) staje twarzą w twarz z zastępcą prokuratora generalnego Nicholasa Katzenbacha na Uniwersytecie Alabamy w Tuscaloosa, 12 czerwca 1963 r., gdzie próbował zablokować rejestrację dwóch czarnych studentów, Vivian Malone i Jamesa Hooda, wbrew nakazowi sądu federalnego. Wallace mianował się rejestratorem uniwersytetu i zablokował wejście, aby uniemożliwić czarnym studentom rejestrację. Prezydent John F. Kennedy sfederalizował Gwardię Narodową Alabamy i wysłał 100 strażników pod dowództwem generała Grahama, który nakazał Wallace’owi „ustąpienie”. (Zdjęcie: Wikipedia)


Czy rząd USA ma prawo stawiać warunki finansując uniwersytety?

Alan M. Dershowitz
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Wielu lewicowych członków kadry uniwersyteckiej buntuje się przeciwko groźbie administracji Trumpa o obcięciu federalnego finansowania dla uniwersytetów, które tolerują antysemickie działania przeciwko swoim żydowskim studentom. Potępili pełniącą obowiązki rektorki Columbia University za przyjęcie niektórych warunków administracji dotyczących przywrócenia 400 milionów dolarów, których obcięciem groziła administracja, i zmuszono ją do rezygnacji.

Członkowie kadry uniwersyteckiej wysuwają absolutystyczne twierdzenie, że naciski rządów na uniwersytety poprzez odcięcie finansowania są zawsze zaprzeczeniem wolności akademickiej. Wysuwając to nazbyt szerokie twierdzenie, ignorują lekcje historii i jednolity standard moralności.

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by stworzyć hipotezę dotyczącą obecnej sytuacji: przypomnijmy lata 50. i 60. XX wieku na Głębokim Południu; uniwersytet, na którym akceptowana jest rasowa segregacja pozwala zamaskowanym rasistom z Ku Klux Klanu nękać czarnych studentów, uniemożliwiając niektórym z nich udział w zajęciach; budynki są okupowane przez członków Ku Klux Klanu domagających się powrotu oficjalnej segregacji; uniwersytet nie robi nic, by chronić prześladowanych studentów, powołując się na wolność akademicką i wolność słowa.

Rząd federalny grozi odcięciem funduszy federalnych, jeśli uniwersytet nie ochroni czarnych studentów i nie zakaże używania masek w celu ukrycia tożsamości protestujących. Ostatecznie uniwersytet niechętnie zgadza się, obawiając się pozbawienia funduszy.

Liberałowie i obrońcy praw obywatelskich przyklasnęliby groźbom rządu federalnego i aprobowaliby uległość władz uniwersytetu. Wielu zrobiło to w latach 50. i 60. XX wieku.

Ale teraz, gdy podobne groźby i działania zostały podjęte w celu ochrony żydowskich studentów przed zamaskowanymi zwolennikami Hamasu na Columbia University, wielu liberałów i „obrońców praw obywatelskich” krytykuje groźby rządu i poddanie się Columbia University, zarzucając ingerencję w wolność akademicką. Skąd ta różnica?

Są tu trzy możliwe różnice, z których żadna nie uzasadnia — choć dobrze wyjaśnia — dlaczego te lewicowe grupy reagują w tak diametralnie odmienny sposób na podobne działania.

Pierwszym jest to, że przykład z Południa dotyczył ochrony czarnych, podczas gdy sytuacja w Columbia University dotyczy ochrony Żydów. Zgodnie z bigoteryjnym dogmatem „intersekcjonalności”, Żydzi są uważani za uprzywilejowanych ciemiężców, a czarni za nieuprzywilejowanych ciemiężonych. Tak więc różnica reakcji wydaje się uzasadniona. Żadna racjonalna osoba nie zaakceptowałaby takiego rozumowania, ale wielu radykalnych studentów i wykładowców tak.

Powiązaną z tą różnicą jest to, że protestujący i blokujący z południa byli złym Ku Klux Klanem, podczas gdy protestujący i blokujący z Columbia University przedstawiają się jako cnotliwi propalestyńczycy. Interseksjonalistów, którzy uważają wszystkich zwolenników palestynizmu za uciskanych, a wszystkich zwolenników Izraela za uciskających, uznają również tę różnicę za zasadną. Także wielu studentów i wykładowców akceptuje to rasistowskie rozróżnienie.

Wreszcie istnieje różnica między urzędnikami rządowymi, którzy grozili południowym uniwersytetom w latach 50. i 60. XX wieku, a obecnymi urzędnikami rządowymi, którzy grożą Columbia University. Obecny rząd, na którego czele stoi prezydent Donald J. Trump, nie może zrobić nic dobrego, według liberałów i obrońców praw obywatelskich, nawet jeśli jego działania są logicznie nieodróżnialne od aprobowanych działań w przeszłości. Ta odmiana klasycznego błędu ad hominem jest szeroko akceptowana w kręgach akademickich i lewicowych, gdy hominem jest Trump.

Żadna z tych różnic nie uzasadnia rzekomo wynikającego z zasad sprzeciwu wobec nacisków administracji Trumpa na powstrzymanie dyskryminacji antyżydowskiej na Columbia University ze strony tych, którzy chwaliliby podobne naciski, by zapobiec dyskryminacji wobec czarnych, gejów lub innych grup faworyzowanych przez interseksjonalność. To jest po prostu bigoteria podwójnych standardów wobec Żydów.

Muszą istnieć ograniczenia tego, na co rząd federalny powinien próbować wpływać na kampusach uniwersyteckich. Należy uszanować uzasadnioną wolność akademicką. Rząd federalny powinien działać ostrożnie w sprawie ingerencji w treść kursów, zatrudnianie wykładowców, przyjmowanie studentów i inne kwestie głównie akademickie. Ale nawet w odniesieniu do takich kwestii akademickich istnieją odpowiednie ograniczenia wolności akademickiej uniwersytetów ubiegających się o finansowanie federalne.

Rząd ma pełne prawo i możliwość, by narzucać warunki na to, na co przeznacza pieniądze podatników, by zapewnić, że te fundusze nie będą wykorzystywane na propagandę lub partyjne cele polityczne zamiast na legalne przedsięwzięcia edukacyjne. Jest to delikatna kwestia, ponieważ nie ma jednoznacznie obiektywnego sposobu na wytyczenie ostrej granicy między politycznie neutralną edukacją a partyjną propagandą. Ale jak powiedział nieżyjący już sędzia Potter Stewart w równie trudnej kwestii odróżniania pornografii twardej od konstytucyjnie chronionej mowy:

„Nie będę dziś próbował dalej definiować, jakie rodzaje materiałów mieszczą się w tym skróconym opisie [pornografii twardej]… Ale rozpoznaję je, gdy je widzę…”

Podobnie jest w przypadku propagandy partyjnej: rozpoznajemy ją, gdy ją widzimy — przynajmniej w jej najbardziej ekstremalnej formie, która aż nazbyt często pojawia się w dzisiejszych uczelniach i programach nauczania.

Sednem sprawy jest to, że jest uzasadnione i konstytucyjnie właściwe wywieranie pewnej presji finansowej przez rząd federalny na niektóre uniwersytety w celu osiągnięcia pewnych dobrych celów. Jednak rząd powinien używać takiej presji ostrożnie, selektywnie i w nacelowany sposób. Powinien działać skalpelem, a nie piłą mechaniczną i powinien uważać, aby nie odciąć pomocy finansowej dla medycznych, naukowych i innych ważnych przedsięwzięć badawczych i edukacyjnych. To trudne zadanie, ale błędem jest argumentowanie — jak to obecnie z hipokryzją robi wielu na lewicy — że wszystkie groźby obcięcia finansowania każdego uniwersytetu dla jakiegokolwiek celu są kategorycznie błędne.

Presja na Columbia University może przynieść pozytywne rezultaty — jeśli dotrzyma obietnic — w tym większą wolność akademicką i wolność słowa dla studentów, którzy padli ofiarą bezczynności Columbia University, dopóki nie został zmuszony do działania groźbą pozbawienia funduszy. Byłoby to dobre, tak jak presja federalna na niektóre uniwersytety południowe, które zmniejszyły dyskryminację wobec czarnych w latach 50. i 60., była dobrą rzeczą.


Alan M. Dershowitz – Amerykański prawnik i komentator spraw międzynarodowych. Emerytowany wykładowca prawa konstytucyjnego (w 1967 roku w wieku lat 28 został najmłodszym profesorem zwyczajnym prawa w historii Harvard Law School).

Dershowitz jest autorem wielu książek, wśród których najgłośniejszą jest The Case for Israel (2003). Jest to książka, z którą można się zgadzać lub nie, ale która jest obowiązkową lekturą dla każdego, kto próbuje zrozumieć zawikłany obraz konfliktu na Bliskim Wschodzie oraz sposobu postrzegania Izraela przez resztę świata.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Netanyahu Takes On Israel’s Deep State

Netanyahu Takes On Israel’s Deep State

Gadi Taub


The firing of domestic security chief Ronen Bar is the latest battle in the war at home

Ronen Bar, the recently dismissed head of Shin Bet, Israel’s security service
Tablet Magazine; original images: Israeli Government Press Office; Oren Ziv/AFP via Getty Images

The fight against what Prime Minister Netanyahu has taken to calling Israel’s “deep state” is now in full swing. It reached a climax on Thursday, March 20, late in the evening, when the cabinet unanimously voted to dismiss Ronen Bar, the head of the Shin Bet—the country’s domestic security service. The termination is to take effect on the earlier of two dates: April 10, or when a replacement is found. Bar is not going down without a fight, however, and has retaliated by stepping up an investigation against the prime minister’s staff.

Bar’s removal is long overdue. For starters, he is probably the person most directly responsible for the disaster of Oct. 7. Gaza is the Shin Bet’s intelligence turf, and so Bar’s advice to refrain from raising the level of alert on the night before the massacre was naturally accepted by the IDF. All remained quiet on the Gaza front as dawn broke on that Sabbath. So quiet, says former Shin Bet operative Yizhar David, who was privy to some of the relevant information, that Mohammed Deif, who commanded the invasion, postponed the attack for fear that Israel’s apparent total lack of preparation might well be a trap.

But there was no trap. Despite the accumulating signs of an impending assault nobody alerted the soldiers, sleeping soundly in their beds, or the party goers still dancing as the sun was rising at the Nova Festival, or those on guard duty at the nearby kibbutzim. The handful of tanks at the theater, the soldiers stationed in bases around the fence, and the volunteers on security duty in the adjoining kibbutzim could have stopped or at least drastically curtailed the invasion had they only been told to stay put. Bar’s advice excluded any such preparations. The theater was sedated, rather than alert.

Ever since Oct. 7 Israelis have been asking themselves: Why? Sure, hindsight is always 20-20. But why, despite the accumulating indications, was the level of alert not raised, if only to be on the safe side? And why, Israelis also ask, did the brass who were concerned enough to hold late night consultations, not wake up the minister of defense and the prime minister? Since both Bar and the then IDF Chief of Staff Herzi Halevy have remained consistently silent on this, conspiracy theories about acts of betrayal abound.

Now, pieces of the puzzle are gradually surfacing, and we may finally have a plausible explanation, or a beginning of one, for Israel’s startling inaction. And that explanation, as we shall see, is damning to Bar in the extreme. Which may explain why, despite his colossal failure, he is fighting to stay at his job where he can continue to control the disclosure of much of the evidence against him.

Netanyahu is now attempting to correct what was perhaps the greatest miscalculation of his long political career.

The cabinet’s decision to dismiss Bar, however, did not cite his failure on the night preceding the disaster. It cited his boss’s lack of confidence in him. Netanyahu himself made sure the move was publicly understood that way. In a video released on his social media accounts two days after the cabinet’s decision, the prime minister explained that distrust began with Bar’s insubordination in the wee hours of Oct. 7, when he decided to keep both the minister of defense and the prime minister out of the decision-making process.

This was not an isolated event. This was and still is Bar’s MO. He acts as if Israel’s internal secret service is not accountable to anyone but himself, as if it were free to operate in the shadows outside the control and oversight of Israel’s elected government. He displayed the same contemptuous spirit of insubordination when he ignored a summons by the cabinet to answer questions at the March 20 meeting that decided the future of his career. Instead, he sent a letter in which he point-blank refused to recognize the cabinet’s authority to dismiss him. The decision to remove him, he said in the letter, was tinged with ulterior motives—an allusion to the ongoing investigation into alleged ties with Qatar among Netanyahu’s staff, which has so far produced no convincing evidence, as far as we know, and appears to have nothing to do with Netanyahu himself.

In other words, not only does Bar feel he is not accountable to the civil authorities, he also seems to believe that they instead should be accountable to him and that he can bully them as he pleases with contrived investigations. Bar added in his letter that he will not leave his job, and will only lay out his responses to the cabinet’s concerns before “the proper forum” and according to what the “authorized judicial bodies” will decide.

Those less familiar with the surreal world of Israel’s juristocracy may rightly wonder what that “proper forum” and who the “authorized judicial bodies” might be. The law, in point of fact, is very clear about the forum which holds the authority to dismiss the head of Shin Bet. The 2002 law which governs the service states in no uncertain terms that “the service is subject to the authority of the government” (Clause 4a), that “the prime minister is in charge of the service on behalf of the government” (Clause 4b) and also that “the government has the authority to terminate the tenure of the head of the service before the end of his term” (Clause 3c). In the debates leading to the final formulation of this law, Shin Bet representatives strongly objected to this language, but the legislators, and the attorney general at the time, Menachem Mazuz, insisted on strong wording, adding that the cabinet is not required to explain its reasons for the dismissal. So, clearly, the “proper forum” has already convened, and its decision was unanimous.

So why do we have a so-called crisis? The answer is that Israel has a supergovernment that exists above our elected government in the form of a hyperactivist Supreme Court, that can overrule all and any action by the executive and legislature. Bar was instrumental in protecting the Supreme Court from the now-defunct judicial reform which attempted to limit its power. Along with other heads of security services, he refused to state that in case of a constitutional crisis, if the court moved to strike down the reform, he would abide by the law and obey the cabinet. The fear of a coup was real and it played a major role in defeating the reform. Bar now apparently expects the court to reciprocate.

Bar’s expectation is not primarily a matter of personal obligation, though. Rather, it is because Bar’s insubordination and the court’s boundless authority draw on the same spirit of contempt for electoral politics, and are part of the same bureaucratic power structure.

There is a direct line connecting Bar’s insubordination when he helped undermine the government’s judicial reform before Oct. 7, his disregard for the chain of command in the early hours of Oct. 7 when he did not wake the prime minister, and his current defiance of the civil authority to which the Shin Bet is subordinate by law. Bar, like many of his fellow progressive government employees, and many in the press and academia, has convinced himself he is here to save us Israelis from ourselves. In Bar, Israel’s woke elites have found an important ally: a chief of the internal secret service, able to act in the gray areas beyond the law, willing to help protect them—indeed, all of us—from the menace of democratic politics. This mission has taken precedence over Bar’s official task: protecting us from subversion and terrorism.

Bar may or may not be right to assume that the court will side with him against the cabinet and attempt to force the prime minister to retain him. It has already issued an intermediary injunction—with no basis whatever in the law—to “freeze” the cabinet’s decision. But Bar, most probably, is wrong to believe this will save him. Because his MO belongs to the pre-Oct. 7 world, and that world is now gone for good.

Netanyahu seems to understand this, and consequently has proceeded with interviewing candidates for Bar’s job. The video in which Netanyahu explained the reasons for the Shin Bet chief’s dismissal began with a clear declaration: “Ronen Bar will not remain head of Shabak” (the Hebrew acronym for the Shin Bet). The prime minister would never have chosen such a defiant path two years ago during the fight over the judicial reform.

In the video, Netanyahu also directly tackled Bar’s charge that there are ulterior motives behind his dismissal. The prime minister argued, based on the timeline, that the move to dismiss Bar was set in motion before the Qatar investigation began and that, in fact, the opposite of Bar’s accusation is true: The dismissal was not designed to stop the investigation (which indeed it won’t). Rather the investigation was launched to preempt the dismissal. In other words, Bar has taken a page from James Comey’s Russian collusion playbook: He is trying to protect himself by tying his chief’s hand with a contrived investigation.

For now the investigation is formally directed only against the prime minister’s staff—much like the early days of the Russia hoax. But after Netanyahu interviewed and announced his candidate to head the Shin Bet, Bar pushed back by escalating his Qatar investigation, with a help from Attorney General Gali Baharav-Miara—herself is next in line to be dismissed. Jonathan Urich, Netanyahu’s close aide, was arrested on March 31, and Netanyahu himself was whisked out of the court room where he was testifying in his own trial, for questioning. The allegations against Urich, says lawyer and retired senior police officer Avi Weiss, are based on no law (Israel has no equivalent to the Foreign Agents Registration Act in the U.S.), and there is no accusation of espionage. Moreover, he says, Bar and Baharav-Miara have an obvious conflict of interest. Both are working to pressure the government that is ousting them from their positions.

That’s certainly how Netanyahu’s party sees it. In a strongly worded statement, the Likud accused “the prosecution and the head of the Shin Bet” of conducting “sham investigations in secrecy under a gag order, aiming to prevent the dismissal of the Shin Bet chief.” The goal, the statement added, “is to carry out a coup through arrest warrants” and “replace the will of the people with the rule of bureaucrats.”

Democracies should not need reminders of how dangerous secret services can be to democratic institutions. Journalist Amit Segal recently exposed a directive from Bar to spy on the Israeli police force in order to track “the spread of Kahanism into law enforcement institutions.” The late Meir Kahane’s Kach party is banned in Israel and is designated as a foreign terrorist organization in the U.S. Since the minister of national security, Itamar Ben-Gvir, who is in charge of the police, is routinely labeled a Kahanist, what the directive means in practice is that Bar is spying, with no probable cause, on a member of the cabinet to which he is supposed to answer, and intimidating police personnel into insubordination, by insinuating that adherence to the minister’s directives could be considered possible “Kahanism.” This behavior has raised questions about whether it is a good idea for Netanyahu’s personal bodyguard to remain under Bar’s command. Such concerns were further exacerbated when Nadav Argaman, Bar’s predecessor, threatened to reveal information from private conversations with Netanyahu, should he, Argaman, reach the conclusion that the prime minister has decided “to break the law” (by which he seems to mean, defy the Supreme Court in the matter of Bar’s dismissal).

Since the well-financed, permanent anti-Netanyahu protest movement is part of the country’s network of unelected elite power centers, it adopted Bar’s “ulterior motives” narrative from the get-go. A recent rally featured a Netanyahu look-alike holding a Qatari flag, kneeling before a man clad in traditional Qatari garb, who is handing him fake money. But that was the least surreal part of the wave of demonstrations in support of Bar’s insubordination in the name of democracy. Apparently, the protesters, the left, and much of the press want to save democracy by adopting the totalitarian model where politicians answer to the secret police instead of wielding authority over it.

Absurd as it may sound, elevating the secret police above electoral politics in the name of democracy stems from the very heart of our woke elite’s ethos. Appointed civil servants imagine themselves the responsible adults in the room, boldly stepping forward to protect “the public interest” from what the public believes to be its interest—and from the elected officials the public has chosen to carry out its will.

These elites—across the security establishment, the bureaucracy, the media, academia, and the business world—have succeeded once so far in their bid to subdue the governing majority coalition and defeat its plan for judicial reform. What the protest movement, Bar, the court and the press are trying to do now, is resurrect that successful antireform coalition. Their drive is not surprising, having witnessed their extra-electoral power structure during that struggle in the 10 months that preceded Oct. 7.

Apparently, the protesters, the left, and much of the press want to save democracy by adopting the totalitarian model where politicians answer to the secret police.

But the severity of the national disaster on that day revealed the hollowness and recklessness of these elites. For Oct. 7 was not just an intelligence and operational failure of the armed forces. It was also an indictment of the antireform strategy: the scorched earth tactics that played fast and loose with our security by arranging mass walkouts of army reservists, as if we were not a nation surrounded by terrorists who clamor daily for our blood. Not least, it discredited the idea that civil servants were merely expert “gatekeepers,” as they have come to describe themselves, guarding the public interest against the excesses of ignorant and corrupt politicians.

Bar proved to be the very opposite of the responsible adult in the room. The pretense that he is saving us from ourselves rings hollow after he failed at his actual job—protecting us from our enemies. In fact, there is a causal link here: Bar failed to protect us from our enemies precisely because he was too busy saving us from ourselves.

Behind Bar’s self-image as a “gatekeeper” is a worldview, shared by the rest of Israel’s woke elites, which consists of two complementary elements: an almost religious attachment to the “peace process” and the so-called “two-state solution,” and a concurrent contempt for democracy which inherently distrusts the patriotic masses and the politicians they elect. The elites, our betters, are here to save the prospect of peace from the warmongering jingoistic hordes and their irresponsible political representatives.

The consequences of this view of Israel’s internal politics hardly stops at Israel’s borders, though—the result being a complete inversion of the observable realities of our region. Bar imagines our politicians as reckless, dangerous hawks, which also more or less requires him to imagine Hamas to be strategically moving to greater pragmatic moderation. He thinks of our government as wild and irrational, a view that is premised on imagining Hamas leaders as rational actors susceptible to economic incentives. Therefore, Bar could not imagine them starting a war, and his assessments in the months preceding the war consistently reflected that bias, even as he was haunted by the specter of Israel’s government starting one.

In other words, our chief of the internal secret service had everything exactly backwards. In the face of accumulating intelligence, Ronen Bar and Herzi Halevy were busy saving us from ourselves, not from Hamas. They were eager to prevent an escalation which they thought could be triggered by “miscalculation” on the part of their civil bosses. “Miscalculation” has become their watchword to refer to the danger of overreaction to raw intelligence data, which may plunge us all into a war they assumed nobody wanted—save perhaps those evil messianic, Kahanist, proto-fascists in our own cabinet.

Based on this bias, says former Shin Bet officer Yizhar David, the late-night meetings Bar convened at Shin Bet headquarters concluded that Hamas was raising its own level of readiness out of fear of an impending Israeli attack. It’s not hard to see why a self-appointed gatekeeper would want to keep such information out of the wrong hands. Why let a deplorable, warmongering prime minister interfere with the efforts by responsible adults to delicately defuse a possible “miscalculation”?

And here, says David, lies the answer to the most nagging question of all: Why did the chiefs not raise the level of alert, or at least quietly inform the soldiers of the possibility, however remote, of impending danger? Astoundingly Bar’s message to the IDF was a recommendation to leave the theater quiet, lest raising the level of alert would reinforce Hamas’ fear of an imminent attack and lead to accidental escalation. They kept the raw intelligence from the IDF units around the fence for the same reason they kept it away from the cabinet: to prevent escalation.

Bar’s bid to stay on as head of Shin Bet, in defiance of the law and the cabinet, and despite his colossal failure, is wholly reliant on the antireform coalition of gatekeepers. But not only has the gatekeeping philosophy taken a massive hit, the constellation that composed it is also falling apart: the flow of money to the protest movement from the Biden administration has been replaced by the new administration’s inquiry into the use of this money by the anti-Netanyahu forces; the widening of Netanyahu’s wartime coalition has made this government more stable; the need a wartime prime minister has for a head of Shin Bet he can trust is obvious to most Israelis; there’s a new IDF chief of staff, general Eyal Zamir, and a new chief of police who will not let the anti-Netanyahu permanent protest disrupt public life in the middle of a war. And here is one more sign of the new times: Nadav Argaman who threatened Netanyahu on TV with disclosing secret information has been summoned by the police for questioning on suspicion of attempted extortion.

There is still the confrontational, all-powerful attorney general, Gali Baharav-Miara, and, of course, the Supreme Court. They may succeed in fomenting more chaos, but they can’t rewind the clock to the pre-Oct. 7 status quo. Baharav-Miara is herself operating on borrowed time, and even the Supreme Court, the most important bastion of the juristocracy, is now being challenged—in a minor way, to be sure, but still symbolically important. The Knesset has passed a law that changes the composition of the committee that appoints judges, slightly augmenting the power of elected politicians at the expense of the lawyers’ guild.

Perhaps more important than all these changes is Netanyahu’s decision to lead the charge against the deep state. In doing so, he is now attempting to correct what was perhaps the greatest miscalculation of his long political career. For years he thought that he could make do with the defiant upper echelons of the security establishment, including insubordinate heads of security services, and with the imperial Supreme Court, with its juristocratic auxiliaries in the executive, including a politicized prosecution. That calculation proved detrimental to Israel’s democracy, to the right’s ability to govern, and to Netanyahu’s personal fate as a target of a politically weaponized criminal prosecution. He has now made the decision to tackle the problem at its roots, rather than skirmishing with the tentacles of the deep state over specific issues on an ad hoc basis.

Whether Netanyahu will succeed in reestablishing democratic sovereignty in Israel is dependent, to a large extent, on the outcome of the war. As things now stand, victory over the Iranian axis of evil has become the precondition for any new birth of freedom for Israel’s citizens.


Gadi Taub is an author, historian, and op-ed columnist. He is co-host of Tablet’s Israel Update podcast.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com


Palestyńscy mężczyźni dopuszczają się przemocy wobec kobiet, ale winą obarcza się Izrael

Palestyńscy mężczyźni dopuszczają się przemocy wobec kobiet, ale winą obarcza się Izrael

Adam Levick
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska


Palestyńskie kobiety protestujące przeciwko przemocy domowej (Zrzut z ektranu wideo.)

Retoryczna sztuczka zastosowana przez reporterkę gazety „Telegraph” Melanie Swan, aby uniknąć przypisywania winy Palestyńczykom, którzy znęcają się nad kobietami i dziewczętami stanowi kolejny przykład medialnej jaskini ech, która odmawia przypisywania Palestyńczykom jakiejkolwiek odpowiedzialnościArtykuł (Thousands of women and girls in the West Bank exposed to gender based violence [Tysiące kobiet i dziewcząt na Zachodnim Brzegu narażonych na przemoc z powodu płci], 27 marca) opiera się na raporcie Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych (UNPF) i, jak widać, od początku wprowadza pożądaną narrację, przypisującą winę Izraelowi, a nie palestyńskim sprawcom:

Najnowsze informacje z grupy ONZ na okupowanych terytoriach wskazują, że od rozpoczęcia zintensyfikowanych izraelskich działań wojskowych 21 stycznia, przesiedleńcy, głównie z Dżaninu i Tulkarem, zmagają się z kryzysem humanitarnym.

„Przesiedlone kobiety i dziewczęta są narażone na zwiększoną przemoc z powodu płci. Stawiają czoła zwiększonemu ryzyku molestowania i wykorzystywania seksualnego w przeludnionych i niepewnych miejscach przesiedleń” – powiedział UNPF.

Chociaż nie udało nam się znaleźć raportu, o którym mowa, (prawdopodobnie został wysłany tylko do życzliwych reporterów przed jego opublikowaniem), wydaje się, że stara się on uniknąć przypisywania winy samym sprawcom przemocy – mianowicie Palestyńczykom. Zamiast tego kobiety i dziewczęta stoją przed „podwyższonym ryzykiem” i są „narażone” na taką przemoc, co jest językiem, którego można by się spodziewać w raporcie opisującym śmiertelną chorobę zakaźną. Ponadto, jak zobaczysz, język reporterki „Telegraphu” odzwierciedla język raportu.

W artykule czytamy dalej:

Na okupowanym Zachodnim Brzegu przemoc domowa znacznie się nasiliła w wyniku wojny. Wiele kobiet nie jest w stanie opuścić swoich społeczności z powodu ograniczeń w przemieszczaniu się wprowadzonych przez izraelskie siły bezpieczeństwa lub tego, co ONZ nazywa zinternalizowanym strachem, który sprawia, że rodziny zamykają kobiety w domach.

Ponownie proszę zwrócić uwagę na używanie strony biernej w opisach decyzji palestyńskich mężczyzn o zamknięciu swoich żon lub córek w domach – przypisując takie nadużycia nie mizoginistycznej postawie samych mężczyzn, ale „zinternalizowanemu strachowi” podsycanemu przez izraelskie ograniczenia w przemieszczaniu się, który „prowadzi rodziny” do takiego zachowania.

W dalszej części artykułu Izrael ponownie przedstawiony jest jako strona odpowiedzialna za przemoc ze strony Palestyńczyków, a konkretnie za praktykę ojców zmuszania córek do wczesnych małżeństw. Swan cytuje raport UNPF:

„Coraz częściej nastoletnie dziewczęta są zabierane ze szkoły, nie tylko z powodu ograniczonego dostępu, ale również z powodu rosnących obaw przed nadchodzącą przemocą i nękaniem [ze strony Izraela] – obaw, które skłoniły wiele rodzin do zmuszania dziewcząt do wczesnych małżeństw, często postrzeganych jako forma ochrony lub desperacka odpowiedź na trudności ekonomiczne ” – stwierdza UNFP.

Co ciekawe, raport UNFP z 2020 r. na temat zwalczania przymusowych małżeństw bardzo młodych dziewcząt odnotował, że na Zachodnim Brzegu [Judei i Samarii] aż 20% wszystkich małżeństw Palestyńczyków to małżeństwa dzieci. W artykule nie podano, czy wskaźnik ten wzrósł od 7 października 2023 r. lub od rozpoczęcia operacji antyterrorystycznej wojska na Zachodnim Brzegu w styczniu 2025 r.

Jednak zdecydowanie najpoważniejsze pominięcie w artykule Swana dotyczy stopnia, w jakim seksistowskie postawy wobec kobiet są powszechne w społeczeństwie palestyńskim – kontekst, który mógłby pomóc czytelnikom zrozumieć problem przemocy wobec kobiet na Zachodnim Brzegu. Na przykład raport Swan pomija fakt, że zgodnie z raportem ONZ z 2016 r. na temat równości płci wśród Palestyńczyków, 34% palestyńskich mężczyzn  zgadza się ze stwierdzeniem, że „Są chwile, kiedy kobieta zasługuje na bicie”. Ponadto 63% palestyńskich mężczyzn zgodziło się, że kobiety powinny tolerować taką przemoc, aby utrzymać rodzinę razem.

Aby przedstawić przybliżony punkt odniesienia dla palestyńskich statystyk dotyczących przemocy małżeńskiej, które pokazują, że 34% mężczyzn uważa, że istnieją sytuacje, w których kobieta zasługuje na bicie: według bazy danych World Values Survey około 10% mężczyzn w Stanach Zjednoczonych uważa, że czasami bicie żony przez mężczyznę jest uzasadnione.

Inny ważny fakt dotyczący stosunku Palestyńczyków do kwestii płci można znaleźć w raporcie Jerozolimskiego Centrum Bezpieczeństwa i Spraw Zagranicznych (JCFA), w którym zauważono, że w Autonomii Palestyńskiej, na mocy artykułu 62 jordańskiego kodeksu karnego z 1960 r., sądy mogą orzekać na korzyść ojca, który zabija swoje dziecko, jeśli takie działania są uzasadnione „lokalnymi zwyczajami”. Podobnie, na mocy artykułu 98 tego samego kodeksu, dodał JCFA, sądy mogą przyznać niższe wyroki osobom, które popełniły morderstwa honorowe, jeśli twierdzą, że nie potrafią kontrolować swojego gniewu.

Oczywiście „Telegraph” nie jest jedynym brytyjskim medium, które woli szukać izraelskiej przyczyny każdego palestyńskiego problemu. Jak zauważyliśmy na tych stronach, „Guardian” od lat publikuje artykuły obwiniające Izrael za kulturę mizoginii, gwałtów, przemocy małżeńskiej i zabójstw honorowych w palestyńskim społeczeństwie.

Co więcej, ważne jest zrozumienie, że nie chodzi tu tylko o to, jak takie krótkowzroczne relacjonowanie wydarzeń i błędne rozumowanie przyczynowo-skutkowe powodują błędne i niesprawiedliwe informowanie o Izraelu.

Nieżyjący już historyk Bliskiego Wschodu, Bernard Lewis, przekonująco argumentował, że istnieją dwa różne sposoby, w jakie jednostki, grupy i narody mogą wybierać odpowiedź na problemy. Pierwszy to pytanie „Kto nam to robi?” Drugi to „Co robimy źle?” Pierwszy, jak powiedział Lewis, prowadzi do teorii spiskowych, użalania się nad sobą i unikania osobistej odpowiedzialności, podczas gdy drugi prowadzi do samopomocy i moralnej odpowiedzialności. Jeden zwykle prowadzi do porażki, a drugi do sukcesu.

Ostatecznie głównymi ofiarami tej infantylizacji Palestyńczyków, tak powszechnej w mediach – i gdzie indziej na Zachodzie – są sami Palestyńczycy.


Adam Levick jest redaktorem Camera U.K.


Zawartość publikowanych artykułów i materiałów nie reprezentuje poglądów ani opinii Reunion’68,
ani też webmastera Blogu Reunion’68, chyba ze jest to wyraźnie zaznaczone.
Twoje uwagi, linki, własne artykuły lub wiadomości prześlij na adres:
webmaster@reunion68.com